Home
  By Author [ A  B  C  D  E  F  G  H  I  J  K  L  M  N  O  P  Q  R  S  T  U  V  W  X  Y  Z |  Other Symbols ]
  By Title [ A  B  C  D  E  F  G  H  I  J  K  L  M  N  O  P  Q  R  S  T  U  V  W  X  Y  Z |  Other Symbols ]
  By Language
all Classics books content using ISYS

Download this book: [ ASCII | HTML | PDF ]

Look for this book on Amazon


We have new books nearly every day.
If you would like a news letter once a week or once a month
fill out this form and we will give you a summary of the books for that week or month by email.

Title: Ironia Pozorów
Author: Łubieński, Maciej
Language: Polish
As this book started as an ASCII text book there are no pictures available.
Copyright Status: Not copyrighted in the United States. If you live elsewhere check the laws of your country before downloading this ebook. See comments about copyright issues at end of book.

*** Start of this Doctrine Publishing Corporation Digital Book "Ironia Pozorów" ***

This book is indexed by ISYS Web Indexing system to allow the reader find any word or number within the document.



"Ironia Pozorów"

Maciej hr. Łubieński



PROLOG


Dniało...

Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w
niemej pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u
stóp jego fali.

Wreszcie - znikły...

Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w
nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał
równocześnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu.

Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte
niczem okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego
porannego światła. Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się
brzask smętny.

W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie
było nikogo.

Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło
zaś wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj
już nie było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia,
zastygły w panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się
zdawał cierpliwie na swego pana i władcę.

Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i
nuda, a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej
wędrówce zaglądać tu nieraz musiała...

Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna
mebli i atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego,
nieokreślonego, z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak
widma cień, szeptem jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży.

W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny,
melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek
radosny, jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju,
na komódce staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy
oprawna fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok
stojącej szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie
swym śliczna aksamitna pąsowa świeża róża.

Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z
sąsiedztwa swego dumną być tylko mogła.

Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma
cudna twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci
nieujęty jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata
i burze życia, świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i
chwytała go za serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co
bądź tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.

Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od
otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość
staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż
nadto, że nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten
zakątek, zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może
jakąś chwilkę jasną, jakieś swoje marzenie!...

Tak, niewątpliwie!...

Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od
tego kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego
zkądinąd tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego
zapewne jakiegoś szczęścia, ale zawsze - szczęścia.

W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy,
życie wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę
hojnie i litościwie pęk duchowych promieni!...

Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe
okienko widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy;
dalej, w dole, srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła
właśnie berlinka, zdążając ku miejskiej przystani.

Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu
melodyjnie rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej.
Monotonne nieco popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu
wkrótce świstawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i
pieczywem, oraz inne, płynące zewsząd odgłosy.

Powolnie budziło się już miasto.

Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i
szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły
i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy
kapelusz, nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny
typ jakby południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z
rękami w kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów,
skręciwszy w uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam
zupełnie.

Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg
tej ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za
nim.

Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając
się z lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa,
okręcona czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy,
kołysała się ona zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby
baletnica szybko wykręcając się na jednej nodze.

W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a
z pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej
powtarzała ostatnią piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę
minut ponownie wykonać też same identycznie produkcye.

Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę,
wkrótce jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść
dalej.

W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie:

- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...

Młody człowiek odwrócił się  i ujrzał zmierzającą ku niemu
kobiecinę; trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł
bliżej i zapytał:

- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie?

Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła:

- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez
tę torbę...

Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano.

Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru
wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił.

Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca
zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka
poruszyły się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane
jakieś słowa.

Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo
uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych
okien u domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia
jeszcze drzemało tu miasto.

Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy
stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą
chwilę...

Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej
chwili swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi
naszemu właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi,
zaszłemi krwią, jak u królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem
poweselałą od trunku, a nie pijaną przed chwilą widać śpiewającą
tylko - tak sobie, gwoli zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też
może zbytkowi przyrodzonego temperamentu.

- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w
piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem,
podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy
kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się
prawie że biegiem.

- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca,
- zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina.

Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej
piosenki, odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych
wiekiem kamienic Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi
uliczki mężczyzną, ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką:

                  "A kto kocha, ten jest zdrów,
                   A kto kocha -  ten jest zdrów..."



Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie
drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu,
wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze
szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny
róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego.

- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem
nerwowym, zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku.

Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki
zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!...

Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki,
i niby brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze
poddasza.

Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał
się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając,
pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę.

Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując
równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się
następnie do okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po
krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuścił roletę.

Szarawa ciemność zaległa izdebkę.

Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek
mahoniowy, i usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po
chwili mała lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś,
raz jeszcze obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni
swego ubrania.

Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel
skórzany i, z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go,
położył na stole.

Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z
wielką spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w
oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego
mężczyznę...

Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych
kryjówek, zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy
odbiło zdumienie, połączone jakby z przestrachem.

- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie,
wyrazu pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały
niepewne: - Czy tylko to aby pieniądze?..

I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego.

Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć
ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś
niewytłumaczony zawładnął nim nagle.

Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym,
ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił
pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała
świata tego potęga - złoto...

A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego?

Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia
jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również.

To była własność cudza!...

Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam
znajduje, możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić
właścicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy
ręce w zawartości jego?

Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej
jeszcze.

Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na
razie złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na
bilet kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z
wczorajszej zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania
posady.

Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz
pytająco zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem.

A tu, przed nim!...

Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy.
Nagle, wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce
leżący portfel i rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego
kieszonki...

I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem
posypały się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota,
błyszczące, nowe - zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły
się cicho... W ślad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem
wypadły pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej
wysunęły się do połowy wielkie kwadraty pięćsetrublówek!...

Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem
drzemał tu pieniądz w swym majestacie!..

Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną
kupę grosza.

Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy
głębokie, duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w
banknoty i złoto.

Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej
delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele
jego równocześnie przeleciał dreszcz.

Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne,
pieściły go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się
złota.

Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do
głębi ponownie wstrząsnął dreszcz.

Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze
impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało
odeń również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco
unosząc się w niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy
- stronił od niego stale.

Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach.
Przed oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote
imperyały zimnym dotykiem głaskały jego dłoń...

Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna
pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł.

Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów;
szelest papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki,
zdziwiły te biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy,
wyganiając, zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z
legowiska swego. I widmo jej w łachmanach zniknęło przestraszone,
wygnane szmerem poddanych Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie
indziej schronienia.

A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka
pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia.

Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca,
oczy zaś jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem.

W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było
wszystkiego dwadzieścia siedem tysięcy.

Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł
przechadzać się po izdebce.

- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem...

Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl
jedna, a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w
chaosie, zanikały - milkły...

On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru
sprzętów wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym
zamachem mógł stać się oto właścicielem owych, rozsypanych przed
nim pieniędzy?..

Młodzieniec zadrżał.

- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś
tylko, ty powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!..
jak rój owadów nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i
głosy.

- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek
zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś
- to twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny,
czy myślisz, że postąpiłby on inaczej?

- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny
głos prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny.

Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką
czoło, po chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych
fotelików i, podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko.

A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami
ironii:

- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. -
Uczciwość - frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach
obecnych? Obejrzyj się tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o
byt obok ciebie. Czyń wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy
uśmiech fortuny!..

Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym
trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li?

- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim!
Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami
żałować kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś
biednym!

Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś,
zadumany, pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi,
oparłszy przytem łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie.

Tak, niestety, był on biednym!..

Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w
Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja
wykształcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się
rok temu właśnie powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło
dzienne, by zbliżyć się do dotychczasowego opiekuna swego, a brata
rodzonego nieżyjącego już ojca.

W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas
nadzieja śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po
najdłuższem życiu zapisał mu mienie.

Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za
późno niestety; stryja swego już nie zastał.

Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń
zgoła innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie
starzec przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek
na dobroczynne cele.

Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub
pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary.

Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił,
co tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a
tak zazwyczaj niegościnnym stole...

0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz
jednak do życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w
duszy jego, nie mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i
gorączce zarobku analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy
parę temu dopiero siła okoliczności i ludzi, o których ocierać się
począł, żal wykluł mu się w duszy do świata, sącząc z niej
niezadowolenie i gorycz.

Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z
lat dawnych.

Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył
brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem.

Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze
nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych
salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas.
Było to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej
uczęszczanych w mieście.

Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat
ubiegłych, Edumund R-ski rzekł mu wtedy:

- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery,
które pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale
dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym
ci coś... tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak
ubrać elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He,
cóż ty na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na
bal, pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w
kącie, qui lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja
ci pomogę i ułatwię wszystko...

Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego
i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i
poszedł na bal z nim razem.

Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy
protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o
stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi,
przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż
powszechnie wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym
bywalcem.

Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na
krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we
wspomnienia własne.

Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań
dotąd próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie,
które prowadził, upajało go. Niepomny jutra - szalał.

Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund
R-ski, wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę,
wyjechał, pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana
czasowo jego własna zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś
inny, także potrzebujący biedak, zastąpił go.

W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach
pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil
rozkosznie jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe.

Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby
tkliwe, skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy
majaczyła fotografia.

Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty;
przedstawiała zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę
ukraińskiego magnata, błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach
pięknością, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którą pokochał
uczuciem miłości pierwszej - prawdziwej.

Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez
pamięci...

Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata -
przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się
setkami odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące,
rozkoszne, kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń...
i - nabyta za pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny.

Mydlana bańka złudna - marzenie!..

Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę
pochylił i ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma
żywo stanął mu bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi,
wśród kołyszących się w takt melodyjnego walca par, sunęli oni
wówczas po szklistej posadzce salonów...

Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na
jego ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi,
pożerał wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a
długą i giętka, jak kwiat, o łodydze wysokiej.

Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie,
mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę...

Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on
rzucał słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie,
czekając ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w
balowej sali...

To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do
siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem.

Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko,
dziękczynnie paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń...

Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i
dużymi krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie
z wyrazem miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki
małej, gdzie stała fotografia z różą.

Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy,
dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się
rozkosznie, pocałunku zda się spragnione...

Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego
przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł
w stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto.

Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza -
przypomniał sobie chwilę obecną.

Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w
rozsypanych pieniądzach, jednocześnie myślał:

- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i
ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem...

I mimo woli znowu spojrzał młodzieniec w róg pokoiku.

Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się
zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał
twarz mężczyzny.

- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią
istnieniem i duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa.

- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o
nią, czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że
pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele...

- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej
przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie.

Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę.

Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak
krótkie zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie
z ludźmi szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże -
lepszym!..

Mężczyzna smutnie zwiesił głowę.

Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia,
czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem
pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły
się miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w
dalekiej przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i
wpływów, wespół z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za
pomocą tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu
równowagę duchową, mieszał myśli.

Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem
jednak rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie
wpatrzywszy się w fotografie ukochanej.

Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił
go z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego,
wewnętrznej pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do
lubego wizerunku.

Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie -
dziewczę i róża całowały się teraz lubieżnie...

A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo,
niepewnem, migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem
radosnego słońca, poprzez rolety zaglądającego co chwila do wnętrza
facyaty.

I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie
na poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego...

Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego.

Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna...

Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej
zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać...
Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!..

Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół
przytomnie naprzód pochyla...

Lecz oto nagle czar pryska...

Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko
eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę,
niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż
ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego -
pomostem złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem
ubóstwianej przezeń kobiety.

Wreszcie znika wszystko.

Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się...

Niema nikogo!

Cóż to więc było?

Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni,
rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz
noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych
wrażeń i myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem
zwątpień i pytań mózgu. Zapewne...

I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a
jednocześnie żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma
stoi mu ciągle, jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej
postać wdzięczną, całuje myślą oczy jej i usta.

W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo już który, wzrok jego dotyka
banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa.

- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób
stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w
widzeniu proroczem?

Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie...

Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie,
zwalczy przeszkody wszelkie.

- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś
zatajone zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc
przedwczesną radość.

Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny.

- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w
dłoni tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w
życiu; - klucz złoty otwiera wszystkie bramy!..

I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy
mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy
ciemnieją, a twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą
zawładnięcia cudzem mieniem, po raz ostatni stają do boju wpojone w
młodocianych latach jeszcze zasady.

Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze,
bliższe i zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz
donośniej, silniej...

A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu
młodego mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo.
Co myśli, z rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się
jednak można, że poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich,
czystszy, opanowywać go - w swoje posiadanie bierze.

Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok
pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos
banknotów i rulonów monety.

Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a
równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd
wcale.

W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się
w oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto
mieni się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni
spokój i wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w
tył gwałtownie.

Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim
teraz błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie
przewrót nagły.

Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz...

I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym
naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca,
miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna.

Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu
przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i
sylwetki hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej.

Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!..

Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z
góry - dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć
biednych - pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal
grzeczności. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie
obrażanym przez tychże arystokratów, lecz tak zręcznie, że na
pozór nieraz nie można zda się było winić ich, czynili to bowiem
oni, z tą subtelnością, oraz jubilerskiem jakby wykończeniem, jak
dotknąć potrafią tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."

I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej
izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem:

- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego?
Zatem los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia
jednego z tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa,
znaczenia i tytułów!..

I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego,
zwracać mu to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem,
przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawę?

- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie
śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem.

- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
burzliwa.

I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną,
jak ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem.

Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty
uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana
cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej
przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów,
o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem
zżyciu z przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym
płomieniem, wszystko sobą przewyższając i tłumiąc.

- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta
mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich
przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota -
mam życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez
wątpienia, odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w
zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi -
każdemu bym zwrócił może, lecz tobie - nigdy!..

Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno
całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu
wyglądała w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia,
demonicznie piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień
szczerej nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów"
zajaśniał na niej pełnym blaskiem.

Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na
plikach banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić
okoliczności inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej
postawionej społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału.

- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z
mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych,
urywanych, cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu
facyatki.

Cisza nastała znowu.

Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem
serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak
zegaru wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy
człowieka, depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i
złota!..

Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś
kroki silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze,
bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś
ręka wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się
trzykrotne pukanie.

Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie
w niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby
wrażenie na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila
obecna...

Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś
zaś, niby gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło
despotycznie, zaparłszy dech w piersiach.

W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz
pochylonego nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem
dojmująco trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się
w leżące pod niemi banknoty.

- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały
wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i
złocie.

Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej
samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem
rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami
zaś jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem
męskim, dźwięcznym i młodym.

- Widać, że śpi, lub go nie ma...

- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam
ci, iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary
u drzwi ślizgało się światło! - słowo!

- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a
wesołą wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos
pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..

- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło
ścianami poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły.

Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny.

Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony
tem jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na
kanapkę.

Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą,
poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz
niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i
spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach...
Biedni chłopcy!

Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta
- oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową
pracę...

Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego
kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a
będąc w towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli
powstydził się ich i udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego
- przyszli.

Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych
swych włosach.

- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego?

Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy
młodzieńca, a wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym
żłobić mu począł rysy wyrazistego oblicza.

Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie...

A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było
już złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek,
śmiertelnie znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał
się drzemać na łóżku.

Niebawem zasnął.....

I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem
tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne
obrazy...

A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez
końca, ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą...

Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać...
Podobną, choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej
przezeń dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi
ramiony, tak zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś,
jak z kielicha pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych
wilgotnych, tonąc w pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się -
wiecznym.

Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające
jakieś i dziwne z wolna poczyna go ogarniać.

Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już
te kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte.

Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie
czuje już prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w
przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc.

Trwa tak dość długo...

Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując
już ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu
jej tchnienia... otwiera oczy...

Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie
znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają
jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej.
Promienie zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym
dogasającym, zamierającym blaskiem...

On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.

Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko
dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać
się coś poczyna.

Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś
postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad
głowami ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych
skrzydeł mącąc martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy.

On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły,
zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje się rozumieć...

To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak
zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!...

Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania
ich postacie - nikną.

On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód.

Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową
wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego,
wkrótce siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe
szpony, równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe.

To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka
jemu tak w czaszkę jednostajnie...

W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed
nim blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń
obcesowo, drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem,
płomienne, dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w
samą twarz poczyna.

Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy
złotej i palą, bolą...

A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w
portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc
w oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre,
przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi
rwą mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów
obrzydliwych, sycząc, kąsają go zewsząd.

Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami,
nogami - ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po
kamienistych zrębach - uciekać w końcu zaczyna równiną, jak
szalony. Potyka się co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredą
karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach gadów, z błyszczącemi
żądłami ze złota.

Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a
postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal...

Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia
kobieca postać.

Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a
ona, podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie
wykrojonych usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna.

Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna
towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie
widzi roju prześladowców jego.

Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż
i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi
ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem
czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały...

Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu,
wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra
u skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo
ciemniejszą przybierając barwę...

Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet
prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie.

Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna
ponurą swą oponę.

Naraz znika wszystko...

On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w
chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem
ciałem.

Spogląda...

Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie
uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym
blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.

Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do
grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w
przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości
rozkosze, a tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe
wyciągają po datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i
zbytkach nurzają się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak
w błocie.

A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony
rozprysłe, płynie, faluje złoto...

I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się
pokornie, służalczo, wszystko dokoła.

Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu
sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu,
bezpodzielnie panuje.

Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.

Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast
zwykłego uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa
przestrzeniami śmiech.

Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i
zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!...

............................................

Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął
on murami pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem
smutnem, cichł i gasł, zamierając powoli...

............................................

Obudził się śpiący.

Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany
wokoło siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót
ociężałe powieki, obróciwszy się równocześnie do ściany.

W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki,
spokojna, nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem
uśpieniu. Dusza tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również,
oddech bowiem śpiącego miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem
w samotnej, cichej izdebce.



CZĘŚĆ PIERWSZA.


Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i
hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale
wagonu drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w
strój lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała,
wciśnięta w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną -
mężczyzna zaś, siedzący naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach
pozostawioną w uścisku jej rączkę drobną, i pochylony z lekka,
patrzył z miłością w znużone rysy i bladą twarzyczkę kobiety.

Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki,
biegł poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w
ciemnościach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym
pociągiem Adryatyku fale.

I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego,
osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały
skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem.

Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem
młodej kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem
zamglone łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i
bezustannie myśl rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie
znikało zagięcie cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech,
oraz zapatrzenie się w ukochane rysy.

Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia
towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość
interesujące.

Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o
wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej
głowie i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych,
wąziutkich i regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz,
okoloną średniej wielkości brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza
tego wyraźnie zdradzały przytem pochodzenie południowe, zarówno jak
i piękne, duże oczy, patrzące na świat gorąco, z rozmarzeniem
nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.

Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat
trzydzieści zaledwie mający młody człowiek.

Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był
synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w
szerokich kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony
jego, rodem Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki.

Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku,
była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni,
dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak
twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej
Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego.

Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę
wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego
podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą.

Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż
poślubną, a raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho
naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January
Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej
ręki...

Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!

Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą.
Ślub ich tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się
właśnie dwa dni temu...

Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała,
nic zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta,
wynikłe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie
miał potrzeby.

W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata
temu odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim
krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych.

Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim
rodziny Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do
Włoch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie
pomiędzy twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony,
myślący, w dalszym ciągu wspominać się coś zdawał.

Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w
dali zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe,
błyszczały już światełka Wenecyi.

- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka
czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w
objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego
uczucia, w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu -
niewinnego dziewczęcia...

Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety.
Równocześnie pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś
gaje, brzęczące rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka
wpadała uporczywie w uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany,
spojrzeniem swem znowu ogarnął ciemną przestrzeń poza oknem wagonu.

- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi
za to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego
dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej
nocnej dali posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny.

I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne
zagięcie ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą,
Dzierżymirski powstał ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni
rączki uśpionej swej towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno
głowę... Na tle ciemności połyskiwały już teraz rzęsiście
światła - pociąg wjeżdżał właśnie na stacyę. W sekundę, z
nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony.

Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i
pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą -
prawa zaś oparł się silnie o ramę okna.

- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i
otworzyła szeroko oczy, zdziwiona.

Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko:

- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to
wina nie moja - wagony szarpnęły tak silnie...

- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem,
z niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny,
przytuliła się doń czule, składając równocześnie pocałunek na
pięknem czole.

- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się
delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach,
postawił na równe nogi.

- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem
na widok jaśniejącego dworca.

- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie
ukazała się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora.

- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi
pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął.

Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka
minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć...

Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki
od wagonu, i począł wołać donośnie:

- Facchino!.. facchino!.. *)
[*) Po włosku tragarz.]

Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem
zjawił się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu
obstąpiono przyjezdnych.

Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł
swoje usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem
i gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość
Włochów oszołomiła na razie Dzierżymirskich.

Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał
się porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani.

Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na
czarno pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez
różnorodnych oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu.

- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się
na miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu.

Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko...

Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz
wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z
kapeluszami, i chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!"
choć uniżenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się
dokoła ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.

- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć
z kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety.

Gondola ruszyła już - płynęli...

Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły,
rozlegał się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł.
I Ola, objąwszy wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz,
ruchem wdzięcznym przytuliła się do męża.

- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła.

Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i
przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem.

Rzeczywiście, czarno tu było.

Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej
wodzie kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko
błędnym ognikiem przeświecało, wiło się czerwone światełko
latarni, umieszczonej u spiczastego, zębatego końca gondoli.

Płynęli przez Canale Grande*).
[*) Po włosku : Kanał Wielki.]

Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich
zadumane, ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem
oknie nie paliło się już światło, otulało je milczenie zupełne.

Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i
tylne dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i
szmerem rozstępującej się pod nią fali.

Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli
Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się
rozliczne uwagi.

- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z
zajęciem na wznoszące się zewsząd budowle.

Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona
swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące -
rozniosła się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak
bardzo cichym.

Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w
kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace.

A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność
książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo
Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim
sąsiadował skromny, sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej
zwracał znów uwagę inny, z pozłacanym niegdyś frontem, do dziś
dnia zwany "Ca Doro".

Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard
miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem
miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna
Cornaro.

Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą
dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył
olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku
wzniesiony.

Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko
prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki
kanalik, stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma
wielkiego kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka,
zagłębiając się coraz bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać
poczęła coraz ciaśniejsze i węższe zaułki. Ściany domów
odrapane, ponure, szły, zdawało się, na płynących w gondoli, a
ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły pochłonąć, gubić ją
niejako w swym labiryncie.

Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko
lśniła zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś
nigdzie dopatrzeć się nie można było.

Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia
Romana.

- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła.

- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej
włosy - zaraz dojeżdżamy.

Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem
włoskiem narzeczem.

- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z
cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś
smętną piosenkę.

Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się
bezustannie przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających
ciemności, czynił on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś
jego monotonny błąkał się po kątach i odbijał dziwnem echem o
mury, oraz zakratowane okna w swym śnie zaklętych jakby domów. Roman
milczał.

Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w
ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia.
Zdawało mu się mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego,
ale jakiegoś zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża
grodu; że ucieka, kryje się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym
łupem... Oto z ciemnych zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają
się po prostu jakby wyraźne jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych
zbrodni, mordu i gwałtów, tak licznych w historyi krwawej tego
dziwnego miasta...

- A òel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy
głos gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.
[*) Uwaga!]

- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli.
[*) Na prawo!]
Roman i Ola spojrzeli ciekawie.

W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w
białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.

Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła
się cicho - znowu byli sami.

- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem
Ola, kręcąc główką i wskazując piętro jednego z domów.

Roman spojrzał.

- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak
życia...

Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się
kadłub pustej gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich
kutych drzwi, kładło się cieniem przyćmione czerwonawe światło,
idące z okna oświetlonej komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne,
ciche akordy fortepianu, wydobywane znać miękka kobiecą rączką.
Wtórował im nieśmiały brzęk mandoliny.

Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się
zgodnie co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły
ponad dachy, kanały, leciały daleko, drżące...

Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do
siebie Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa,
zbliżyli się oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie,
pochyliły się.

Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając
warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak
drobne krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod
oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią
zalewały jeszcze czas jakiś, aż umilkły.

Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka;
plac tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze
życie miasta, zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami
niebieskawych i żółtych świateł - przewoźnik oznajmił głośno
podróżnym, że są już na miejscu.

- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył
się namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki.

W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz
kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem
mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz
śmiałego.

W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe
stopnie hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola
znajdowali się już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce
pokoju, rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem
mustyków.

Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać
natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na
przechadzce placu San Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy
wkrótce pozostali zupełnie sami.....



W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna,
zawisła chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo
chmury na niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca
nieśmiało wychylił się z poza nich.

Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie
czterech rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym
blaskiem ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach
ponurych, zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego
pałac z dawnem więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu
Westchnień".

Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą
taflę laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a
niebieskawą ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył
nagle perspektywę daleką, hen! aż ku Lido-na morze...

W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i
klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś
godzinę. Jedne z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub
brzęczały melodyjnie, łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a
bijąc w ten sposób, zdawały się mierzyć w milczeniu chwile
czyjegoś może szczęścia...

Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem
światłem na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo.
Zatrzymały zda się dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu
obojętne w dal...

A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze
księżyca nie zmieniło wcale wyrazu.

Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli
aż tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca,
zrywające wspólnie kwiat miłości i zapomnienia?

On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń
aż nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć
kochanków zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia
podmuchem - pod rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również,
że zapały te same, odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w
przyszłości, obosiecznem cięciem ranić może będą tych samych
ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno łaknących uczucia i
użycia...

Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i
przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni,
zbladłszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę.

W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie,
zamajaczyły poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy,
dotykając się wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz
laguny i morza, zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami
księżyca.

I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem,
splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem,
nawet pięknem przyrody...

W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad
miastem pamiątek.

---------


Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic
wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u
podnóży pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko
dokoła pogrążał w mroki i cienie.

W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania,
marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej
ostatniej.

Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał
się tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej,
pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło
wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając
jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się
współczuć smutnemu jej zamyśleniu.

Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał
on zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z
Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński."

Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości,
nieruchomo w swym fotelu siedziała pani Melania.

Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki,
by więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała
się była o lat co najmniej kilkanaście.

Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak
dobrze było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila -
niewątpliwie.

Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem
ważnym... mówiła sobie, perswadowała staruszka.

Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa
kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż
myślała, że zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano
rozpaczliwie nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie,
oczekując zarazem z trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy -
wiadomości jakiej strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci.

Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil
Ładyżyński, przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler,
sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry
bardzo. Zebrawszy naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na
trop właściwy. Domysły jego były trafne.

- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych
miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie
słowa jego i sprawdziły się, niestety...

Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony
konkurent, inaczej poradził sobie.

Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste,
czekały ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem
jeszcze nie wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po
zniknięciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...

Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się
potrafi wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece
pozostawił on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię...

Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy?

Przenigdy!...

I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą
siwą, a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad
męczących ścigających się myśli.

- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała
całą siłą swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?...

Zapewne...

Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby
nawet w ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola
rodzica, gdy...

Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie
żartuje, gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila
Ładyżyńskiego. Miał słuszność...

I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze,
śmielsze, zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż
doprawdy, Ola nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość
oszołomiła ją, porwała, a reszty niewątpliwie dokonało wychowanie
młodej panny, kapryśnej pieszczotki ojca, ulubienicy również jej,
marszałkowej, zawsze dlań pobłażliwej i słabej.

I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli pytania...

- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku
wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na
przykład, jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej
podobnych wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę.

- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy.

Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy?

Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie,
zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę.

I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z
mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się
do duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś
własnego postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz
to nowemi pytaniami ją zasypując:

- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem,
zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy -
pytała dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech
po raz pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską
arenę salonów i światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek
powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej,
poważniejszej natury?...

A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z
pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z
towarzyskich balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty
i brat twój, January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą
główkę, co zapalało wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może
marzeniem ułudnem na skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało
zamknąć źrenic do snu cichego?...

Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu
matkę, wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą
konieczną drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie
rachują się rodzicielki same?...

Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal
jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku
sumienia coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie.

A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy
pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd
jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła
bujnie? Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki?
Rozumnem słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali,
strzegąc to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej?
Myśleliścież wy o tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka,
o barwie łagodnej, może wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć
purpurą kwiat namiętności cichy, wszystko dokoła duszący swą
wonią?..

Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya
wątpliwości wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą
marszałkowej.

Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego
mebla.

Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za
podszeptem sumienia - milczała zatem.

- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście
tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego -
osypywaliście wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy,
zachcianki i urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście
byli kształcić; słuchając - a nie rozkazując!

- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od
powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą.

Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła
powieki, chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi,
wreszcie wstała ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku
oknu.

Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach
pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się
w nie, a w jej myślach jednocześnie szumiało:

- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo
winna!

Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i
dziewczyna wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez
steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś -
zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie oglądając się nawet za
ich błogosławieństwem!

- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej
rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi.

Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła
nerwowo. W ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć
silnie dzwonek.

To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała
przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem
westchnieniem odstąpiła od okna.


W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały
lokajczyk światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze
służącym.

Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem
woli rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru,
i weszła powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach
ukazał się przybyły.

Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki,
i pomimo wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak
trzcina, o wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym.
Twarz January Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z
przyprószonym nieco włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi,
wygięte nieco dumnie - oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem
wyniosłości, nerwowe, zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy
rzut oka, nader wrażliwego i uczuciowego może nad miarę.

Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na
jej ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie
Gowartowskiego spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po
przelotnej chwili oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco
zmieszaną, odezwał się pierwszy:

- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu
natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?..
Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z
niepokoju nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie,
z akcentem prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej
twarzy czekał na odpowiedź.

Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata,
rzekła:

- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola
najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi...

Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi
podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry.

Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na
fotelu i spokojnym już zupełnie głosem zapytał:

- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?...

- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania -
może kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to,
przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka.

- Ależ, ma chère, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski
- to wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci
się dzisiaj stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się
pan January i spojrzał siostrze badawczo w oczy.

- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz
opowiedz mi najprzód, co się tutaj stało?...

Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej
właśnie chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj.
Wszystko, co dotąd czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po
prostu bowiem nie wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i
wstrząsającą odpowiedź i w jakiej uczynić to formie. Zwróciła
się do służącego.

- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem
cierpiąca, i nie przyjmuję...

- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata -
i ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?...

Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami,
jednocześnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z
twarzy jego pierzchła pogoda.

Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan
January nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie
zmarszczyły. Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą,
szukający zagadki, nie rozumiejąc słów siostry, znajdującej się
już w oświetlonym buduarze i mówiącej coś do niego.

- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu
przejdziesz, będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła
głośniej tym razem marszałkowa.

Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg
buduaru.

Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! -
bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś
skierowała się, by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne.

Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej
niepokojem śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że
czeka go coś niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie
postępującej siostry dawno już nie oglądał.

Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się
obok, na kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w
myśli zaraz od razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy,
rzekła zatem łagodnie i serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i
dobremi oczami w twarz brata.

- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto
zmartwisz się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo
smutną, co ci zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku...

- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o
co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie
latają mi wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam -
cóż z Olą się stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś
słowa jego drgały wymówką i prośbą.

Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy
rękami głowę brata, ucałowała ją czule.

- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem.

Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym
na marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w
pierwszej chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał...
Wpatrzywszy się bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona
mówi prawdę, po chwili jęknął więc tylko cicho:

- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii...
Głos zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując
nad własnem wzruszeniem, odpowiedziała wolno:

- Z Romanem Dzierżymirskim...

- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki,
śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się
on obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos
Gowartowskiego przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina
zatamowała mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia...
błogosławieństwa!... - wykrztusił; dokończył nareszcie, z bólem i
gniewem... Twarz przytem znękanego otrzymaną wiadomością ojca,
dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym rumieńcem, nogi zaś
widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, bezsilnie, upadł na
pobliski głęboki fotel.

Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę
stroskanego brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota
siostrzana ukoić pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą
słowami przez nią zadany.

Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego,
a chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym
głosem.

- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby
matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie
zawiadomiwszy mnie o niczem?

I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął
wzburzony:

- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej,
naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać,
i myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!"

- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa.
- Nic jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na
chybił-trafił. Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę,
spokoju, aż opowiem ci wszystko, - dodała błagalnie.

Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę.

- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie -
drżącym od wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu
pani Melania, w nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie
rodzonym ukraińskim akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą
ciągłą bytnością w mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała -
zaczęła marszałkowa, i ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem,
kiedy już tak boleśnie dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w
zmowie przeciwko tobie, wytłumaczyć się winnam... Tak nie było
wcale, jak sądzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoła
nie wiedziałam...

Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski.

- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam -
powtórzyła marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego?
Dlatego, że oni poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i
natychmiast wyjechali razem za granicę.

I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem.
Pod nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na
niej jeszcze boleśniejsze cierpienie.

- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z
ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca.

Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się
ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej,
to tej rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez
córkę, depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla
ułudnej fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i
ponęt...

Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy
twarz w dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem
patrzyła wciąż pani Melania na brata i myślała:

- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie
ranicie serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych
wiosen, pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła
i słońca, lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość,
zaparcia siebie pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi
iskrami - szukacie, garniecie się do ognia, do młodych!..

Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube
dziecię!

Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości
młodej, ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w
mroki cichych, dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego,
wdarł się promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej
rzeczy tego świata...

Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych,
pani Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem:

- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło
się to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z
przeznaczeniem, to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej
słowa wyrwany z głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha -
Nie uwierzysz, ile ja przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni
gdzieś w pobliżu austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie
ślub wzięli.

- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał
Gowartowski.

- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją,
jakże bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po
odebraniu wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli,
miękko, opowiadać mu ona poczęła stopniowo wszystko.

A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak
licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o
Ładyżyńskim...

Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak
dziecko, nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy
w myślach bezustannie zatopiony - słyszał.

Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła:

- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i
odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę
przed paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z
Olą, jak i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem
nie mam pojęcia. Cóż robić - wola Boska!..

Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie
przysunęła się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej
samej chwili spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła
nerwowo. Zdało jej się, że ktoś dotyka właśnie klamki...

Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w
ślad za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i
herbatę.

- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani
Melania.

Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch
negatywy, pełny obojętności i zniechęcenia.

Marszałkowa westchnęła cicho.

-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno.

Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i
spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy
chwilę, oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę
pozostałej służbie.

Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły
się owe drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak
było zdumienie domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje
rozeszli się do swoich komnat, nie tknąwszy jej wcale.

I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się
dwa światła.

Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i
wizerunkiem Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc
prośby do nieba. Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o
ulubienicy swej, Oli, modliła się za nią, za brata wreszcie, by mu
los przyszłość osłodził. W końcu światło u niej zgasło.
Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni ostatnich, staruszka
zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwą...

Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę,
ułożywszy się do snu.

Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca.

Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy
letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do
wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a
zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań
niedyskretnych pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka.

0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla
zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem
niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!...

Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia
zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie
biła może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna
szczęścia godzina...

A tu?...

Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy,
cisnące mu się gwałtem do oczu...

Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go
bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia
się siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył
tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?

Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo
jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja,"
którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite
było na duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do
jakiego stopnia słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu
uczuciu - intruzowi!...

Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach
Gowartowskiego.

- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko
marnością... rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły
uczucia, powstałe w ojcowskiej duszy z tysiącznych życia
szczegółów, cicho wyrosłe tam kwiaty trwałego rodzicielskiego
przywiązania, z góry już skazane być muszą niemiłosiernie, by
zwiędnąć zapoznane...

Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem
rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez
zasłon, choćby konwencyonalnych tylko!

Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona
pęknie od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny
umysł jego giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój
brzęczących, dokuczliwych owadów.

Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała
próżnia...

Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć...

I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza.

- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź
wyrozumiałym!... Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam
moment, analogiczny z chwilą obecną!...

Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z
nich, a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni
życia, swą głowę srebrną pochylić zawsze musi przed jej
oślepiającym blaskiem, pomna, że i ona kiedyś taka sama była.

I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata
swoje, wpatrzył się w nie na chwilę...

- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo.

Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował
sędziwy wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i
szalał, jednak zawsze godził jedno z drugiem.

Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej
samej chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie
powieki, i jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię
wcisnął w poduszki głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się
wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł się w słowa i w pustych, cichych
ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem:

- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się
pytać? Ja chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego
sercu, a tu ty myślisz mi przeszkodzić?...

W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne,
stłumione łkanie - starzec płakał...

Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą
- stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi.

A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że
oto skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny
rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim
Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła.

Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej...

Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach
i kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go,
pochłaniają...

Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad
zakochaną parą młodych roje cherubów unoszą się w górze,
skrzydełka ich szumią radośnie, a czarowna miłość toruje im
drogę!...

I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na
niego wpada.

Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!...

Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt
końskich...

Ach!...

To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!...

Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka
głośniej zabrzmiała.

Minęła chwila...

Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim
zadrżał miłośnie pocałunku szmer...

Pojechali.

Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl
przemknęło mu słowo: Waryuję?...

Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana.

I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie
zaczęło.

Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza,
niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty
zduszone łkanie...

Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego
ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w
dal...

Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie
pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do
pokoju gwiazdy...

Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli,
zmęczeniem snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie
starca, przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem
tego ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną
cierpieniami duszę stroskanego ojca?

Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej
zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała
się niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem...

Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały?
Mara, czy złudzenie?

Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po
pokoju... Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce
spadało coś w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś
każdej kropli rozlegał się w cichej komnacie jakiś pełny,
oddzielny, harmonijny ton stłumiony - grała jednolita, oderwana,
melodyjna nuta.

Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta...

Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i
słuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer
niebieskich prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia,
a siadłszy cicho przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca,
niósł mu ukojenie - od Boga!...

Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną...

To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając
się tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca -
łzy...



------------


Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski
powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała
coraz bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła
zupełnie, wyparta mrokiem idącego wieczoru.

W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach
goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami
i sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie
opustoszała niebawem.

Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli,
zaroiło się od gości, spragnionych wypoczynku.

Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą,
zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem,
przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman
Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z
piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku
wolne miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a
zdjąwszy zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie
zrobiony - spojrzał wokoło...

Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach,
brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego,
a samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka
siedzących opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach
i dużych, błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach.

Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed
siebie. Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane.
Przyciszonym łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś,
szeptało...

Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się
teraz mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze
sobą gdzieś w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny
szmer fali...

Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód
Adryatyku, zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go,
obcych ludzi, ono jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem
uchem myśli jego słucha.

A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od
bardzo dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie;
żonę, cierpiącą na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej
żądanie.

Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie.

Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym
tym okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli
złotymi łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne
jarzmo chwil miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie
rzeczywistem, ale jakiemś innem, oderwanem, lśniącem się li tylko
jasnością, promieniami i blaskiem.

Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych,
subtelniejszych. Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto
zewnętrzne, a więc ciągłe, bezustanne pobudzenie poczucia piękna,
wyzwane zetknięciem się z sztuką tego zakątka pamiątek Italii; -
wewnętrzne, a tym razem również w ścisłej pozostające łączności
z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą.

Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z
kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś...

Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości
zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą
była - poddawała się tylko sile jego uczucia.

Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej
pragnionym i kochanym - to on poddawał się sile szałów,
pożądań...

Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w
tej czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle
świeżem, krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem,
orzeźwiał, i upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił,
wchłaniając w siebie całą moc i potęgę skierowanej ku niemu
miłości.

A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko
mógł spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną
kartę jego tak niedawnej jeszcze przeszłości.

W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza
teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył,
i machinalnie spojrzał przed siebie.

Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały
światła, pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach.
Trzy z nich mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po
chwili zabłysło czwarte, piąte...

Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym,
zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem
podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał...

U stóp Romana silniej zapluskały fale.

W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych,
powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący
jakby głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich:

- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co,
nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera!

Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody.

- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych,
wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą
tajemnicę?

- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu
szydziło:

- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie
wie o tem!..

- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a
śmiech ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły.

Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło.

Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala:

- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie
zdradzę...

- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem
ja!..

- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...

- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala,
i szept ten powtórzyły fal miliony...

I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony,
drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny...

Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho...

Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku,
odsunął krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a
zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał
się głęboko.

Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary,
świeża i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo.

Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie
strasznym!

Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu
przecierpiał, przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!..

Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel
leżał pod kluczem, pozornie zapomniany.

A on ciągle walczył ze sobą!..

Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście
właściciela nie szukał. Czekał...

Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha
panowała cisza.

W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o
tem władzom nie doniósł...

A on wciąż szalał.

Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę
ostatnich lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego
izdebki... Nie było rady, napoczął wówczas cudzego złota.

Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie
męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym
został "żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę
dziecinną przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i
innych, następnych... Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na
drugim końcu miasta, jak bał się wtedy własnego cienia, i tak dalej,
tak dalej!..

Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.

A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie
mógł!..

Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł
do Monte-Carlo.

Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki
całe, płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z
zapałem.

Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się,
troił cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza.
Nie stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako
człowiek bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz
rozpowszechniwszy fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby
dobrach, pożyczył u poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto
tysięcy franków.

Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman,
poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina,
(który, mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie),
przyniosły mu szczęście.

Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości
seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał
się panem miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie.
Począł grać ze zdwojoną energią i ryzykiem.

Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu
przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła
chwila rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał.
Względnie był jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą
do kraju blizko sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko
dwadzieścia kilka.

Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie...

Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny
bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną,
owładnął nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył.

Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach,
odsłonił twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę,
wpatrzył w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.

- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem
wówczas, że nie jest tak bardzo winnym.

- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie
wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem
wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło
się ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w
jaskini gry pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana
z pożyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już
bezpośredniego, dotykalnego związku ze znalezionym portfelem.

Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań,
zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już
wyjętego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem
należał do niego ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty;
podwaliną zaś, przeszłością tylko fortunki tej było
przywłaszczenie.

Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania -
pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze
strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego
plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko
znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od
odległego strasznego wczoraj.

Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim
rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł
działać. Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego
przyjaciela i dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie
niespodzianem, a dość pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach
Zjednoczonych, rzucił się w wir zabaw eleganckiego świata, w celu
zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, zawładnąć jej sercem
potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym został, i...

Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem
równomiernie i łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała
cicha...

Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej
czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje
wspomnień, i odwrócił się od wodnej toni.

Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając,
przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu
dużą srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem,
opuścił zakład kąpielowy.

Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z
szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.

W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo,
obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem
mężczyzny mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie
miłości, życia, silnie nim owładnęło.

Śpieszył się.

Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i
jakieś ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu
niecierpliwie, ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego
starego Włocha, z maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych
raczków.

Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od
spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo
muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz
począł sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl
uporczywa, iż nie cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek
zapewne słabości zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj
rozpoczynają się bólem głowy.

Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile?
Ależ to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe
chora!..

Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i
niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim.

Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo
blisko widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi,
przed jedną z nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski
w obawie, że się spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł
do przystani w tej samej właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już
sznur gruby, przytrzymujący parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman
znalazł się pomiędzy natłoczoną ciżbą ludzi, jak głośny rój
pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem i giestykulacyą.

Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady
pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią,
w bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód
obszary Wenecya.

Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w
rząd domów, położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący
parowiec zbliżał się coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna
pokoju, gdzie pozostawił Olę.

Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego
stała kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu
podłużnych, mieniących się oczu, o piersiach wypukłych,
wznoszących się jak fala, a kształtach ponętnych, pełnych, jakby
pragnących gwałtem wydostać się z ciasnych ram opiętej, białej,
pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu stronach wązkich usteczek
zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, rączka maleńka i
dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie młodej
osóbki.

Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed
chwilą, czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból
głowy ustaje. Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z
wyjściem bowiem Romana zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i
ojciec, jak żywy, tylko jakiś smutny i zbolały.

I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama
uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił
wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach
zabrzmiała melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo
stepu - smętna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu,
pod włoskiem niebem, poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny,
do uszu zaś doleciało jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej
nieuczonym głosem mołodycy...

I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?

Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie
więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego
szczęścia. Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście
szczęśliwą.

- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją
kochał - myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich,
Ładyżyński? Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała?
Co się tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu
drodzy?..

Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z
godzinę.

Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo
ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia.
Obecnie stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od
tego wszystkiego. Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza -
oświetloną Wenecyę, wysepkę z kościołem S-to Giorgio Maggiore,
oraz kanały z mknącemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z
niecierpliwością wypatrywała Romana.

Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność
Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła
już za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków...

Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po
chwili widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła
miarowo, usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone,
proszące...

Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w
kierunku Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak
daleko...

Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek,
poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama
siebie:

- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała
już ona Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa
ich szczęście...

Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się
młodej kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w
ciszy pokoju rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem
zapaliła dwie świece i przystąpiła do dużego lustra. Długo, z
lubością, wpatrywała się w nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z
lekka powieki, lecz tak, by mogła widzieć siebie, przegięła swą
ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz rozchyliła usteczka...

Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej
zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się
niebawem po drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry
ręce, łasząco, jak kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i
uczyniwszy gest, podobny do przeciągającego się po śnie człowieka,
wymówiła głośne: Aaaa...

Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy,
stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym
razem pokoju, z lornetką przy oczach.

Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie
już w przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum
różnolity i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań
skośnie, oświetlając wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród
nich starała się odnaleźć sylwetkę męża, niebawem dojrzała go
rzeczywiście i z radością wykrzyknęła do siebie:

- Jest! jest!..

W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła
szybko kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na
spotkanie Romana, śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi,
ujrzawszy ją na nogach.

Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od
publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez
Dzierżymirskich, muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka,
rozbrzmiewała kaskadą ochoczych tonów przed kawiarnią,
przepełnioną ludźmi, snującymi się również wszędzie, gdzie tylko
było rzucić okiem. Ola, zdążając ku przystani, wymijała ich
szybko, w oddali widziała już wśród idących sylwetkę Romana,
całą białą, górującą wzrostem nad innymi.

Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem
raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że
byłby, nie widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona,
nie roześmiała się wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na
dźwięk znajomego srebrnego śmiechu podniósł Roman głowę i twarz,
chmurna dotychczas nieco, rozpogodziła mu się natychmiast.

- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki
Oli w swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie
pociągnął ją ku sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka
mijających ich osób, ucałował w twarz serdecznie.

- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam
przez lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak
długo, gdy się ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła,
przymilając się, z lekką wymówką w głosie, i dodała jeszcze:

- Myślałam już, że ci się co złego stało!

  Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i
  odparł:

- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?..
- uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione,
zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku...

Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta,
taka sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na
chwilę.

- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach,
dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy
akompaniamencie chóru innych.

- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz
jak ładnie śpiewają?..

- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.

Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą
kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,.
gón-dola signore... gón-dola!.."

Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw
wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań
gondolierów.

Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się
przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił
się niebawem w gondoli.

- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.

"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła
się z pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali
kanału, pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i
począł muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona
zaś uchylała się wciąż figlarnie, szepcząc:
[*) Wioślarz.]

- Wstydź się... gondolier patrzy...

Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się
w pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust
Romana sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i
namiętnością, pieszczotliwe wyrazy...

A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i
oni cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole,
zmierzając wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi,
całemu rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i
muzyką. Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały
w oddali wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady",
na których orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały
się ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.

Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i
stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały
się kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich
niedbale i wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających
śpiewem i muzyką bark podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a
dzisiejszych pierwszorzędnych hoteli i koncertując tam wyłącznie dla
hotelowych gości, zbierali od nich dla siebie datki, sunąc
różnobarwnemi światłami i gorejącym kadłubem stateczku zwolna u
marmurowych stopni pałacowych balkonów.

Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła
S-ta Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli,
(dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem,
zabrzmiała właśnie nagle pieśń solowa ..

Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała
ona uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz
donioślejsza, bliższa...

- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem
śpiewaka.

- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego.
Gondola ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie,
coraz liczniejsze.

Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali
pocałunków i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi
pieśni, płynącej ku nim w ciszy wieczoru.

Oboje milczeli...

Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i
wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy
kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie,
zatrzymana zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do
sąsiednich i założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z
innymi zasłuchał w pieśń...

Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole;
wsparci w nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej
weneckiej, cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej,
chwytającej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadającej w duszę
głęboko.

Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany.
Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany,
od śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska",
przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą.

W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,
ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub
zdążając dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się
milcząco nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych
zaimprowizowanych wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na
swego sąsiada, półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych
językach.

I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i
bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach
kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna...

Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki,
licznie rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże,
i wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych
dworców.

Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola
słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś
dzisiejszego wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko
ulatywały, pod wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a
pełnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni,
wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących
się melodyą słów swoich, kochających tak wyraźnie pieśni owe,
narodowe - własne!

Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego
popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych -
przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze
ojca...

Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz
obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z
tajemnicą na dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem
najdroższej nawet teraz dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą
troski czoło Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie
czarnych, rozumnych oczu.

I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu,
że, postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko
za cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego
dzisiejsze nieograniczone szczęście!

Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał
na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych
poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie
przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu,
czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek.

Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę
spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub
słówkiem pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie.
Ola odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą
zdań urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi
zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób
czas mijał.

Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z
cichym wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne
po drugich - duże barki sąsiednich serenad ginęły również w
oddali, śpiewy ich cichły...

Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a
między innemi i barka, koło której kołysała się gondola
Dzierżymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikały już także
liczne sylwetki i twarze gości, w pobliżu, na wieży kościelnej,
wybiła rytmicznie godzina jedenasta...

Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli
i rzekł:

- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..

- Która? - zapytała Ola, zbudzona.

- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.

- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie
sądziłam nigdy, by już tyle czasu minęło...

- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.

- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.

- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby
pragnąc, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko
do gondoliera, informując go, dokąd ma ich zawieźć.

Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu,
zawróciła i pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem
latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieżach odległych
kościołów, układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi
tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jeszcze przyciszony
odgłos muzyki...

Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony,
i pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo,
ciągle.

Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne
myśli, wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się,
dowcipkował, całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...

Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co
chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się
echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się
cienie pałaców, złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew
wietrzyka, idącego z morza, pokrytego ciemnością, śniącego w
oddali...

Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła
chyżo, a niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się
śpiewana zgodnym liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń
polska: "Szumią jodły"...

- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch -
odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy,
rubaszny trochę głos mężczyzny.

- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i  inni potrafią...
odpowiedział ironicznie ktoś drugi.

- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z
przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.

Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle
nocy tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce,
zaleciała jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj,
Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...

- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub
czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym,
nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz
cichszego, coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną,
głuchą, zapadającego tam uśpienia - Nocy!


*             *
*

- Patrz, patrz! jakież to piękne!..

Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje
wraz z Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami
wznosiła swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po
bazylice San Marco, świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari
- stali zaś przed mauzoleum Canovy.

- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby
się, iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż
czujny... urwał, studjując dalej pomnik z uwagą.

- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się
wolno, pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola,
podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna.

Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę.

Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik
dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce -
mówiło...

Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym
kształtem w minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag
otworem...

Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z
obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na
nim, z rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony...

I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być
rzeczywiście nie z tego nędz padołu!..

Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy
jego przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w
nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu
zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę,
myśl... gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...

A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną
jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót
sarkofagu...

Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda,
jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami
kwiatów, postępują postacie mniejsze - to dziatki.

Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem
już cisi przestąpią oni próg grobowca...

- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.

Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego
pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:

- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?

- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.


W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz
nich bowiem obecnie nie było tu nikogo.

Dzierżymirski wyjął zegarek.

- Szósta!  Wracajmy, musimy pożegnać  jeszcze Wenecyę z Campanili -
rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z
kościoła.

Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem
kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych
grobowcach dożów, Tycyana i wyszli.

Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce
paliło jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto.

Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di
Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali
nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.

A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie
jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd
zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna.

A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne
sale i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także
zarówno arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese,
Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."

- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej
podobno zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem
milczeniu idąc z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając
zarazem szczebiotu jej, wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem
pysznego dzieła Canovy.
[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w
Wenecyi, siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już
nie istnieje. Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.]

- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to
obejrzenie Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła
z ożywieniem: - Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze,
nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...

- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty -
z uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich
wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze.

W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia
Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem
poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki,
zgrzytów pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali
się wzajemnie.

- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie
parę brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?...

- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem
oboje zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod
płóciennem okryciem od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego
różnemi owocami i jarzynami.

Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w
okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali
się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t.
j. drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia,
mówiąc nawiasem, nadzwyczaj niezdrową.

Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je,
Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie
najbardziej ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la
Merceria", wijącą się w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy
domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim położonych sklepów, a
wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto do wieży zegarowej na placu San
Marco.

Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów,
przekupniów mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających
się im co chwila, z pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych
ocząt: "Accompagnare, signore?...", Dzierżymirscy szli szybko,
wygodną, choć krętą ulicą, rozmawiając wciąż ze sobą.

Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa
ich ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po
niewiele znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski.

-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie blisko, jak
wyjechaliśmy z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już
minie miesiąc, jak porwałem ciebie, szczęście moje, z łona
rodziny?..

Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak
Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak
wyraźną czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich
życia; dorzucił zaraz:

- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili
twój ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie,
jakby zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.


Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej
zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast.

- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy
się lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, -
myślę o tem...

I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a
jemu zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one...

W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym,
położyła swą rączkę drobną na ręku męża.

- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko -
ale... ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta
przeszłość nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki
mojej, nie przyniosła nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho
westchnęła Ola i umilkła, spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak
gdyby przestraszywszy się słów ostatnich.

Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją
serdecznie kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w
końcu zmienił zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na
przyszłe zamiary wspólnej podróży. Równocześnie jednak
sposępniał, i, choć drobna, mała chmurka, co niby cień,
wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie rozwiała się dość
prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego ślad trwały.
Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco frazesy, myśl
jego pracowała uparcie w dalszym ciągu.

Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy
widział przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór
niewytłumaczoną zgoła niczem.

Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie
przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut
sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła
tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte
zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc
także cierpiała...

- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman.

- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej
chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała:

- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..

Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w
jej twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.

Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już
oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło
kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych
kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach,
brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie
słońca, u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i
przed kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi,
karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola
powoli zaczęli wstępować na górę.

Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w
górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko
pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej,
wchodzącego wcale nie męczącej.

Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim
migały z prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek
krajobrazu, ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami
turystów.

Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem,
szli pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną
szczytową platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w
zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia,"
kilka zaledwie osób znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli
się do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i
henhen, daleko!...

- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z
przejęciem, Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze
sobą lunetę i regulować ją począł.

Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony
krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się
promienistymi blaskami w morzu, rozświetlała jego tajemniczą
głębię, rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem
zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem zanurzając
się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się światłami toń. I
zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się przyjacielsko i
gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na spoczynek słońca,
wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...

Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie
jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już
morze całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały
w lewo ku Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i
wieżach leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej
gdzieś dali, tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie
górskich alpejskich szczytów...

Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.

Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora,
zachwycał ich ten krajobraz.

- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje
"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u
stóp ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy
jej domów, gdzie na werandach spożywano właśnie posiłek.

- A, prawda! - potwierdził Roman.

- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył
jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od
strony morza.

- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały
- widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..

- Widzę - potwierdziła Ola.

- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej,
to Padwa i Treviso...

Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam -
wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski
- to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.

I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne
odległe góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał
ją, tłumaczył.

Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz
przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie
było tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się
do odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.

Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą
dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya
kościelnych dzwonów...

Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na
wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi
powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele
rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej
Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się
łagodnie, kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń
wieczorną...

Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i
kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się,
niosąc swe echa aż do podnóży gór.

Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:

  - Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?...

Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie
urwał...

Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do
mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem
ramieniem przycisnął wylękłą do siebie.

To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków
od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc
wszystko swą siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."

Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów,
napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.

A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im
bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.

Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny
olbrzymi dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się,
złączyły. Glos dzwonu przenikał ich do głębi, szedł aż do dna
dusz, grał na fibrach nerwów; trząsł nimi, potężny w swej mocy -
wielki...

Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony
przed czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją
do siebie. Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem
jednomyślnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i
złączyły usta!...

Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną
gwiazdę na czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich
pieszczotą i znikł. Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie
odrywali ust od pocałunku, a trwali w nim jeszcze...

Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej
chwili ogarnęła Dzierżymirskich.

W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący
głos dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą...
Łączył się sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego
zarazem pierwiastek zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w
nadziemskie gdzieś strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś
chęci i pragnienia i przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi
i kazał się modlić pokornie...

Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta.

Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła
cichutko: - Chodźmy już!..

- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie
Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu.

Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny
stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w
dół ciągle.

I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w
ich dusze, mózgi i serca...

Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma,
jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze,
odczuty - niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe
słabło!..

Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz
jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!

Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając
murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej
zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...

I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w
myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty
sumienia.

Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego
spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem
zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a
ty tak pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!

Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna,
iż zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty,
straszną noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w
Campanili-wszystko!..

A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy
i bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej
po prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w
dół schodzić poczęli.

Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak
świat, wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy
dźwiękach dzwonu, który wciąż trząsł jej ścianami, wśród
ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła,
spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para młodych.

Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował
bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo
ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich
przypomnienie przeszłości...

W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.

Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający
dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły
się tu wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia
przebrzmiałe, zapadała powoli Campanile.



---------------



- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha,
wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta
nasza światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli?

Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym
salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil
Ładyżyński. Był to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu,
wysoki, szczupły, od stóp do głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie
twarzy szyderczym, przyrosłym jakby do rysów jego, świeżych i
żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych, zielonkawych, z pod
pincenez patrzących rozumnie.

- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała
marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu.

- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i
dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie,
co im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym.

- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już
rachunki z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani
Melania.

Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego,
a ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej.

Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w
takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez
kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku
ostrożnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na
wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym
ptakiem obmowy obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego
świata w mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze
dokładnie. Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel
domu Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym
był ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną
konferencyę z marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I
wówczas to postanowiono, co następuje:

Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z
Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która,
postanowiwszy już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz,
po naradzie z Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego
przyśpieszyć. Za parę dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe
pani Melanii; łatwo było przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec
rozsiewanych zręcznie półsłówek o wielkiej powyższej nowinie, nie
omieszka, przywiedzione ciekawością i chęcią pożegnania czcigodnej
matrony, zawitać na jej salony...

  - Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia
  następującą pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi
  pan Emil:

- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez
rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez
rozgłosu, a to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych...

- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,
wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali
się w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że
ojciec srogi nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony
wreszcie zgodził się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie,
no... bo jest słabego zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy
jechał na kolej, zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią
zagranicą. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład,
że w Szwecyi... Całą tę historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu
u siebie, a ja u innych, tegoż samego dnia i w tychże godzinach
ukoloryzujemy jeszcze należycie kilkoma pseudo-autentycznymi
szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba uwierzą!..

Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy
jego słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle
przez cały dzień dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia.
Obecnie zaś w dalszym ciągu informowała przybyłego swego wspólnika
o wywiązaniu się z zadania i roli własnych, opowiadając mu zarazem,
jak wiele dnia tego odwiedziło ją osób ze świata, do tego stopnia
licznych, iż chwilami w ogromnym jej salonie brakło po prostu dla nich
miejsca.

- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę,
nie przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie
swoje - aż w duchu sama śmiałam się z tego...

- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński.

- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt -
opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i
niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią
mi łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i
lekceważąco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła
ręką...

Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał
bowiem dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy
ktoś ze "świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w
wizytach.

- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i
hrabiowie Doliwscy...

- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia
Alfred, księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej
narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z
Poznańskiego... A także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie
pamiętam wszystkich nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w
duszy z szumnej nomenklatury.

- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki
naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka
drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak
przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę.

- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam -
potwierdziła pani Melania.

- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko
na oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również
mieć nie będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout
passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe
sitko na kołek i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i
wyjmując srebrną z monogramem papierośnicę, ujął w palce
delikatnej swej ręki cienki papieros, uprzejmie pytając zarazem pani
domu: - Vous permettez?..

Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową.
Ładyżyński zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu,
pogładził wytwornym ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a
starannie wyczesane, bokobrody.

- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po
chwili swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na
jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich...
Zastałem tam wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en
long et en large la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli -
bref, Januarek powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i
dokąd wyfrunęła mu jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową
tuszujemy za młodą parą ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...

- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i
pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania.

- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj
w teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się
czasem starali przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć -
odparł pan Emil, poczem zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na
Podole, do Ulanówki?

- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem
zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait.

- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni...
Ale, a propos, cóż January?..

- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu
wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu
smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene,
bardzo chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości.
Może chory...

- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani
marszałkowa niech będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i
jedynaczkę swą wydziedzicza. Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze...
Wydziedziczać młodych! Niech nie lekceważą woli starszego
pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan Emil z patosem, i
powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią żegnać się
począł.

- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale...  Ładyżyński urwał
- Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? -
mówił, całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się
więc, będę na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...

- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani
Warnicka - do miłego zobaczenia się. .

Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze,
poczem jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za
portyerą salonu.

Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył
pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy
niedbale adres, kazał się wieźć dalej.

Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w
dwie godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną
kamienicą w śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż,
skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem
piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.

Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami,
granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z
którąś chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w
bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z
uśmiechem. Służąca zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk
zaś pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w parę minut
później, z pokorną miną, otwierając drzwi Ładyżyńskiemu.

- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy
paltot, zapytał: - Był tu kto?

- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak
pośpiesznie, podając małą tackę ze stołu.

Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.

- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył
wszystko na bok.

- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany?

- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk.

- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński,
a minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu,
prowadzącego do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod
nosem aryę z modnej podówczas operetkowej premiery.

Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie
przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na
raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się
już o dziesiątej.

Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil
więc, znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił
natychmiast do tualety swej wieczorowej.

W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią,
przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach,
przyborami tualetowymi.

Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na
raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości,
przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po
dniu tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o
poduszki mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy
wygodnie swe członki, przymknęła powieki, stan zaś błogi nie
krępowanego niczem spoczynku owładnął nią bezpodzielnie.

Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar
prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed
oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w
ciągu kilku godzin jej salony...

Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum
elegancki, rozbawiony...

Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet,
szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych
- nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów
męskich, pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w
szablonie światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem
harmonii, w całości swej nie wywołując również wcale fałszywo
brzmiących zgrzytów. I uśmiech pół gorzki, pół smutny, w
zamyśleniu okolił wąskie usta marszałkowej Warnickiej.

Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu
dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado,
kryjące swą przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych
pozorów, jak mało godnem żalu i marnem!

Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci
sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego
fałszu kryło się w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej
światowych pseudo-przyjaciół i gości!..

Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników,
widzianych na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów,
wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli
przybyłych; moralnie obnażała ich wszystkich, starając się zarazem
znaleźć, przypomnieć choć jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego
uczucia, wykwitły wśród tych chwastów obłudy!..

Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie.

Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte,
niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki
pochyliła się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać
marszałkowej. Zdrzemnęła się.

W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu
gości apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka
rzuciła się z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy,
poczęła wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos.

W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował:

- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć
się z jaśnie panią.

- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i
równocześnie powstała z kanapki. Lokaj wyszedł.

Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.

Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi  nieboszczyka marszałka,
a zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę
ogólnego i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc
przynosił jej wiadomość o bracie!..

Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i
przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.

- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i
podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.

Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz
sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może
zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.

- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się
dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak
najprędzej, co słychać?..

Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł
pośpiesznie:

- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic
również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.

- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i
ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić
czął zwolna:

- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął
pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...

- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego
zdziwienia, wyrwało się staruszce, pytanie.

Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych
kilku słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać
marszałkowej swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:

- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z
troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że
słówkiem nawet o tem nikomu nie wspomnę...

Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej:

- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i
poważanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba
dość trwałą rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z
państwa, przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek,
podnosząc tym razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową.

- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie
pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się
tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie.

- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i
Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej:

- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo,
prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo,
bardzo silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje,
ani gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ,
u siebie nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny
człowiek...

Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić
dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym,
milczała.

Po chwili wahająco ciągnął dalej:

- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą,
koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem -
potrzebuje obok siebie przyjaciela.

Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę.

- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie
nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...
tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko
składa się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo
łaskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...

Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z
misyą nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta
palił go własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni,
żywiący jeszcze do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione
wypadki, pomimo wszystko, w głębi duszy posądzający nawet
staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z jego córką -
delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u siebie, wobec
zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa.

Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem
Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako
protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem
przed wręczeniem listu.

Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie
zastanawiał się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat
drażliwy. Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast,
czując, że na ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej,
zawisa jakby jakieś pytanie, by powstrzymać je, odezwał się
pośpiesznie:

- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z
innymi interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa
na czas dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko
pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj
u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana
Ładyżyńskiego niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?..

Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca
pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu
się staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż:
wie o wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie
dumę jego.

Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu,
zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej.

Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko:

- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...

Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się
stąd co prędzej, ciągnął żywo dalej:

- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem
zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...

- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa
matrona. - Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...

- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając
jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią
marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy!
Byłbym zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani
marszałkowej.

Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie
pochylił się do ręki jej, w ukłonie.

- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem
pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś
gorączkowo rozerwała kopertę.

Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na
marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec
oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.
Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się
całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na
palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania.
Na schodach dopiero odetchnął.

- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał,
gdyby tak przy mnie list czytała!..

W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie
pogrążał się w myślach.

Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle
przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne
spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy
przypadek łączył ich kiedy na chwilę.

Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego;
etykietalne utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi,
widywał ją rzadko, najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele,
lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszałkowej w mieście.
Podobała mu się piękna panna, bo komuż zresztą nie potrafiła ona
się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiała
poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochał się w niej jednak
bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z upokorzeniem dumy własnej,
stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a jednak...

Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą
musiał, że wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej,
bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewała.

Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy,
wskazanej przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na
pierwszem piętrze, ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów
Ładyżyńskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i
paltocie, ukazał się pan Emil, jak zwykle uśmiechnięty ironicznie i
z pogodą na czole.

- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de
Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie
wyciągniętą rękę młodzieńca.

- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią
swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... -
tu pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, -
skłaniają mnie do tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko
zamknął drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod
wąsem ciągnął dalej wesoło, poufale wsunąwszy zarazem rękę pod
ramię Krasnostawskiego.

- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?..
Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek
cóż tam porabia, poluje; weseli się, czy smuci?

Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy
Ładyżyński znowu odezwał się żartobliwie:

- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować!
Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki
do miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za
młodu! - tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach -
słyszałem - powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana
swoją osobą, opowiesz mi pan en règle, lecz szybko, co cię do mnie
sprowadza, a posiedzenie to odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana...
Zgoda?

- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z
pośpiechem.

Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej
dorożki, rzucił adres, i pojechali.

Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:

- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.

Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym
stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy
zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do
Gowartowa.

Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:

- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale
właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie
wybrał on się z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy
zresztą... Co pan wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego -
o pani Oli i Dzierżymirskim?..

Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało
wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana
Emila, iż wiadomem mu jest wszystko.

- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał
ironicznie:

- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym
przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod
niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej
przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem
wobec tego, możemy mówić szczerze...

- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego,
jakby pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim -
ta cała rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya
przywiązania do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego
ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy
fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od początku do
końca jednym nonsensem. Czy nie miała racyi?

Krasnostawski milczał.

- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński -
upodobała sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To
trudno, panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało
się Oli ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a
raczej wziąć się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i
śpiewa Hosannę na wysokościach, że bez plebana się nie obeszło!
Lub niechże nawet gniewa się, i wydziedziczy córunię, lecz nie
lamentuje, bo to i nie po męsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje
zdanie. Cóż na to pan, panie Bolesławie, herbu Rawita?..

Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton
rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go
przycinek "herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych
niegdyś przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .

Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno:

- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję
się na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.

- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z
kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście
się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny
nie jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie...

- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy
czasem mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie
polecenia. - Mogę być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan
Gowartowski i odczuwać jego charakter, lecz przecież w żadnym razie
nie potrafię zastąpić szanownego pana, który jest tak dobrym jego
przyjacielem...

- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez
litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to
wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja
osobiście nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za
stosowne. Czy zaś ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..

Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.

- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się
protekcyjnym nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę.

- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na
Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże
mi napisze, a może przyjadę...

Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie,
na progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem
jednak przyjaźniej nieco:

- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na
wieśniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...

Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał
się...

Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już
rozpoczynał swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się
setkami świateł; środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach
szerokich zwartą gromadą wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.

Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego,
rzucając co chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele
jednak z nich szło samych, większość miała już przy sobie
czulących się towarzyszy, szepczących im z uśmiechem słodkie
słówka.

Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli
przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a
zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie.
Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym
wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim.

Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch
przypomniał sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego
jutra i wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i
głodem, bogate jednak w miłość i swobodę!

Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na
pamięć, a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym
rzutem oka nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle
Krasnostawski napić się koniecznie z musującego uciech miłosnych
kielicha.

I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się
kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne,
mijały go one, śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem
flirt uliczny, skrzący się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak
poza nim na każde spojrzenie przystojniejszego mężczyzny,
odwzajemniające mu się zalotnem źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i
obiecującym nieraz wiele uśmiechem.

A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny,
pogodny, lwią część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na
pierwszorzędne ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu"
pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade,
czarnobrewe, blondynki, powiewne - białe, szatynki, o ruchach
omdlewających, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym,
właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, żwawe - sunęły
przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.

I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś
sprężyną tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem
dłuższem starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w
siebie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami
publiczności, gorętszem okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i
niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy...

Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i
modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało
go do tej; czynności.

- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź
odważnym, śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho
wejrzenia nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku
sobie; daleko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie
razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się
zdawały, obiecując miłość-pieszczotę!...

Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice
miasta, a obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia
pracownic różnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił
się dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz
bardziej liczny, barwniejszy - obejmował go swym ruchomym uściskiem. I
młody człowiek, ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom
dawnym, a związanym ściśle z tymże samym światkiem, zapomniał o
wszystkiem.

Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa,
Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut,
żądny swawoli i użycia.

Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a
odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej
pończoszce, nóżkę, otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka
dziewczyna, smukła, jak gazella, czarnowłosa, i rzuciła
młodzieńcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący ,
śmiały, rzuciła mu takie same drugie, uważniejniejsze jednak,
gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się iskry, a panu
Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum:
Ta, lub żadna!

Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem,
zajrzał w oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią.
Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i
znikło w bramie domu.

Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a
włożywszy rękę w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W
oddali zachęcająco zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając
gościnnie.

Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem
wchodził już w bramę ogrodu.

O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i
ciche, pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego
doleciały jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione,
jakieś szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...

To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych,
gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko
szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny,
tam znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt
brukowy, rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu,
przyczajony do tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego
słuchacza grała po prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie
harmonijna nuta, złożona ze szmeru pocałunków, głośniejszych
półsłówek, namiętnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego
śmiechu...

Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom
drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły
liść wczesnej jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu
ludziom, o końcu wszystkiego na świecie.

Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z
ławek. Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie.
Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko
to znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i
regularnego wiejskiego życia.

Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy
obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną
zadumę.

W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście
i przed oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy.

Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem
gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś
po świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo,
wspomniał ich przywary, zalety charaktery i serca...

W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka
twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych,
pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś
spopielałych już i zagasłych zupełnie.

A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego
dusza. Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości...

- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem
instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem
westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.

Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w
wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska
figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej
powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak
bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek
zbierał się do odejścia...

- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski,
pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu.

Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął
przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się
głośno i dobrotliwie.

- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła...
Ba!... la donna è mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie
i podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca.

- A to ci mantyka  jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i
wzruszył ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił
się znowu.

Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka,
zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą
sentencyę, pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy
głośno wyrzeczono słowa, zwróciła uwagę na siedzącego
młodzieńca i uważnie spojrzała nań; poczem zwolniła kroku, a po
przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce. Teraz zaś, uporczywie z
pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego.

Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po
chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę.

Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na
jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał
piękną nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych
skrzyżowały się. Z czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się
iskry, poczem opuściła na oczy powieki, z rzęsami długiemi.

Krasnostawski jednak milczał w niepewności.

- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą
była, lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie,
czy nie ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... -
dopowiedział sobie w duchu.

Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się
dziwnie nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była
z miejskim szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej,
całkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby
dystynkcyą.

Tak się zdało Krasnostawskiemu.

W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli
zdjęła woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic
i westchnęła cicho...

Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W
parę jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu
profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo
dawnego "don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda
czasu," i obojętnie zgasłego zapalił papierosa.

Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się
zmęczonym i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś,
poruszonych niedawno, bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął
więc przeciągle i zamierzał już powstać, gdy oto nagle, prosząco,
posłyszał wyrzeczone głosikiem dźwięcznym swej sąsiadki:

- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy...
nie byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?...

Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i
przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości;
zatrzymała się pytająco...

Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą
już rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:

- Tylko... tak ładnie... cieniutko...

- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym
nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana,
ośmielam się, pomimo to, trudzić go... ale...

- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się
ku dziewczęciu, z uśmiechem.

W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej
wiśniowe usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się...

- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem
spojrzeniem.

I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł
się w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się,
opowiadał. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się
dowcipnie, podtrzymywała rozmowę...

Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie;
śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak,
zbudzony, zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce,
jak długi.

Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali.

Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny
później wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę,
trzymając się pod ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan
plenipotent gowartowski skinął na stojące opodal "gumy", kazał
stangretowi podnieść budę, wsiadł do powozu razem z piękną nową
znajomą, rzucił adres - i pojechali...

Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie
w wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który
zaledwie opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową,
pomimo spóźnionej już wielce pory, paliły się, jeszcze światła.

Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym
parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z
rękami założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie
miał ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości
o ślubie Oli, sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie,
zda się, uleciał od powiek starca.

Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników,
nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał,
czasami wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka
bardzo polując do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce,
oddając się teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby
zniechęceniem.

By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan
January wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc
piórem po papierze i godzinami zapełniając go swem drobnem pismem,
nieraz potem, znużony, zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad
ranem zastawał lokaj. W ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz
bardziej; czasami odwetował sobie długie białe noce ciężkim snem po
obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał nigdzie, ani do sąsiadów, ani
nawet do kościoła, nikogo również nie przyjmując.

W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc
się stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był
iście rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek
swój żywy, biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich,
interesujący się najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił
się rzeczywiście do niepoznania.

Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający
dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle
i coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się
na nie musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką
córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January
zamknął się w sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o
niem zapomnieć.

I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda
ścieżka i sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć
jedynaczkę, martwota zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka
przypominały stale nieobecność jej bezpowrotną.

Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce,
wpadał tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał
nieco obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu,
dnie jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu.

Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok
w salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w
gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem
papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać
teraz zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg
czterech leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi,
myślał.

W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga...

Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył
się szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach,
poczem, westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy
biurku przed rozłożonemi ćwiartkami papieru.

Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie
chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się
znowu.

Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała
niezamącona niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła
niczem.

Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa,
sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich
wypełniały się jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na
biurku, zgrzyt zaś stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał
po pokoju. W ten sposób minęła godzina, a może i więcej...

Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy
starannie papiery do szuflady biurka - powstał.

Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj
powiek jego.

Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od
teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą
opisywał - pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi
smutnej znikł z oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś,
zapatrzone, zda się, w odległe dawne wspomnienia...

I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec
Oli zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na
ogród.

Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po
murze winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.

Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i
stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne
pola, odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród
rozległych zaś, jak okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło
kilka dalekich siół i futorów...

W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego
krajobraz ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad
otaczającemi Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby
smutku i niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami,
sennymi łanami i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła
właśnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc,
pierzchały ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgły przedporanne
błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś szarawy przedświtu,
walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski, hardy, panoszył
się już dokoła.

Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty
czar, płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie
uczuwał w duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z
tych ciasnych ram pokoju.

W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy
dźwięk, rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w
ogólne milczenie, szedł coraz donioślejszy... bliższy...

Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony
buraków i jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i
jakby smętne, błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc
drzemiące ptactwo, leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie
do lotu.

- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie
półgłosem pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz.

W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której
wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo
woli na swój ubiór.

Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił,
pełen apatyi.

Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę,
naboje i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu,
powietrza i postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka
myśliwska przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca
swego, legawca, śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na
pola.

Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał
krajobraz, niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie
odgłos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne
przypuszczenie, iż może ten oto znajomy dźwięk, zwiastujący
telegraficznego posłańca, przyniesie mu jakąś dobrą, a
niespodzianą od Oli wiadomość.

Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i
równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym,
przesunęła się sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą
na niej skuloną postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach
porannych.

Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną
ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się
wesoło, całym czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny
potem spuszczał się w jar głęboki.

Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły
sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko
szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej
grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza
dopełniała krajobrazu.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili
tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając
ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego
brzegiem, rozglądając się bystro dokoła.

Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko
załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą
wód przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik,
zniknąwszy niebawem z oczu...

I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie,
cicha, królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem,
chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.

Nagle pan January przystanął:

- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą
łapę i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał.

Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie
kaczki dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne,
z wolna płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u
strzelby, jak mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia.

Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel...

Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy
strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je
trupem, i zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.

Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się
na wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się
wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w
perspektywie, na drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy
skądś, z charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko
prostopadle ponad głową myśliwego.

Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą
zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i
poszedł dalej.

Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś
w oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...

Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował
wciąż brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się
trwożliwie, myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do
nich, bo oto znowu, wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły
bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.

Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj.

Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy
księżycu jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak
samo, jak przed chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w
dogorywających, drżących promieniach miesiąca - wypłynęła
zwierzyna...

Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i
jej ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma
twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca
wzrokiem kaczki, płynące po wodach...

Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią
dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas
Ola tego sobie darować nie mogła...

Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i
zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego.

Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie,
przelatując blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego.

Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał
nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc
rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie
słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.

Staw tymczasem już się kończył..

W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem
błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i
sitowiem zarośnięty cały.

Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a
tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez
bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych.

Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał
niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg
cały wodnistej ziemi.

Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach
rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu
wywołana przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką
swą wzrok jego zamglony.

Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny,
Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga
niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że
nie stracił równowagi...

Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje...

Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło
na niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych
dyskretnie jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa
wychylać się poczęła jutrzenka różana, przeciągając się
lubieżnie jeszcze poza przejrzystą oponą obłoków bladych...

Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z
innego snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj
całe stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb
krążył majestatycznie nad łanem zboża...

Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy
promień słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach
chatynki i blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu,
zamigotał w mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie
odwróconą sylwetę idącego mężczyzny.

Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się
blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on,
objąwszy płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących
wśród bagien. Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na
zakręcie, czy też w drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...

Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa.

Umilkło...

Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z
radością na promienistem czole.

---------


Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch,"
wznoszącej swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej
stóp Lucerną, roiło się od turystów, siedzących przy stolikach.

Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą
smętnie i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości
pieścił widok cudny i wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do
brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe głębie, w których
lustrzanej toni milcząco przyglądały się również zadumane
wierzchołki gór.

Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po
drugiej stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego,
płynących cicho w dal...

Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp,
zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli,
spiczastych wieżach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw,
właśnie przed chwilą zgasł ostatni promyk słońca...

Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś
nieśmiało, ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po
dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich,
a omraczając sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z
nich, oryginalnej wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją,
jedynaczkę, sterczącą zabawnie pośród wód szafiru.

A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze
bardziej wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od
Lucerny, która, choć przepełniona gośćmi z całego świata,
tętnić poczynająca właśnie o tej porze muzyką i gwarem -
obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch" wierzchołka, wydawała się tak
spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła punktem zbornym
kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą wytchnienia i
swobody.

W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy,
przy stoliku, siedziało pięć osób.

Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i
poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy,
przystojny Francuz i Dzierżymirscy.

Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i
młodego Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku.
Stary jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z
dowcipów młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden
tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż
nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko
konieczny, udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko
nudzi go nad wyraz.

Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie
spoczywały na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się,
obojętne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie
na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na
chwilę z jego oblicza, źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi
stawały się, badawcze... Nader korzystnie zaś dnia tego wyglądała
pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła
wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z
okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte tylko ażurową
koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze wdzięk
jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim
przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko,
rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.

Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła
snać dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z
ogólnego powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie,
zbliżyła się do Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy,
jak kocię, swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule
zapytała:

- Coś taki smutny, Romciu, co ci?

-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili:

- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na
pocztę, tam, na dole...

- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?..

Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie
dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się
jednak szybko:

- Nie, nie, zostań, ma chère, proszę cię... Spotkamy się później
w alei nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...

Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał
się z platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki
zębatej, zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu
górę z miastem.

Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po
chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich
poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana.
Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w
wagoniku kolejki, wkrótce ruszyć mającej do Lucerny.

- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo...

W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły
się z chrzęstem, i hamowane, powoli w dół spuszczać się zaczęły.

Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczności,
znajdował się zupełnie sam.

Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół.

Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym
pośrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem,
drzemało jezioro - wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały
jakby z chmurami niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych,
występowały teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki błędne,
zapalały się co chwila tu i tam światełka.

Roman nagle przymknął oczy.

Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą pochyłość i
powietrzną próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta
- zakręciło się w głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się
jedyna szalona myśl, spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie
znaczącym wagonów hałasem. Mianowicie zdało mu się po prostu, że
oberwany pociąg leci w dół, coraz szybciej, i... że już... już oto
w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie się on niebawem szklistej
toni wód...

Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył oczy i roześmiał
się głośno.

Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie
staczała się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej,
u brzegu jego mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek,
Lucerna; wagony, brzęcząc, spuszczały się ciągle, zawieszone nad
miastem.

Roman wzruszył ramionami.

- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął.

W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie
przyczyniło się do tego postępowanie żony.

Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji
zaznajamiania się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich
obecnością bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to
właśnie ostatnie najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd
ludzi, tak uciekał od nich, by być samym tylko z Olą, by bez
zamącenia niczem pić szczęście chwili i tą miłością w sobie
wszystko zagłuszyć!..

Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki,
gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza
tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym
celu uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...

A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!..

Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego
papierosa, żachnął się niecierpliwie.

Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego
gniewu? Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach
uśmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się
śmiała...

- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w
Wenecyi przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu
swego tak przejrzyście, a tu chłód w porównaniu...

- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i
lubieżnie napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem
dopowiedział podrażniony Dzierżymirski.

- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie
mogą!.. - wyrwało mu, się jeszcze.

Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej
żony, gniewało go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując
Olę, dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć
zalotną przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu...
Jątrzyło go to bardzo, choć pragnął pozornie traktować fakt ów
lekko.

Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się
ku gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy
dworcu kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego
ze swych dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem
prosił usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego
małżeństwie i co porabia January Gowartowski.

Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze
względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz
częściej jej twarzyczkę.

Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy
raźno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł się już przy
właściwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty.
Śpiesznie powiedział urzędnikowi swe imię i nazwisko.

Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i wykrztusił z
trudnością:

- Dziez-Dzier... Cornment? Ècrivez, monsieur, sil vous plait! - podał
kartkę Dzierżymirskiemu.

Roman posłusznie napisał swe nazwisko.

Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem
wzruszył wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi
list.

Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę.

Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną
bitem pismem ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie
widoczne, które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym
bezpośrednio z lektury pisma.

List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem mieście, o
ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i pogłoskach o stanie
Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego nie miał.

"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeśli chcesz
koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się
Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo.."
opiewał koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...

Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod
wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz
jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napisał
szybko, odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego
podziękowania, z prośbą o dalsze wiadomości, podawszy adres "Vevey",
dokąd zamierzał z Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł
śpiesznie i wrzuciwszy kartę, skierował się przez szeroki most ku
nadbrzeżnej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu
Lucerny, pełnemu w obecnej chwili publiczności, rozbrzmiewającemu
muzyką, wesołością i gwarem.

Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy
paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i
położył obok siebie.

Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stragan z owocami. Poczuł
nagle pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i
brzoskwiń.

Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, Dzierżymirski
sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem szybkim sakiewka jego
roztworzyła się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z
brzękiem na ziemię.

Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące
na żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto
jakaś refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował
się.

Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przekupniowi po francusku,
niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił się obojętnie na pozór w
drugą stronę, i utkwił wzrok w jezioro.

Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na
zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany
pieniądz - zamyślił się...

O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści tych oto pieniędzy,
które mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło
pięciofrankówki choć jednej!...

Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedakowi zapewne, z
pewnością!... Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na
niego kamieniem?...

Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo,
niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby.

- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił sobie równocześnie w duszy
i głos jakiś cyniczny, drwią co wołał w nim szyderski.

- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!..
malowana, wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie
cuchnąca!..."

Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad
wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo,
przeglądało się tysiącem światełek miasto... płynące wody, o
kilka kroków od alei, skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak
rozpięta nad niemi wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po
powierzchni jeziora błąkały się łódki i małe stateczki, przy
każdym zaś błyszczała czerwona, duża, okrągła latarka, krwawym
śladem, ścieżyną purpury znacząc głęboko swe przejście w
przezroczej toni.

I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały tak bezustannie po
jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały,
utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim
robaczkom...

Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne
znów ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne
spacerujących gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem
młyńce, pękały rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety -
spadały snopami iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora.

Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz
właśnie przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle
posłyszał głośno wyrzeczone koło siebie słowa:

- S'il vous plait, monsieur!

Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniądze,
oddawał mu sakiewkę.

- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie odparł
Dzierżymirski i wręczył przekupniowi dwa franki, w srebrze.

- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu:
pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności
jednak, i odszedł.

Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej
cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym
trafem okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co
do grosza, ile ich znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli
wydanych kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć złoto i
srebro.

Nie brakowało ani jednego centa.

Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego.
Pochylił się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w
dłonie.

- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi
nawet człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie
w głowie, i rumieniec wstydu palił policzki.

Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i
skierował przed siebie nadbrzeżną aleją.

Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, przed którym co
wieczór stale grywała orkiestra, dotarł aż do położonego na końcu
"quai" - kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą
myślą.

W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej
publiczności; piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani
panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim
komfortem hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały grupami na
bambusowych fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno
było również i wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole;
przez otwarte na ścieżaj okna dochodziły dźwięki walca - tańczono.

Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy się tutaj, używał
do woli wywczasu i przyjemności, starając się zarazem opróżnić
kieszenie z niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć
trawiącą nudę.

- A może między nimi znajduje się on "właściciel", "on", wówczas,
przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc
Romana uporczywie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła.
Wstrząsnął się i skrzywił boleśnie...

W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny
głos kobiecy.

Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzieci południa,
drżąca uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy
przechadzających się gości, odbiła się o echo gór...

Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pięknie w jednej z sal
"National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł,
zniewolony pięknością głosu.

I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy równocześnie
uspakajała się burza.

Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie indziej; jak wpływ
zewnętrzny życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy
jego - tak samo, ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana
do chwili obecnej.

Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i
skierował się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że
dotąd nie ma jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po
twarzach przechodniów.

Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście przed sobą
ujrzał Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w
ciemnej narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podobnej
ze sobą nie miała.

Roman uśmiechnął się ironicznie:

- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył
kroku, a znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku
sobie, szyderczo odezwał się po francusku:

- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?...

Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie
głowy, Ola zaś zarumieniła się nieco i odparła:

- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak
chłodno...

- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła,
wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko
będzie! - rzucił Roman opryskliwie.

- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?...

Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym,
niezadowolonym wciąż głosem.

- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco
tonem męża.

- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w
tymże, co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w
duszy co prędzej pozbyć się towarzysza żony.

- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! - dodał w myśli
zarazem.

- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem właśnie
młodzieniec.

Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł
śpiesznie.

- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął
rękę...

- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa?
Doprawdy, jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając
podaną dłoń; nie odchodząc jednak, wciąż szedł obok Oli.

- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzejmie. - Tak mało
miałem sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko
ciągnął dalej, zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam
pan tak prędko...

Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana.

- Państwo... w roku przyszłym  zapewne przyjadą tu również? -
jęknął jeszcze, podtrzymując rozmowę.

- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski.

- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec.

- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman,
lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj
elektryczny, by stanął.

- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.

- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w
przeciwną stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.

- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- odrzekł po polsku
Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony,
i pchnął ją z lekka do czekającego na nich tramwaju.

W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny
pomknął i znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który,
postawszy na chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w
drogę, i zginął niebawem w różnobarwnym tłumie.

Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie,
szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową,
pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku
smolne łuczywo, tak zwany kaganiec.

Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło nieprzejrzane
ciemności, torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem drogę małemu
koczykowi, zaprzężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku
siedział Bolesław Krasnostawski, otulony burką i obłożony
pakunkami. Jechał właśnie od kolei, a powracał z podróży swej do
miasta.

Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesięć, dziś
dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę
łamiąc sobie właśnie głowę, jak upozorować przed starym
Gowartowskim swą przydłużoną trochę nieobecność.

Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pana Bolesława w wielkim
mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak
święty turecki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną
gotowiznę przehulał bowiem tam doszczętnie.

A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze
miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie
spędzone... Myśląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna
szczególniej rzecz dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z
Gowartowa nie otrzymał on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu,
depeszy, lub przynajmniej choćby jakiego listu ?... Bo że on nie
dawał znaku życia - nie było w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?...
To zaiste, było całkiem niezrozumiałem...

I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski
ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd,
usiłował bowiem zdrzemnąć się w powozie.

Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie
wśród ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony
czerwony od blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu
stronach drogi i zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych
polach, lub majaczył po grzędach zielonych plantacyj buraczanych,
ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do
rowu, musnął kurhan, z pochylonym krzyżem, oświetlił przydrożne
samotne drzewo...

- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo
nie wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie,
wymówił do siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie...
zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno.

Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w
oddali, na prawo, rysują się jakieś cienie, a tuż, niedaleko,
środkiem pola, jak gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają,
dwa inne migocące małe światełka, eskortowane z przodu kręgiem,
czerwoną plamą światła.

- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana.
[*) Słyszysz.]

Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwrócił
się leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo.

- Co to takiego? - zapytał.

- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował
stanowczo woźnica.
[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.]

- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski.

Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta,
przejeżdżało się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół
wiorsty.

Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, klekotał po
drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w
pobliżu już domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i
spojrzał na zegarek: dochodziła druga po północy.

- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we dworze się pali
- ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi
świateł.

- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana,
zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze?

Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z
kagańcem.

Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego starego
krzyża, zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali.

W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk
jazd zbliżał się szybko.

- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku Krasnostawskiemu z
kozła, furman pospieszył z informacyą.

Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym stajennym kasztanie
parobek, z kagańcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylił
pokornie czapki.

- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.

- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.

Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę rasowych gniadoszów
nejtyczanka, powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta.

Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem
i krzyknął donośnie:

- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!...

Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem migocącem
świetle kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się
dwóch mężczyzn.

- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany przez
Krasnostawskiego konsyliarzem.

- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił młody człowiek
przybyłego - bo to już dobrze po północy - dorzucił. - Czy szanowny
pan z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może
tylko z wincika?....

Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz
doktora, okolona długą brodą.

- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.

- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski.

- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinął
się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem
komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej...
może Bóg da... doktór zatrzymał się.

- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko zaczęło - dorzucił
informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł,
polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się...

- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się
Krasnostawski. - Więc pan mówisz, że dziś lepiej?...

- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka spadła nieco,
lecz wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki,
w całym domu nikogo nie ma przy sobie...

- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? -
rzekł Krasnostawski, na dobre zmartwiony.

Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z
dobrocią i rzekł:

- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju,
wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał
Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej
seryo - wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc
między nami, przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie,
nieborak, klucznica i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko
zawsze tak było, jak dziś....

- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem
zapytał Krasnostawski.

- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie
nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór
to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w
ręku Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor
wyciągnął rękę na pożegnanie.

Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się
na niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on
usiłował widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze
bardziej.

Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego
duszy, iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki,
sam bawiąc się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do
bryczki.

- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?...
- bąknął, aby coś powiedzieć.

- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!

- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego
pojazdu.

- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę
furmanowi.

Tenże odparł lakonicznie:

- Zabuł, pane!

- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski.

Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy
połączył się z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków
nejtyczanki lekarza, a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły
znowu ruchome swe kręgi krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy
pokrytych, obszarów. Oddalając się od siebie, długo tak na
horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich łuczywa, aż
wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi punkcikami na
niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na widnokręgu,
znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w siebie.

Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku,
rozjaśniona na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła
nad polami, stepami i krzyżami kurhanów.

W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko
dokoła zapadło w sen twardy i cichy.


---------



- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz nawet, jak ja
cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje
życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy
się ku Oli i tuląc ją do siebie.

- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając
się coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy
najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym
stłumić, przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł -
podeptałbym bez namysłu wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć
mi śmiały wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie
wiesz!...

Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie
bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę.

Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na
ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie
przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te
piękne lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili
znów mówił:

- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla
ciebie niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz...

Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a
pochwyciwszy jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami
okrywać je począł.

- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej...
ciszej...

- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie
nie pozwolę!...

A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:

- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi
memu, owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew,
opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To
była, wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu
innemu pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na
nie patrzy, rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne
do nich prawa - mężczyzna inny - niźli... ja...

Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony.

- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili
miękko, łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w
milczeniu Oli, rzucił pytająco: -Przebaczasz?..

- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem,
pieszczotliwie Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie
było - siedzieli w cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na
szyję Romana swe długie białe ręce, i przytuliwszy się doń,
poczęła mu z kolei szeptać:

- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w
duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła
z zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami
śniadą twarz Dzierżymirskiego.

- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała
się z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...

I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi
świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem,
urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym
tętniących w nim młodych pragnień:

- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy,
nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej
jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak
cię kocham, uwielbiam !...

- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam,
zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam
za tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja
bym sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!...
mój!...

I szept młodej kobiety łaszący się, palący, zawrotny - skonał...

Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę,
minut parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z
której jedna jedyna wyłoniła się tylko - miłość.

Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku
tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja
w Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze
szwajcarskiego miasta.

Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w
głębokich jego toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po
ciemno-modrych falach...

I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś
czarem dziwnym...

A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie
srebrzył się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu,
ogromnej, szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich
swe wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami
zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na
obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały -
się jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho
zgrabna, wysmukła barka...

Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał,
stawał się jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u
stóp Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od
gór podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem
srebrzystych promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie
wypływała z wolna ta sama łódź żaglista...

Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w
zachwycie.

Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej
szwajcarskiej, boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym,
majestatycznym spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie
ogromem i potęgą przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu
skrzydeł, lecących w zaświaty...

Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na
zegarek. - O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się
do Oli.

Powstali.

- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z
zachwytem szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy.

- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie.

Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod
górę, ku rozsianym willom miasta.

Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich
zaś jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska.

- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! -
krzyczał w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie!
W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy
zmatujesz bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..

- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość,
to szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na
świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją
zdobyć! - Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz
ileż razy bólów życia nagrodą - jego zapomnieniem!..

Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli
ostatnich, opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony.

Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami
bezustannie pod górę. Roman odezwał się po chwili:

- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od
ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to?
- pytająco nachylił się ku młodej kobiecie.

- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a
zresztą, wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego...

- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy
wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach.

Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku,
Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali
wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili
pobliskie Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz
dokładnie, jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure
więzienia, z zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad
trzystumetrową głębią Lemanu.

Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w
kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę
"Soim-Pèlerin," mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka
jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone
niby na ekran zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i
cichego smutku...

- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman,
gdy, mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła
katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście,
rozjaśnioną tajemniczo cieniami księżycowego światła...

- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do
jednego z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem
twoim w Gowartowie...

- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry,
poczciwy, złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy
się do Romana, uściskała go serdecznie.

- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś...
- potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle.

Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą
była mu myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno
nieco, widząc bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł,
iż o odebranym już liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie
wesoły, nie wiózł jednak jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy
natomiast następne - kto wie?

- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy
się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia.

- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola.

- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem,
podałem adres Vevey...

- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo
woli biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o
mnie, czy potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?..

Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy.

- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając
zaś, iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem,
pieszcząc czule młodą kobietę.

I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła,
zdeptała wspomnienia - zakrólowała sama!..

Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i
uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli
nareszcie do dużego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem
piętrze.

Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi
zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego
milczenia.

W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie,
świeże, od gór płynące. Wchłaniając je z lubością,
Dzierżymirscy poczęli gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął
się do zamykania okien, Ola zaś, zapaliwszy światło, zdjęła
kapelusz i wolno poczęła się rozbierać.

Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego
domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne
uderzenia. Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc
widocznie zamanifestować swoją tam obecność, a zarówno i fakt że,
hałasując, spać mu przeszkadzano.

Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść
nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów.

Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie,
zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i
szczerze.

- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka
pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas -
objaśniła półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach,
zwanych "pensions," obiadują wszyscy razem).

- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba,
naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała
się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają
częstokroć to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił.
- Ale, ale... - ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie,
Oluniu... Zapomniałem ci powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał
sufit palcem i roześmiał się - mieszka drugie dziwadło:
Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta stara panna... Otóż
wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie, a wiesz
dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął
śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej
sąsiadki, co?...

Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła
właśnie przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z
obnażoną szyją i ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła
się w tył i poczęła rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.

- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź
muzyką całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!..
Ha-haha, a to się wściekać dopiero będzie!..

I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i
począł całować je głośno, cmokając z lubością.

- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za
ścianą gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu.

- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur
wściekłe.

Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować
zamaszyście.

- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością
hamując wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w
ślad za tem, z pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i
przechyliwszy wysoko giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała
Romanowi do pocałunku rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod
długich rzęs...

Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął
ponętnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny.

Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na
balkon.

Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim
oddechem, orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy.
Spojrzał w dół. U stóp jego szkliło się w dali tam i ówdzie
srebrem rozbłękitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie
tuliły się jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgiełki, błąkające się
zazwyczaj dzień cały, od rana, po Lemanie, i wespół z białemi
mewami muskające stale grzbiety jego fal.

Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz
grzbietów gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich
śnieżnych szczytów.

A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak
iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey
światełka, kolejno - stopniowo nikły...

Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy
powiew, płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki
niebieskawego dymu.

Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym
gór zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność
ubóstwianą kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a
czując równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał
się w uczuciu tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród
rozsłonecznionych wód wesołych płynącego w dal radosnego jutra!
Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak wewnętrzny, toczący ducha
Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką miłości ukołysane
sumienie - spało.

- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot
obietnic pełny, wołający go głos kobiety.

- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił
próg balkonu.

Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast
błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w
półświetle tem majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej
ramiona.

Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem
suknem balkonowe okiennice.

- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak
ślicznie!.. - posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman
usłuchał, a zamknąwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu,
skierował się szybko w głąb pokoju.

***

Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i
niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich
zapukał ktoś dyskretnie.

Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten
odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając
przez drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku
wyjściu z komnaty... Otworzył drzwi cicho...

- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie,
wpółubrana, uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała
jakiś papier.

- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.

- Telegram! - brzmiała odpowiedź.

- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny
odbił się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do
okna i gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru.

Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i
telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu
Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie.

Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się
coś niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały
wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp,
pokrytymi jakby woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie,
wschodziła snać jutrzenka...

Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę
komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry
wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie
na rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od
rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem...

Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem,
bólem...

- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej
jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy
twarz, - nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu.


---------


Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach
poruszonej świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych
wołów, w trzy pary leniwie sunących u pługów, obmotywało się
swawolnie wokoło ich przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej,
unoszone wietrzykiem, by przytulić się do rozgorzałej w słońcu
czerwienią i złotem ściany borów, do samotnych grusz polowych i
zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a zaglądając po drodze w
ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w stepie dalekim,
splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie -
pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą.

Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni,
unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim
dwie osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego
miasteczka, drugą - Krasnostawski.

Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu
łan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd
wpadł do sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać
poczęły zajadle; wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych,
włosach, rzuciły się, uciekając w popłochu, a przędzące konopie
wieśniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych
koszulach, stawały zdziwione, przeprowadzając migający pędem pojazd
niespokojnem okiem.

Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i
stępa, wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na
wiejską groblę.

- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?..
Cóż robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... -
odezwał się Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza.

Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i
brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów,
wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie.

- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January
dożył błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!..

Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił:

- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku
Najwyższemu wznoszę... Może jej usłuchać raczy!..

- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a
wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie
godziny...

- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam
ostatecznie wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana!
Ja, na przykład, pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po
przyjęciu Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych -
wyzdrowiałem...

Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie
stępa, zauważył:

- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż?

- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski.

U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń
wodna piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w
której przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.

Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze
część wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary
lokaj, klucznica i kilku domowników.

W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej
czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał
głośnym szeptem:

- Żyje?..

- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast
dorzucił:

- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i
do jutra rana...

- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski.

- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam
młodsza jaśnie pani niezdrowa...

- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w
domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na
widoczną obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się.

Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany
towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk
uroczysty kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży,
utajony w Przenajświętszym Sakramencie...

W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz;
idący w ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w
głąb sypialni chorego.

Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata,
sędziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili -
Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się
wielkiemi krokami po pokoju.

Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim jednym prawie
spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go
osobiście, wzywał lekarzy, konsylia.

Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci
widmo błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia
poprzedniego już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o
nieszczęściu do marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi
swego, Tarnopolskiego.

Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym
proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się
dzieje w Gowartowie.

Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie
odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny,
zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie
dobry znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej
wzmiankowanego Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski
umiera.

Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle
Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty
w przyległej komnacie chorego.

- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna,
spojrzał w zadumie.

Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór
klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie
na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty
sioła, i step w perspektywie.

- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i
wszystko weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć
dusza tego zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i
rzuciwszy się na fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się
przelatywały mu po głowie.

- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki
niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy
milcząco czoła!

I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej
nieubłaganej godzinie przyjść musi !..

- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony
mężczyzna. - Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem
ludzkim, zawsze, zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak
samo niedościgłe, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające
sfinksa zagadką...

- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł
głośno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą.

I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego
pokoju...

Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się,
natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła.
Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku
niemu.

- Cóż, księże proboszczu? - zapytał.

- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł
tenże z powagą.

- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To
jest... - plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy
choremu przypadkiem nie lepiej?...

- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego
Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański.

- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie,
ołowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza
dobrodzieja - uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej
chwili podwieczorek podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą,
głodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom się skierował
pośpiesznie.

- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę...

- Już? - zdziwił się młody plenipotent.

- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać,
jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe
przedwieczorne odmówię.

- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w
półukłonie Krasnostawski i znikł za drzwiami.

Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece
staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on
spokojnie.

Widząc to, proboszcz wyszedł.

Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po
wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się
w skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski.

Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich
odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut
później pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu...

Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez
milczące pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego.

- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło
łoża chorego.

- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho.

- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie
tego potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski.

Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła
się z pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego
przy łóżku, usiadł ciężko.

Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając
niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni
domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny
nie dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story
rzucało swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce...

Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się
głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem.

Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów
w zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym
ciężarem, z poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie
odwołalnie, kroczącej śmiało śmierci!

Minęło w ten sposób dwie godziny.

Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą
czerwoną łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami
krwawymi po posadzce i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie
jakieś dla ucha dochodziły odgłosy...

To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach
pogodny dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską
dumkę - wracały po pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych
łanów, gromadą...

Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony,
ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na
chorego...

Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko
- wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał
wokoło.

Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka
blisko.

- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością.

- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie.

- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami
powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym,
cichym głosem:

-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno...
Tak tu ciemno...

Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę.

Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego
zmierzchu stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane
gdzieniegdzie czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych
liście kobiercem - bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła,
ciemniały jego osady, senna i mroczna świeciła tafla stawu.

Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen
tęsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem
krajobraz.

Do łóżka zbliżył się pośpiesznie.

- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję -
odetchnął Gowartowski i dokończył ciszej:

- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch
słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich.

- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że
głos pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej...

- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie
będzie... to tylko na chwilę...

Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej,
uczyniwszy jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny.

- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już
nie pomoże - wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił:

- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany
panie Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo -
żółtą ręką taborecik.

Krasnostawski usłuchał.

- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo.
Oparł głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś
twarzy jego zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły.

Krasnostawski wyczekiwał, milcząc.

- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili.

Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W
dziesięć zaś może minut później głosem słabym, przerywanym co
chwila ciężkim oddechem, przemówił cicho :

- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie
opuścił... Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... -
spuścił głowę i umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w
jego niebieskich, przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po
wychudłej twarzy. Po chwili ciągnął znowu:

- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem,
nie depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy
nie!... - powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na
ustach przeciw dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak
ściana blady.

Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą,
a gdy Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i
silnie podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe.

- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić
począł dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i
wysiłku głosem :

- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów
zamilkł sekund kilka.

- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały
zapisałem jej wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej
nieco, jakby w ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl
swoją - tylko - ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u
notaryusza, złożony dawno, na korzyść Oli... drugi... na jej
niekorzyść...

Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył:

- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu...
Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!..

Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia
Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.

- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski.

Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym
ruchem ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża
stoliczka.

Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd
pęk kluczy i oddalił się cicho.

Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka,
odpoczywał Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut.
Na progu wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą
kopertę.

Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł
się na posłaniu i wyciągnął rękę po testament.

- Dziękuję... - wyszeptał.

Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą
ręką, wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna
na cztery części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony
test, a zwróciwszy się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie
dźwięcznym, stanowczym, wymówił:

- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki.

Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni
surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili
jakiś pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a
dwie łzy nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.

Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan
January:

- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili:

- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..-
dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy,
trupio blady, umilkł...

Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła,
lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca...

W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś
nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski
jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym,
zdało mu się bowiem, iż tenże porusza ustami.

Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek
posłyszał jeszcze:

- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę...

Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od
łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu.

Minęło z dziesięć minut.

Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po
chwili powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się
cichutko z pokoju. Dusiło go coś w gardle...

W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie.
Mrok wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie,
samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje
balkonu i wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem
powietrzem...

Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym
powiewem jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo,
ogłupiały jakby na razie, bezmyślny...

Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i
parku, przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To
codziennym, panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na
wieczorną kolacyę.

Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i
głód.

Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy
po drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na
palcach skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę
całą Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie
miał - młody organizm dopominał się o swoje prawa.

W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił
się, popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju
Gowartowskiego.

Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę,
przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego.

Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko,
cicho, bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła,
zmiana nagła.

Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i
dziwne ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna,
zatrzymywaly się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna,
jednostajnie...

Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika,
wziąwszy do ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na
receptę. Przeczytawszy zaś, westchnął.

Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...

- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie
młodzieniec - tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może
Bóg da... pocieszając się - dokończył głośno.

Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg
Krasnostawskiego.

Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął
mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się...

- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął
przeciągle z cicha.

- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie
przekonywająco i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej
wody.

Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze
szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił
się w fotelu.

Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent
spał już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami.

Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w
komnacie.

A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować
zaczęła.

Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął
wietrzyk i cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem
park stary.

Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a
w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny
odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił
przeciągle godziny jedna za drugą.

Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się
początkowo słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory
starzec już konał...

Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego,
stanęła śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego
dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu...

Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie.
Zerwał się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w
cieniu łoże. Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na
głowie.

Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup,
nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały -
straszny, jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie -
charczał złowrogo...

Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia,
że nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w
życiu znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc
bezprzytomny prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał
przy tem na całem ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do
miejsca, do ziemi.

Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem,
konające drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali
krajały niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk
niewytłumaczony, dziwny, zatrząsł nim.

Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna,
bezzębna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz
obojętna do łoża... nachyla nad konającym...

- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto
śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz
przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !..

- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski,
schwycił się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu
dzwonek - wybiegł.

W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy
dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !..

Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone
ruchy, gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał
jeszcze donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał..

Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby
w kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka.
Ostatnia przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku.

Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy.
Krasnostawski przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana
Januarego.

Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli,
charczenie, jęki, również ustawały, ucichły wreszcie...

Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą,
przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej
chwili ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca -
mknęło w zaświaty...

- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ
się płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił
ponuro żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać
zaczął błyskotliwy po twarzach klęczących ludzi.

Poczęto się żegnać pobożnie...

Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z
wolą Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i
aż do stóp Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam,
gdzieś wysoko, w ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu
niebo otworzyć pragnęła.


---------



Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po
białych ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno
do małego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem,
kołyszą się w promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru
delikatnym dreszczem przebiega również po rzędzie żółtawych u
świec płomyków, palących się wokoło katafalku, ginącego w zieleni
cieplarnianych kwiatów.

Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia
progiem, na podwyższeniu leży January Gowartowski...

Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks,
zaczesany starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie
na białem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna,
pogrążoną być tylko się zdaje w głębokim, cichym śnie.

Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i
świadomości prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić
się musi rozum ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!..

I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski,
cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju
słońce - niczem wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp
katafalku, sędziwej kobiety-siostry!..

Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi
usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada
łza cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy
ukochane.

I modli się znów pokorna!..

Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i
martwota nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś
nieuchwytna, cicha, świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a
w każdym razie, iż docześnie na pewno nie cierpi już wcale.

- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w
ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą
wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego.

A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają,
igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z
pól pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa...

Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej
czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają
się ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już
mężczyzna...

To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej,
podążył do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno.

Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból
niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec,
przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy
Gowartowskiego swawolną nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o
katafalk, w bolesnej zadumie.

Mija tak długa chwila.

Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna
Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w
nim osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do
Ładyżyńskiego i opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa
niem delikatnie raz, drugi...

Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego
zamyślenia i unosi głowę..

- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?...

Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony
jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze,
daleki tętent i turkot kół powozu.

I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.

- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w
faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...

Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z
klęczek.

- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek -
ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos
jeszcze bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana
Dzierżymirskiego nie znam... A tu, do wiadomości zgonu...

- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale
prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się
biedaczka wystraszy.

Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś
jej przekłada.

Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje
i ze smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie...

Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed
chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz
snać zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie
przerywa martwą ciszę... Powóz staje.

A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne
jakieś zgłuszone dochodzą głosy i szmery...

Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny,
straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad
za tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już
całkiem donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.

Jeszcze chwila...

I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle,
zakątka, sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym
zostaje.

Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego
prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega
ubrana w podróżne szaty, płacząca Ola...

Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i
wytworna sylwetka jego.

Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem
hałas drugorzędny jakiś, inny...

To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało
rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej
wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na
ziemię...

Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...

Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli.

- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc,
wijąc się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w
łkaniu, szlochając.

Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana.

- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! -
szepce mu coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla
się i klęka po drugiej stronie katafalku.

A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa
je łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co
bić już na zawsze przestało!..

- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. -
powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!..

Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w
bólu kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją
Ładyżyński.

Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być
się zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte
świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy
wciąż nieruchomo, myśli...

Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony,
bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.

- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco,
błagalnie; z przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa
się bezustannie głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w
dal, do parku, na step i pola!..

I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać,
łkać oto zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych
brzoza nad wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk
boleści, podchwycony akordami przyrody, płynie, płynie w dal...

I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..

A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i
step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki
rosy...

Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego
dziecka.

Lecz czyż to złudzenie?..

Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że
oto znika z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam
zmarszczka, i całkiem już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez
końca...

Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze
tutaj przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup
słyszał jeszcze ?

Któż wie? któż zgadnie?

- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna...
nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega
się dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych,
bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.

- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej
kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól
szerokich... półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na
rękach Dzierżymirski z powleczonej kirem komnaty.

Wystraszeni podążają za nim wszyscy...

To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej
sile, nie lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili
despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi.
Troska o żywym wzięła górę!..

W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko
poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół
przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym
majestacie śmierci - umarły pozostał sam.


***


Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka.

W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze
światło w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy
przez okienne szyby.

W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego
dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader
dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna
rozbierał leniwie.

Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek
wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.

Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił
haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę,
zgasił światło.

Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż
zatrzeszczało staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie,
zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć począł o
ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w dotychczasowem życiu
jego.

Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka.

Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną
spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...

Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem,
szeleszczącem pościelą łożu.

- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z
zadowoleniem. Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a
przeczuwając zgon ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za
nieposłuszeństwo wydziedziczył.

Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo
rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach
pana Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski
podarty własnoręcznie przez umierającego ojca testament.

On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej
woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał
się przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę.

Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią
uciekał również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które
czekało nań, czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych
z poprzedniej fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie
wydanej.

Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.

Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał
dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko,
przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie
wspomnienia gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby
rozrzucał, pozbawiał się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej,
choć nie przyznawał się pozornie do tego, rad nawet będąc, iż
złoto wątpliwe szło - nikło...

Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył
się niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.

On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de
facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.

I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego
domu - przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w
czterech ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu
piersi egoistyczne zadowolenie wewnętrzne.

Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi
cechami charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań,
nieprzystępny i dumny względem tych, których pragnął trzymać od
siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan
January, w stosunku do dzisiejszego swego zięcia.

Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz
zaś, powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po
wypadkach śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się
przy tych zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli -
swobodna, pomykała obecnie chyżo w przyszłość.

Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał
dochody...

I Romana upajało to jutro!..

Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle
odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego
właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą,
gębą!..

- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z
zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic
nie wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie
czasami bywa wcale miłem.

- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? -
rezonował dalej w myślach swych Roman.

- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy
zaś znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z
przekonaniem: Zuch, poradził sobie w życiu!..

- A jak? któż o to pytać będzie...

Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju
odnalazł kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś
dziecinnym wprost kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej"
piwnicy; nalawszy wina, napił się chciwie.

Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą
przyszłego bytu, miała również na jego obronę, przyznać należy, i
szlachetniejszą podstawę.

- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie
właśnie w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki
kryształowy kielich od wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem
układał już względem tego plany na przyszłość.

- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie
zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy -
szeptał cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze,
oczyścić się w ten sposób z plamy przeszłości!..

- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył
głośniej. - Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z
mocą i umilkł, a równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz
jakaś gorączka czynu.

Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego,
Dzierżymirski poruszył się w pościeli swej niespokojnie.

- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla
tego choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało
szukać go będę. Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale,
by dopiąć tego - powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę
szerszą świata!.. Bo przecież tu, choć będę panem Gowartowa, nic
przecie w tym względzie uczynić nie zdołam!..

- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie.
Dzierżymirski brwi zmarszczył.

Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a
równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z
odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem!

Bo, rzeczywiście...

Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama
zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został
panem i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów
braki obecnego położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad
drugich zachęcać będzie - nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go
w spokoju!

Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć
zmazania plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą
jeszcze wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana
pokrywała się cieniem.

Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy
Dzierżymirskiego.

- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca
szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty,
delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na
ziemię.

Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki,
myśl zaś zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła
mu przez głowę.

Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:

- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai...
Sprzątną jutro...

Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując
zasnąć.

--------------

CZĘŚĆ DRUGA



Była wiosna...

Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze,
uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach
wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i
nadziei krzepiła serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach
ludzkich uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły -
upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła zwycięska,
królewska, wspaniała...

Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem
ulic wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie,
obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem
papierami, listami, księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski
i słuchał mówiącego coś do niego młodego mężczyzny.

Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać
poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.

Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we
czworo, postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz
zaś milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie,
bawiąc się tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.

Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą,
ruchliwą i zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie
zdradzać się zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.

Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające
go sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.

Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem
suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go
fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko
starożytne; spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych
gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza,
zagadnął:

- Zatem... panie prezesie?

Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś
odrzec, lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł
lokaj, trzymając duży list na tacy.

- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w
końcu kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...

- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli,
nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.

Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko
wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami
podpisów.

Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy
czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem
znowu przeszkodzono mu.

Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.

- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.

Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo
wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz
ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.

Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski
zerwał się na widok wchodzącego.

- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko
jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego
instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.

- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy
zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził
dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i
gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu.

Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał
się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.

Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a
przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:

- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie
interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą
korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów
jednej z naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w
tym samym tonie, - tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, -
czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...

- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił
zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu
nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !

Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować,
lecz Dzierżymirski już mówił:

- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie
mieć będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do
niedawna, w ręku odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych
towarzystw węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go
podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w
komisyi rewizyjnej.

- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z
lekka, - że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie
całkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął
powtórnie uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i
zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem
lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd...

I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił:

- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za
parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku.

Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego.

- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność
komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa
się w ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to
również małej wagi...

- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, -
przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko -
lecz o człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich
kół naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć
sobie potrafił, i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie
już w zupełności...

Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie
kwestyi.

Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył
osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść
doń z tego rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej
przemknął w tej chwili po licach Dzierżymirskiego.

- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie
pychy rozpierało piersi.

Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca.

- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?...

Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak,
podane zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź
przychylną.

- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym
przymusem. Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają
na mnie czynności i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć
już chyba muszę!..

- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest
Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa
swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w
rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko
przynosi - i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił
z lekka głowę. - Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję
również - kończył - iż chyba im podołam, tymbardziej -
uśmiechnął się tym razem nieco dumnie - że zajęć bardzo
podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego czasu moc
niezliczoną...

- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą
przyjemność miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy
dzisiejszej, że zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego
Towarzystwa, iż w całem mieście nie ma formalnie nikogo, kto by
lepiej od pana prezesa czynność wzmiankowaną objąć zdołał.

Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił
tylko głowę i powstał z siedzenia.

Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko.

- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a
przysłowie to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie
może.

- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady
Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej
zresztą wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.

- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za
tem znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać
się począł po pokoju.

- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca
kapitałami, najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała
go również! Więc i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli
nikogo, godniejszego, by piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w
umyśle Romana bezustannie nad innemi górowało wrażenie wizyty
ostatniej.

Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się
po ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi
krokami.

Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało
wejściem lokaja.

- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem
- zaanonsował.

- Jak się nazywa?

- Oto bilet, jaśnie panie...

Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał
wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono.

- Proś! - rzekł krótko.

Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka
i usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam
porozrzucane papiery.

- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął
jednocześnie po papier listowy, oraz kopertę.

Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list
znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie
w jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka.

Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam
już załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc
pióro, Roman począł pisać zamaszyście.

W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa
postać czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast
do biurka i przemówiła głośno:

- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie...

Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano
wątek listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą.

Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych
rysach, ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej
powierzchowności.

- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł
uprzejmie i począł pisać znowu.

- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale
szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu
Roman.

Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał
jej grzecznie, lecz sucho:

- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak
pani nie pilno?..

- O, nie... przeciwnie... Tylko...

Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej,
najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li
tylko zgrzytem pióra po papierze.

Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na
nieznajomą.

Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i
uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby
obrażonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak
natychmiast, przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka.

Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się
zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast.

- Czy jest kto? - zapytał.

- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź.

- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman,
gdy zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do
nieznajomej.

- Słucham panią... Czem służyć mogę?

Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze,
i zmieszana nieco przemówiła:

- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często
wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... -
tu przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego,
poczem ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich
myśli, bo nie dokończyła już poprzedniego zdania:

- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam
więcej, jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli,
inteligencyi rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo,
bardzo cenił pana prezesa... - i zawikławszy się ponownie w
wygłaszane przez się pochwały, nieznajoma zatrzymała się chwilę.

Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z
przerwy.

- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża
pani? Czy żyje?...

- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu...
Świeć, Panie, nad jego duszą! - westchnęła.

Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę.

- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego
nazwiska... - wycedził z wolna.

Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów
przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie.

- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem.
- Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie
raczy...

- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile
razy - słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie -
widział mnie mąż pani?

- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z
odpowiedzią przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było
dlań przyjemnem nad wyraz - utkwiło mu w pamięci...

- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z
wymuszonym okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza
zasługami społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego
człowieka, jak pan, nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam,
że i pan prezes... - tu urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska,
śledząc na twarzy Romana wrażenie słów swoich.

Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni
przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene,
niezręcznie, odrzekł zimno:

- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści
interesantów dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj -
liczbie tych więc znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też
nie przypominam go sobie.

Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica
Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.

- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć
sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie
jej czuć było śmiertelną obrazę.

- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie,
tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie
Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet
stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie...
Następnie również i nieodżałowanej pamięci książę
Topór-Toporski Alfred tak łaskaw był za życia opiekować się
nami... - kończyła przybyła z godnością.

- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał
baba, - przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się
jednocześnie, zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie,
że jakoś za wiele było nieboszczyków w gronie ludzi, na których
powoływała się siedząca przed nim jejmość.

Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie
znów na długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie,
ścisłej logiki, rzekł szybko:

- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić
jednak, czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę?

Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i
wyjąkała:

- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na
taką śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez
wyjścia, ufając w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk
do pana prezesa, chciałam prosić o drobną pożyczkę... - urwała na
chwilę, poczem głosem śmiałym już teraz i godności pełnym,
dodała:

- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie
znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę
sama z arystokracyi, więc...

To "więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało
wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie
dokończyła zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza
swego, jakby pragnąc odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło
powiedzenie jej ostatnie.

Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem,
uśmiechnął się pod wąsem nieznacznie.

- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał.

- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i
namaszczeniem odparła dumnie wdowa.

Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie,
że już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według
heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych
w ogóle tytułów, prócz kopertowych chyba.

Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie
odpowiedział nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz
siedzącej przed nim kobiety.

Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe,
teraz więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu
wpatrywał się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę.

I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok kobieta...

Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i
układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane
policzki wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli
zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę
przed oczyma obserwującego mężczyzny.

I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością
jej Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de
domo", zamyślił się nagle.

Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej,
był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok.

I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia
prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po
minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął
rękę klamki drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i -
wyjąwszy stamtąd papierek dziesięciorublowy, położył go na stole.

Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko:

- Służę pani!

Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego
potokiem słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja:

Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę.

- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski.

- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej
nie miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił
tu bilet swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj
podał bilet.

Roman rzucił nań okiem...

Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała
powtórnie.

- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym
poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować
mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi
udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?..

Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł:

- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa :
"R. Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i
skłonił się z daleka.

Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej
"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja:

- Jest kto? - zapytał.

- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć
koniecznie.

- Jak wygląda?

- Taki sobie... nie bardzo pokaźny...

Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp
wolny do "pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od
powziętej raz reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:

- Proś!..

Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z
Melsztyna.

Minęło parę minut.

Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego
już czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i
patrzył nań uporczywie.

Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy
przybysza zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać
tego po sobie, nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki
obojętnym wskazał krzesło.

- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił
się, nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka,
Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i
zagłębił się w nich, ze skupieniem.

Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by
ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.

Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu -
jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał,
przyjechawszy niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!..

I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile
dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego
przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki
z uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości,
pragnieniem życia - z drugiej!...

Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych
dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą
potęgą złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim
tak silnie...

I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do
siebie jednocześnie:

- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie
to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz
dziedzictwo po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!..

Przepastna ironia - koło bez wyjścia!..

Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich
nie widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał
całkowicie, w rachunku i pracy.

Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił
niebawem godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało
mu już tylko pół godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem
spokojnym zupełnie przemówił obojętnie:

- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?..

- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie
przypomina? - odparł młody człowiek dobitnie.

Dzierżymirski zawahał się chwilę.

- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma
przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo,
lecz doprawdy nie przypominam sobie...

- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa -
przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty
siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś
nierozerwalną nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas
poznawać... Kolej to zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być
może... Pan wznosiłeś się po drabinie społecznej wysoko, my
ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś jej szczytów obecnie, my, to
jest ja, zostałem u jej podnóża...

Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś
dodał; z goryczą:

- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie
przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał,
gotów do wyjścia.

- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu
wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z
miejsca, przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu.

- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan
zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie
teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman
łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą.

Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł:

- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla
mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne
nader wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie,
zachowując jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie:

- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie
"ty" nawet!

- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski
pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.

- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością
usłużę, jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak
mógł najprzychylniej.

Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał
przyjaźnie na Romana, poczem odezwał się:

- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie...
prezesie!., - uśmiechnął się znowu,
z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić
go nieco o położeniu mem obecnem.

- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący
mały zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą.

Zieliński dostrzegł ruch jego.

- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem.

- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam
ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja
jest tam bez opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... -
powtórzył znowu uprzejmie.

- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński.

- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a
nawet Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto
godzi się jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego
zarazem człowieka u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi
i wiedzie mu się niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się
chwilę - zostałem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!...
Dlaczego? któż odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi
zdolności; szkoły ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale,
niestety, los nie obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody
człowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówić przestał.

- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z
miłości, bez grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego
ożywiły się promieniem wewnętrznym - kochałem ją, tę moją
Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś dnia jeszcze, choć jak nie
miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. Obecnie mam troje
drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła się smutnie,
zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę, czoło zaś
białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył - w
domu u mnie - nędza!..

Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął:

- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z
pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną,
o zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie
umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a
której doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z
siebie z mocą.

Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już
wcale oczu na Romana.

Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę
fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął
wyraźnie kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a
życiem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego
studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie popłaca być
idealistą!

Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski,
zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy,
pozbył się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się
następnie z jaką dziewczyną zupełnie biedną ?..

- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! -
odpowiedziało coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart,
wolę, rozum, rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to
wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi!

- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił
głowę i słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie
zarazem:

- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady.

Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei:
  - Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie
  jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas
  całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo...
  Ale mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku
  Handlowo-Przemysłowym, na przykład, należę do zarządu... Czy znane
  są panu: rachunkowość kupiecka, buchalterya i języki obce biegle,
  jak francuski, niemiecki, a może i angielski`?..

- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie
posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie
wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków
europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy
rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą,
geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę...

I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec,
westchnąwszy smutnie, dodał.

- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się
teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki
życiowej i praktycznej.

- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko,
szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi
fachowych, zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan...
Spotkałeś mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w
imię lat dawnych, po drugie, że należysz pan, jak widzę, do
prawdziwie potrzebujących pracy! - ostatnie słowa silniej
zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny i czytelny masz pan charakter
pisma?

- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z
odpowiedzią Herman.

- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do
stojącego na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko
do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w
ścisłych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim
pomówię - odmówić mi nie może... Od pierwszego przyszłego
miesiąca dadzą panu posadę. Przypuszczam, iż... na początek z
jakieś 500 rubli... Będziesz pan obrachowywał, sprawdzał, a potem
przepisywał zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak się pan zaś
wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż dadzą panu polisy do
kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan więcej. Zgoda?...

- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy!
Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy
się z krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z
przejęciem dłoń Romana.

Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a
podając go młodemu człowiekowi, rzekł:

- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem,
że pan zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość
naszą odnowiliśmy znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go
pan zobaczysz!..

I Roman Zielińskiemu podał rękę.

- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem
w głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego
towarzysza.

Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim
znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i
zadzwonił na, lokaja.

Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami.

- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety,
a równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę
minut po dwunastej.

- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił
czekającemu słudze.

Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po
pokoju i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe
kółeczka dymu.

Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z
nią tak nagle świeżo minionej przeszłości.

I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony
wciąż tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę.

Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman
prawie że wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca,
taż sama młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność
sylwetki całej - cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.

A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego!

Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta.
Tu, dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony
i, odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia
posiadał.

Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko.
Ola kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego
rozumem, stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła
szczęśliwym!..

I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było.
Cierpiał...

Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać
zupełnie o teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we
wspomnieniach żyły znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana
ułudna mamiły wzrok duszy jego niedościgłą, bo bezpowrotną już
dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to znów wracały jawne -
żywe!

Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej,
haszyszów i upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i
widział siebie potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w
prawdziwej, namiętnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za
popularnością, wielkością i znaczeniem.

Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się
życia jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich -
marzeniem - pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie
zasługuje się zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak
robak, samowiedzy, że on moralnie nie godzien może żadnego z tych,
którzy go ponad siebie wynoszą!..

Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły,
jak w kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego
"wczoraj", pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt
nie przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i
cicho było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym,
zaklętą bajką z tysiąca i jednej nocy!

A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą
Romana, pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał.
Ale, niestety, były to tylko... chwile.

Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by
Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed
przypomnieniem strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala
od ludzi, nie był zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z
wyrzutami sumienia.

O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!..

Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł
właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci
własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu
całemu?..

W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie,
leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem
tysięcy, w banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu
nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela -
czekały one nań tam daremnie.

Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta
tajemnicza ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej
zagadki prawnego pieniędzy tych pana!

Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on
jakoś sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się
przed nim przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby
je na pewno, niż widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia
sfinksowy spokój, idącego przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!..
Przestraszał go on - przejmował zgrozą...

Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury,
czynił dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już
raz na dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!..

Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia
w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie
na trop właściwy.

Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których
wiedział, że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe...

Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem.
Zagadka trwała.

Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił
Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za
granicę, zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był
związanym ściśle z tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą.

Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w
chaosie jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za
głowę i szepnął do siebie przejmująco:

- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak
czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał
filozoficzniej, prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy
samej korzystałem tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco,
do ostatniego grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! -
sofizmat, niezmiennie ten sam, powracał w umyśle Romana.

O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie
działał już bynajmniej.

Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą,
patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój
własny "przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd
wcale wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości,
nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo
pochłonięcia cudzego złota przez jaskinię gry i dotychczasowej
bezkarności - zbłądził, i że wina jego zgoła nie była mniejszą.
Czuł, że życie moralne wykoleiło go niemiłosiernie, i cierpiał...

Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej
pesymizmu, żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy
jego.

W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej.
Roman się wstrząsnął.

Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!..
Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!..
spokoju!..

I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski
wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro,
począł porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery.

W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i
odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej
porze, Ola zwykła była odwiedzać go po pracy.

- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się
natychmiast.

Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela
! Wszak wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz
jednej - jedynej!

Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia,
w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami
spódnic.

I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko
jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała,
ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna
trzydziestu.

Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w
czoło i zapytał:

- Dokądże to tak moja pani?

- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty
wychodzisz także?..

- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego.

- Na którą godzinę?

- O pierwszej się rozpoczyna...

- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu
zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś?

- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na
mieście...

- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy,
uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie
nie można nigdy pomówić z tobą swobodnie...

- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do
domu wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego,
Kalsantego, Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To
znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy
filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich,
ubieranie... Czy ja w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze
damskie pseudo-prace?..

- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy,
panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o
czem innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho,
już ja wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona
niby Ola.

I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie
małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował:

- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka...

- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od
dręczących go do niedawna wspomnień.

- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola.

- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to,
moje życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... -
zapytał lekko.

- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam -
roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj,
przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę...

Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony.

- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili.

- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się,
Roman - i wyszedł z Olą do przedpokoju.

W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń
pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem
mieście pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce,
krwi anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo.

Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub
z wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a
oni, uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim
ukłony. Po dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman:

- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu
nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich
naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że
nic nie masz przeciwko temu, moje życie ?..

- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy
przecież złożyć wizyty...

- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz,
kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de
crainte, stawią się wszyscy...

- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną?

- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia
huk! Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy
wyrwać się na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych
rozlicznych obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. -
Dzierżymirski zamilkł na chwilę, poczem kończył:

- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam
znów wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić
wszystkie czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w
wizyty światowe bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu
wybitniejszych osobistości, i koniec.

- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię
wszystko, mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. -
Pytałam się tak tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?..

- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej
zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego
przedsiębiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy...
Zjem na mieście.

- A wieczorem? - pytała dalej Ola.

- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego
kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu -
obiecałem.

- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja
już o czwartej wracam do domu.

Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna
czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny
tchnąć potrafiła - oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość
majowa pieściła twarze śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących
się i wesołych.

- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka
laską liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego
gmachu Związku Kredytowego.

Powóz zatrzymał się posłusznie.

- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy
żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka
skierował się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim
ukłonie, otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy.

Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem
Oli. Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie,
poczem Ola odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma,
zatrzymał się i uśmiechnął...

W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie
jakby, raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie
skinął głową i znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i
niedbale rozpięła białą, koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i
blaski majowe zalśniły się jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz
znikł, pochłonięty wielkomiejskim wirem.

------------


Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty
Romanowstwa Dzierżymirskich...

Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych
ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów
łagodniej, drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni,
spadają deszczem na tłum wesoły, elegancki i strojny, grają,
załamując się w klejnotach kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i
ramiona, głaszczą je swym niewidzialnym dotykiem.

Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i
ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości
siedzi, większość, wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza
się bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.

Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe
towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny
prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i
poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę
grzeczności światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni
wątek ich spraw i interesów - natury społecznej, przemysłowej,
filantropijnej, a często gęsto i osobistej nawet.

Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu
swych gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w
pobliżu wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila
nowych przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał
się wprost niemożliwym...

Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących
gości, ustępując sami naporowi ścisku.

A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób
powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej
fali gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli,
posuwając się z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U
wejścia zaś salonów, wyparta zwiększającą się falą ludzi,
stanęła zwarta gromada mężczyzn, tamując w ten sposób po prostu
komunikacyę do przepełnionych nad miarę apartamentów.

Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o
impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności,
wchodził w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich.

Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie
nie mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe
wąskie usta, i wspiął się dyskretnie na palce.

Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn,
ujrzał dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek
czarownych, pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i
mruknął do siebie:

- Ho-ho!.. pas mal...

Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał
żadnego z nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha
do siebie, po francuzku:

- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...

I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś
lekko po drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem,
kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę
kroków naprzód.

Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce.

- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po
polsku, dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila
Ładyżyńskiego.

Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec
postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej
bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego.

Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie.

- Eh bien, chèr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil -
jakież wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et,
ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas,
bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.

- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak
bardzo uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz
prezesa, jako nader zwykle zajętego podobno, nie widziałem...

- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz
prezesunio jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie
w domu... Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy,
płyńmy, póki czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie,
rzekł starzejący się kawaler, i prowadząc za sobą przybysza,
puścił się naprzód.

Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to
zaś niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z
wytwornego, a ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować
jeszcze bardzo zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań...
Ładyżyński jednak radził sobie wybornie. Co chwila kłaniał się
komuś uprzejmie z daleka, lub witał z bliska, przystawał, rzucał
dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed nim. Szedł dalej.

- Uf, nous y voilà!..- rzucił po niejakim czasie towarzyszowi swemu.

- Widzę Romana, jak peroruje, cà va sans dire, o społecznych
sprawach... - Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle
chance...

I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej nieco około
siebie przestrzeni, wziął pod ramię młodego człowieka i zbliżać
się począł wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami,
Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując dolatujące
głośniejsze wyrazy i zdania.

- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel społeczny, - potęga
działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i
tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych
frazesów!

Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka,
tymczasem zaś jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy
rozprawiających zapalczywie mężczyzn.

- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, przerwę ten oto
rwący potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński.

Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, bierniej od
innych biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie
zbliżającego się pana Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku
niemu, z serdecznością, przemówił:

- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno?

Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosunki przyjaźni szczerej.
Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na
życie trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu
przytem za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.

- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny
dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie
mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie.

- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie
odparł z uśmiechem Dzierżymirski.

- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w
monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors
hrabiny P ?

- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski.

- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O,
panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu
i przedstawię ci go. Ja go znam!..

- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..

- Parbleu, çà va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.

- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się
Roman - ale skądże go wyrwałeś?..

- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go
twoja żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich
protegowanych!..

- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak
czekając - rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się
ku Topolskiemu, idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:

- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę
wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny
tytułować jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się
od autentycznych, historycznych rodów...

- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł
z niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion.

- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez
złudzeń", to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię
proszę...

- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale
jeśli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! -
zawyrokował, po swojemu, Ładyżyński.

- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się
koło czekającego na nich młodzieńca.

- Dzierżymirski...

Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast
zagaił rozmowę.

- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan
przybywa z Galicyi?..

- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i
tam dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową
odpowiedź, wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową
znajomość z gospodarzem.

- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy go cierpliwie do
końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci,
par là, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie.

- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuż obok nich
rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema
panami stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balowej,
mieniącej się, przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem
wodnych nenufarów.

Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z gospodynią domu, oraz,
z wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę.

Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa powitalne żony
przemknęło niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie.
Postał chwilę w niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił
Topolskiemu uprzejmych słów parę i znikł w tłumie gości.

Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka
aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc
wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał.

- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył
majątek w naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr
pańskich?..

- Szczęsnaja - odparł Topolski.

- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy
- objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia...
Nie przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi
miło! - dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy
jednocześnie zdawkowo - banalną grzeczność.

- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? -
pytała dalej Ola.

- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan...
Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en
pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły
człowiek...

- Oh, vous êtes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną
francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać
niedosłyszawszy, Ola:

- I objął pan już swe dobra ?..

- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...

- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda
kobieta, - kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak
kocham, z całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem.

- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią
Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej,
et je suis tout à fait de votre opinion madame, c'est un pays
charmant... Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i
polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we
wszystkiem!.. - z zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski.

Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w
tej chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski
światowca, złagodniała jakby i wypiękniała.

Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego
nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w
duszy niepomiernie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale
przeciwnie, szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie
spodziewała się podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego
salonowca, za jakiego wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem
chwilę, umilkła, i dopiero, w parę minut później, przypomniawszy
snać sobie obowiązki gospodyni, uprzejmie bardzo zwróciła się do
Topolskiego.

- Gawędzę z panem, et j'oublie tout à fait, comte, que vous
connaissez ici très peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni
temu parę zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il
vous plait.

Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając
się jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując
zręcznymi komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni
tymczasem prowadziła go ku grupie siedzących starszych dam. Im
naprzód przedstawiwszy gościa, skinęła następnie na jednego z
kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego
protegowanego, poleciła zaprezentować go młodszym paniom i pannom.

- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...-
rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie
rozmów gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej
estradzie, zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna
artystka, śpiewaczka włoska...

Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.

Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien,
wespół z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna
zwróciła się jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę.

Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze,
tłum wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...

Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a
w ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny,
o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w
harmonijną całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała
uczuciem włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba
Italii, spłynęła urocza, na rojną masę gości...

Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała
pieśń czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice
miasta potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania
Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w
jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.

Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną
artystycznie pieśń i westchnął po kilkakrotnie...

Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć
wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był
tutaj.

Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki,
cichnący stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony
pieśni znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne,
marzące, drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał
nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się
wcale...

Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się,
trącone jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy,
kwiliły cicho, grały...

Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał...

Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni
zabrzmiały - polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia,
wstrząsnęły ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy
Dzierżymirskiego, i zgasły...

Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco
oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...

Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do
obowiązków niestrudzonego gospodarza domu.

A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie
zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki...

Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem,
dla ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie.

Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując
coś, zadumał się on znowu.

Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął
szybko do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę.
Rzuciwszy uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres,
odczytywać go począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora
Orlęckiego w Paryżu. O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku
już tygodni, to jest od czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany
powyżej, Wiktor Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z
oszczędności i musu po stracie -majątkowej, wynikłej, jak mówiono,
ze zguby, przed samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.

Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana
Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów
dowiedzieć się nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go;
ogarniać go poczęła chęć niezbadana stanowczego zobaczenia się, z
owym Wiktorem Orlęckim, oraz wybadania go zręcznego.

I od chwili tej nie znał już pragnień innych...

Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym
odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym
zamieszkałego, w Paryżu Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc
dotrzeć przez niego do nieznanego mu zgoła człowieka, a
trzymającego, może, kto wie, nić jego własnej zagadki! Dziś
dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się zdobyć list od
starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było ofiarą
niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym
krewnym.

Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez
samego Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem
synowca starego bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni,
Dzierżymirski odetchnął. Łatwiej mu już bowiem było, mając
sposobność poznania owego Orlęckiego, potrącić w rozmowie z nim o
temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy zupełnie, prawdopodobnie
tknąć by nawet z nim nie mógł.

- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się
śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom.

Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej
pustej jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i
pokrzepić się jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim
podłużnym, przybranym kwiatami, stole.

Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych
buduarów, gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem
swych gości.

W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam
siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej...
Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się
tęczowymi kolory.

Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się
zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe
klejnoty, połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu...

Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób
dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując
tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było
gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną
na zimno kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc,
flirtując, śmiejąc się i bawiąc wesoło.

Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak
Dzierżymirski, a na twarzy jego, w ślad za
pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz
melancholijny cień...

- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów,
sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli,
splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej,
zaciągnięty u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności,
zabiegów...

Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się
tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się
kryje, gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!..

O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby
się ze wzgardą...

Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek
czynu, energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w
szerokich kołach miasta?..

Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w
duszy Romana.

- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki!
Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich
wszystkich!..

Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy,
sfery - tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych
ludzi, unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania
mu ręki, ze wzgardą zimną, suchą na obliczu...

I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo,
wstrząsnął bujną czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz
energii, oraz niezłomnej woli, i wyszeptał:

- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i
dokończył ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi
zostaną; bo ja tak chcę i tak być musi!..

Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej,
nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!..

W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze...
Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną
zwykle wolą żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny
samowiedzy, po raz setny znowu wstępował do duszy jego.

- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z
piętnem ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może
gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają
hojnie, a on je z rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz
nie może!. W ciemnię zagadki wpatrzony błędnie, wijący się
bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem błędnego koła
przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym światu fałszem mego "ja",
potrafiącym go odurzyć komedyą, graną znakomicie, nie mogącym zaś,
niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..

(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias
kwadratowy są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w
tekście)

I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z
niego ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed
lustrem, rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły
swej] toalety, a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza -
przestąpił sprężyście próg z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po
salac[h ].

Druga, czy trzecia partya gości [       ]raz wieczerzę, a tamci, syci,
przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ]
szukającej uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały
się, Ola uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem
głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.

- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z
tobą się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście
dopytują się o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój
się Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i
pan Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł
poprzez salony.

Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie
długo nie było go pomiędzy gośćmi.

- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić
musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.

- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się
Ładyżyński - wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa,
to i w nocy będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon
godzin parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!..

(przypis - druga strona spalenizny)

[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [      ]go. Panowie i
panie przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[
]ię z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet,
zręcznie wyzyskujący [ int]eres osobisty.

[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą   ] poddawał
się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem
znikł z oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała
go znowu machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed
chwili, barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj
czyniła to interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem
wreszcie...

To właśnie życie czynne było  największem może czasowem lekarstwem
Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał
chwilowo o wszystkiem.

Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi,
przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut
prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i
rozmową. Na wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie,
co w wielkiej mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej
uprzejmości pełnym zabiegom Romana i Oli.

Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych
osób, migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko
uprzyjemnić, rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem
przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kół i kółeczek swych gości.

Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz
więcej swobodnego miejsca...

Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy
dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery
inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca
zatętniały liczne uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u
latarń dziesiątek powozów i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i
coraz szybciej.

U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali
teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad
wyraz.

- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie
Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.

- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w
ukłonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedź.

*******************************************

Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna,
zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich.

Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią
perfum, potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła
głów siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli.

Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem
rzekła:

- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży
powiew!..

Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na
wdzięczną postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną
suknię, i dłużej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z
uśmiechem skinął potakująco głową; po chwili zaś rzucił
papierosa precz od siebie i przysunąwszy fotel bliżej do kanapki;
gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na jej małej
rączce.

- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do
Paryża jechać muszę...

- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać
razem do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę
dopiero później...

I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień
widocznego jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę
minkę niezadowoloną.

- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem
łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie
znów dalej, paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni
i nadzieja wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop.

- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą
przyjadę do Gowartowa później.

- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic
tak dalece pilnego nie powołuje cię...

- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. -
Cóż to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle à ses
trousses?.. - I mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a
ująwszy jej obie dłonie, położył je uśmiechnięty sobie na twarzy
i wargami muskać począł delikatnie, bawiąc się jednocześnie
brzęczącemi na rączkach Oli bransoletkami.

- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... -
przedrzeźniał z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a
dziś... - tu Roman spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy
razem z członkami nowozakładającej się współki Przemysłu
Fabryczno - Krajowego, że ja, jako delegowany, muszę, jechać
czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia na miejscu udoskonaleń
fabrycznych...

Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem
szybkim zegarek.

- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i
kończąc jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje
życie, widzisz teraz, iż nie jechać jutro nie mogę...

- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż
robić... Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie
siedzieć i pisać listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o
mnie zupełnie - tu Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i
dodała jeszcze: - bo Paryż - Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!..
Nie oszukasz mnie tak łatwo...

- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem
zupełnie szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem
dorzucił całkiem poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna
na świecie kobieta nie obchodzi mnie zgoła!..

Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.

- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego
będzie, więc i ja jutro pojadę...

Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem
mimowolny przebiegł po twarzy jego...

- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli
Romana zgadując - ale do Gowartowa!..

Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski.

- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś
pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez
służbę i odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej -
spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.

Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo
znużone rozeszło się...

Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły
wszystkie światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce,
wstąpiły do rojących się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów -
rozpostarły się wszędzie i mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła.

--------


- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..

  Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim
  akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego
  pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w
  wagonowym przedziale Dzierżymirskiego.

- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem
wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a
pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.

Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły
chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł
Dzierżymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym
załatwiwszy formalność, w kwadrans później znalazł się już w
dorożce, na bulwarach.

Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością
przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej
nadsekwańskiej stolicy.

Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne,
zielone tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże,
samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir
miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona
wioząca Romana dorożka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie
czyniła porządek - poczem ruszano znowu.

A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie
przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część
chodnika, pełno było również i gwarno od konsumentów - płci obojga
oraz różnych stanów.

I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na
oślep jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj",
w ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych
uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku
sobie - pochłaniał i wabił...

W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego
się z łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do
jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem,
znużony położył się i zasnął.

Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka,
Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia.
Wybiegł na miasto.

Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich
jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes"
usadowił się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać
się począł wokoło.

U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne,
stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się
ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył
Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go,
odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła
pałacu Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca...

A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały
się u licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców
stolicy.

Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony,
omnibus zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy
obserwujący ciągle Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę,
że mieszkanie Orlęckiego może być już blisko, i począł schodzić
szybko po krętych schodkach, łączących piętnastocentymową
impériale z trzydziestocentymowym padołem.

Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy
kilka wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę
później dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat,
kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda,
fertyczna służąca, w charakterystycznym białym czepeczku na głowie.

- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski.

- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą
odpowiedź.

Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął:

- A jutro o której godzinie zastać go będzie można?

- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do
obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka.

- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i
sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył
je służącej,

- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie.

- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według
miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem
błyśnięciem czarnych oczu.

Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a
cały pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego
dręczącej go zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas
dłuższy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał
się jednak, spojrzawszy uważnie dokoła siebie.

Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w
perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski.

Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w
ogrodzie i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś
znalazł się na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły
wieżyce Obserwatoryum, przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie.

- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, zadowolony nagle na
widok gmachu, a ponieważ wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz
od strony bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skierował się boczną
aleją parku ku wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił
mu uśmiech; przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał
jednocześnie na zegarek - mijała czwarta, podwoje pałacu zaś
zamykano o piątej.

- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym
razem zupełnie, z przyjemnego zabicia czasu.

I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego rzutu oka na salon
sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło.

Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych
rzeźb nowożytnych...

Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem
wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była
nią postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu,
bachantki, z gronem winogron w lewej dłoni... Naturalność pozy i
ruchu, a szczególniej modelowane doskonale ciało kobiece, tętniące
po prostu w zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało
dłużej na sobie wzrok Romana.

Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem
znowu zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w
stojącej postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią
nagiej również dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana
mgłą uśpienia, w ręku trzymane chwiało się kwiecie...

Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddające subtelnie pochwyconą
nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej -
rozpływającej się jakby w przestrzeniach...

Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych pięknych rysów
kobiecych, zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele
rzeźby turniej urządzili sobie.

Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się
jeszcze rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą
jej był Mercié Autonin.

Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową
przechyloną w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim,
cichym śnie. Na kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane
kwiaty; dwa gołąbki, niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały
ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...

Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski
przeszedł spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodziła
już bowiem godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej,
począł oglądać obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali
ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracać zaczął.

I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo,
jakby całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością
tchnący, obraz: "Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyła
na widza, natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca
postać Niebios Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach,
oparła się kobieta, z twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w
bezbrzeżnym bólu, szukająca na łonie Świętej Maryi pocieszenia! U
stóp tych dwóch postaci kobiecych - poniżej, leżało wdzięcznie
uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe, obrzucone puchem białych
róż śnieżnych, w rozkwicie...

Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu
tego, pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej.

Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz
dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le rêve (Sen)".

Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na
czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających,
pogrążonych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko
zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi
błyszczą w szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły
bronie, a gdzieś z boku, blisko, dogasa już ognisko...

Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi?

To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec
inny, zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka,
bębnią, strzelają, proporce się chwieją, chorągwie szumią...
tamci, tam, zwyciężają niezawodnie!..

I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których potwór wojny może już
jutro pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie
ostatnie: oni śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni
chwały!..

To sen...

Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzierżymirski opuścić
musiał muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i
równocześnie instynktownie poczuł głód.

Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspominał on jeszcze
widziane przed chwilą dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał
biegnące wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące
pojazdy.

- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. -  krzyczano mu nad uchem na
wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już
posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż
obiadował.

Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony
przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił
swobodnie cygaro.

Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się
kaskadą paryskiego życia i huku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski
spokojnie zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem,
głośnych rozmów swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych
częstokroć ich bulwarowych dowcipów.

***

Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po południu, wchodził
nazajutrz Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go
natychmiast do saloniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się
już zamaszyście boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się
mężczyzna rosły, blondyn; łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z
polska podkręconym, wąsie.

- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego
gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i
uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby
chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał
się jednak i wyciągając uprzejmie prawicę; czysto już tylko
salonowym gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... -
siostrzeniec Hugona.

- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo grzecznie - jaką
rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej
pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę
bardzo...

I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie
na twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się,
odgadłszy myśl gościa.

- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - przemówił, - że
tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze
swadą, - że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas
przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą
ruch naszych ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam
osobiście trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z
nazwiskiem pańskiem - tu skłonił się grzecznie w stronę Romana -
spotykałem się w nich tylokrotnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana
prezesa i oddaniu się jego społeczeństwu naszemu...

Umilkł, a po chwili

- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę
natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce
Dzierżymirskiemu pudełko papierosów.

Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął niewyraźnie:

- Dziękuję bardzo!..

Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem
już przemówić, lecz pełny bezustannej uprzejmości Orlęcki
przerwał mu zanim usta otworzyć zdołał:

- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie
czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju,
Dzierżymirski zaś uśmiechnął się.

Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier
nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się
prawdopodobnie, czego chciałem...

Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować zdołał, gospodarz
domu stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar.

- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie
tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował.

- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku
odrzec Dzierżymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.

- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, Orlęcki, - Siadać
proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej
będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do
koniuszczka cygara Dzierżymirskiego.

- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy
kółeczko dymu, odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy
milczenia gościnnego gospodarza.

- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu
więc zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu,
zdecydowałem się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do
pana...

- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka
witamy tu z całego serca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju
zasłużonego...

- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie
chodziło również - tu uśmiechnął się z lekka - o specyalną
protekcyę do kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę
przemysłową...

- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony jakby, że
poruszano tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i
gruntownie urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem,
postaram się, panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... -
zatrzymał się - nie mam tak rozległych stosunków ze sferą
handlowców... to jest, chciałem powiedzieć... ze sferą
fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie dobrodzieju...
Jednakże... - tu zająknął się, zaplątał w swem przemówienia
Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany.

Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana.

- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną nadzieję, iż razem z
panem damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba
drobnostka. Chodzi zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko...

Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie
doprowadzić do końca zmyślony swój interes i misyę:

- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona...

- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i
zająknął się znowu.

- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy
właściciele ich znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne
znajdują, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzeć je można by było?..

- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym względzie
powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał natychmiast:

- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... prawdopodobnie...
Zresztą zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous
savez, panie prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i
dokończył po chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem...

- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem Orlęckiego
Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego
tutaj przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako delegata nowa
zakładającej się u nas w kraju współki
Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej...

- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach -
odparł, z przekonaniem Orlęcki.

- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, i uśmiech dyskretny
ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie
cygarem i wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... -
myślał zarazem - ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach?

Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący
zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił:

- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do
Paryża, nieprawdaż?..

- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co
mówi.

- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy gospodarz dalej - że
będę jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i
córkę... Dziś pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo
zapewne, iż w pierwszą niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę
ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas
wspaniały. C'est charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po
zegarek do kieszeni. - O! trzecia już dochodzi... Niebawem wrócą...

Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony
wciąż w myślach. Naraz twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał
po niej promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara,
przemówił z wolna:

- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą
może, najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do
kraju..

I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając
odpowiedzi, jednocześnie myślał.

- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja
nie miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No,
zobaczymy...

Orlęcki zaś już mówił:

- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to
moje najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne
marzenie nas wszystkich! - dokończył, z zapałem.

- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana.

- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a
mianowicie... Czy życzenie to państw - marzenie - poprawił, z
uśmiechem - ma już dotąd jakie pewne i konkretne podstawy?..

Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi.

- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem
wszystkie prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam
poza tem stałe zajęcie, przynoszące mi dochód pewny...

- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski -
wchodzę w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... -
dokończył grzecznie, a widząc równocześnie na twarzy gospodarza
zakłopotanie widoczne...

- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał
-wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał:

- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu panu okazya dobra
do objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie
przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?..

- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, nie posiadam bowiem
już żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem.

- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman.

- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią
wyraźną, i z wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą:

- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu
przestało, znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie...
Dziwię się nawet niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w
interesie prezesa, słów kilka...

Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili
dorzucił:

- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko,
którym się powodzi.

Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlęckiego; ostatnie słowa,
wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia
siedzącego przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a
powodów jej łacno domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się
Orlęckiego zrobiło.

- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od
siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak
człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i
bogaty.

Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch ręką; - nastała
chwila milczenia.

- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - odezwał się
znów pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam się wkraczać w stosunki
jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na
obczyźnie, jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w
tym względzie może mogę stać panu użytecznym...

Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.

- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem - cóżby szanowny pan
bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę -
ułatwił mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie
ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką
posadę korzystną?..

- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z
fotelu, uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. -
Wdzięczność moja i sercu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz
doprawdy, nie pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszony... - Skąd
taka łaska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak
niedawno! - dokończył i zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć,
jak się obrócić i znaleźć w sytuacyi, tak dlań niespodzianej...

Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie
uścisk Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię.

Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski,
wciąż idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:

- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem
przy tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem
uczynić dla niego wiele...

- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki
serdecznie trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.

Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego:

- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do
obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał
się - zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego
jego życia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam
przyjemność szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! -
dokończył, z przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.

- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! -
odparł Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi
wszystko natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany.

- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski.

Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz
Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo
pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie
ciemnych oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.

- Słucham pana - rzekł poważnie.

Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i
sięgnąwszy po cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując
niemi Romana.

- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman,
i spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti à point! - zadecydował w
myśli sarkastycznie.

- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej:

- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram
się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia
się zatem jak następuje:

- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem
pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy
z Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do
lat piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem
uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz
majątkowy, dziedziczny Orlin...

- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w
kraju partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie
spotkałem dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską...
Przez ż - uśmiechnął się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz,
bez tytułu i nie pochodzący wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki -
objaśnił.

Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie -
sarkastycznie, lecz słuchał w milczeniu dalej.

- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Orlęcki - i osiadłem na
roli, już nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu
włókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie
dawne światowe stosunki... Gospodarowałem sobie tak cicho lat
kilkanaście, stałem się domatorem - przekształcałem stopniowo, o
ile mogłem, w czcigodnego pana sąsiada... Wreszcie, niestety, jak
piorun z nieba, spadło na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez
nikogo, sprzedać musiałem dobra, i przybyłem tu - za chlebem!..

Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nieco smutnie :

- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje materya, tak i
najbarwniejsze życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia.
Szarzyzną ono dla mnie dzisiaj - trudno! - westchnął, i zamilkł
znowu.

W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi
tej całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej
jednak chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać
zdaje się nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie:

- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?

Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli
posmutniałe oczy na Romana.

- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym.

- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I
pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle
przeróżnych rzeczy o panu słyszałem...

Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapytał z kolei sucho:

- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy
wiedzieć mogę?

Roman niecierpliwie poruszył się na krześle.

- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż
wymyka mi się sprzed nosa...

Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo
zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło:

- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić muszę do jądra
zajmującej nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać
- jakie są jego mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?..

- Fachowych ściśle żadnych - przerwał niezadowolonym trochę głosem
Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i
niemiecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i
buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie potrzeby
otrzymać mogę świadectwo odpowiednie.

- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...

Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą
postać Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; -
Patrzcie?.. nie spodziewałem się!..

- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną,
lepszą nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego.

- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki.

- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy
tem równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w
Banku Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy
kilka... Do komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś
pan w tej właśnie dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem
łacniej więc wybór mój zatwierdzą...

Roman skończył i spojrzał znów  spod oka na obywatela - emigranta.

Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego.

- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał Roman, w duchu.

- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obojętnie, - ile, nie wiem
jeszcze na pewno... W każdym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale.

- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął żywo Orlęcki. - Dziękuję
po raz wtóry! - uścisnął dłoń Romana.

Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się
przypadkowo nerwowem głosu brzmieniem i przemówił:

- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał
się...

- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie,
są bardzo trudni... Czepiają się byle czego...

I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany nagle, że
będzie zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi,
którą zręcznie obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo:

- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych przez pana,
nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja,
protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco
dorzucił, z wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć muszę wszystko, wszak
pan to rozumie chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie
mówił...

- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki.
- Bo uważałem to, jak i uważam dotąd, za sprawę czysto osobistą...

- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, ze złością,
lecz opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie,
wpadłszy zarazem na pomysł przebiegły.

- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?..

- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, i powstawszy
gwałtownie z krzesła, wykrzyknął:

- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry
dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem.

Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na
żylastej ręce szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:

- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: -
dokończył.

Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił:

Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował.
Pierwsza rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi
Bóg miły, a teraz słuchaj:

- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo,
hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane
"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na
termin, egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych
miałem grubą pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci,
płaciłem mało, zebrały się zaległości, wystawiono mi dobra na
sprzedaż... Zapłacić musiałem zaległości - razem dwanaście
tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc sumę żądaną u paru
osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w ostatniej niemal
chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie sprzedano...

- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie
będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście...

- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos
Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym
dla ucha dźwiękiem:

Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście
tysięcy", Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia,
wypuścił z rąk trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz
obojętny, chłodny, poorała się w drobne zmarszczki. Więc ponownie
oto rozprysła mu się w palcach mydlana bańka!.. Życie, z
przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia, że kpić z
usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zraniła
go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony, instynktowny,
zawrzał w Dzierżymirskim.

Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego?

- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy
nie dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować
się nim będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny
wykrzywił wąskie usta Romana.

Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na
ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął
rękę na pożegnanie...

Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem
szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie,
mało już obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei,
przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się
dwa głosy kobiece, szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się,
potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia
i radości obiły się o słuch Dzierżymirskiego.

Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony
zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć
się, że tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już
rodzinie swej niemal wszystko.

- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w
powietrzu.

Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się.

Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte.
Jedna z nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana,
- druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i
świeże...

- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci
mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w
życiu poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie,
głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili
wrażeń.

Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki
rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...

Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie
małe kobiece rączki.

- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając
dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż
powiada, pan prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów,
przyszłości - zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle
tak bardzo tęsknimy! - kończyła wzruszona.

- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką
pannę.

Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej
rączkę, a choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku
jednak przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu,
w których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic,
radość i nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem
byłoby teraz z jego strony cofnięcie obietnicy.

I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby
dobroci zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał:

- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii może w tem
wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być
szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie
jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym,
silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu
bądź co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak
pokrzywdzonym jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany -
"mój!.."

I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie
Dzierżymirskiego powstał plan gotowy.

- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił
się, z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu...
Dziś zaraz zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o
kandydaturze pana - wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy.

W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego.
Ten ostatni zaś zastanowił się chwilę...

Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał,
a sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w
portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit
Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie:

- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu
opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet -
jednak panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i...

- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w
tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ
dawać!..

- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w
stronę młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu
naglących spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...

- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a
następnie do panny.

Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho
rzekła:

- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to,
co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność
moja nie zapomni panu tego - nigdy!..

- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego
korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by
rada do rodzinnego kraju?..

- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze
łany i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak
żadna!..

Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz
jeszcze, zwrócił się z kolei do Orlęckiego.

- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął
gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:

- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł,
najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom
nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na
instalacyę... Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na
zebraniu. Otóż, ponieważ pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje
jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być na miejscu, a to, w celu
ulokowania się i objęcia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja
zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - zatem...- Roman urwał,
dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję
tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie
ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim czasie przyznają
panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? -
dokończył Roman.

- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. -
wykrzyknął Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze,
podziękował, z zapałem.

- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na
instalacyę awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował
dobrodusznie, szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana.
Nastąpiły w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...

Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i czule, Dzierżymirski
wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli
wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli.

Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości,
podniósł głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą
kopułę tumu Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca
natychmiast skierował się ku furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego
wejścia kulawego inwalidę, znalazł się na obszernym placu tumu,
odgrodzonego kratą od ulic miasta.

Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza
przybytku, kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.

W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej
i grozy objął Romana natychmiast.

Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na
dole, w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi
sarkofag, z ceglasto - wiśniowego marmuru...

Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny,
cichy...

Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym,
nikłym... Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się...

I myśli jego nagle wzięły również obrót zupełnie inny.

- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo,
Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem,
nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego
imperatora!..

Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w
zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych,
Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony,
milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza
Francyi.

Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu,
widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś,
poza drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży
umęczony...

Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił
wzdłuż kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia:

Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego
marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w
mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary,
stróżował inwalida...

Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes
cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple
francais, que j'avais tant aimé" *).
[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego
ludu francuskiego, który tak bardzo kochałem."]

Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą,
skupienia pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego
grobu zmarłego geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego
jakby w samem sercu republikańskiego dziś Paryża.

Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął
gwałtownie.

Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a
z jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ
się właśnie odgłos bębna.

Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu
uderzenia krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w
zagłębieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej.

- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez,
sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża
Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i
rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu
tam i ówdzie gości.

- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny
rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!..

Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie.
Wrósł jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne
tony pobudki, wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona,
snuła mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny.

W gmachu panował mrok...

Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z
milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać
tum wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej
dawno Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się
przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..

Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło
grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?..

Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi
się...

W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach
rękoma, staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona -
wodza!..

- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o
posadzkę uderza ktoś zamaszyście.

- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. -
rozlega się głos twardy i szorstki.

Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak
obcesowo przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to
rzucić w twarz stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś
ostrą okolicznościową uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak
na twarz wybladłą, pooraną zmarszczkami, o wyrazie pełnym
melancholii i smutku, milknie.

W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie
bezmyślny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne,
szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się:

- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszyscy, profanatorzy
wstrętni, kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym
szumem, hałasem, gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen
wieczny wielkiego imperatora!..

- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż
wy, karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić
o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście
zdolni?..

Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim
niecierpliwie szwajcara - inwalidę.

Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? -
myślał i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w
mętnych źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z
tumu.

Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe,
i zatrzaśnięto je poza nim.

Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej
dorożki; tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń,
porządkować zaczął w głośno zdarzenia minionych godzin kilku.

- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień
ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty
wciąż jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic -
zero!..

- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie
trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć
się tak będę, zmuszony?

Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił
nisko głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w
siebie, wracała bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy
cierpienia zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na
ekran duszy wizerunek nagły własnego moralnego "ja".

Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności
osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla
drugich, szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w
śnieżną, lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed
światem, stroił się prezes Dzierżymirski...

Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej
ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu
Romana chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on
był etykę społecznego prawa!..

Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał
kwiat - niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć
podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy
czujnego zawsze sumienia!..

Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania
bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy.
Ona, wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona
- ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego
charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych.
Jej to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z
Orlęckim!..

I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi
ku niemu.

Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!..

Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy,
rosło tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane
przez subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego
czynu.

Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo
ożywioną dzielnicę miasta.

Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain
-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały.

Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się
ku muzeum.

Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia,
pochłaniającego go całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle
potrzebę nieodzowną, konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg
myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki.

Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni,
pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie
tworów ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we
wszelakich jego odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło,
niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i
oderwać od poziomów!

Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby
romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych
patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i
marmury...

Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.

Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi,
coraz piękniejsze.

Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza
wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie
modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego
dłuta, o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego,
traktowane daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i
drobniejszem, przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach
twarzy...

W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w
Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona,
Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez
końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły
się bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi,
oparty o pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z
Paros, patrzył łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi
fałdach - wdzięczyła się grecka muza...

Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł
pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to
dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki
niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.

Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba
Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą
przed siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że
oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie
kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich,
owiana szatą przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, -
druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem
pogrążona skupieniu, z prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem,
przybrana w draperyę, której fałdy, wykończone subtelnie w marmurze,
za lada powiewem poruszać się w oczach zdawały.

Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i
dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom
sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego
dłuta - zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed
chwili; czarne i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...

I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros...
Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i
biustem, bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później
zachwyciła go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk,
ze śladem na plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki
rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...

Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do
otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako
Hercules", następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w
swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."

Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem
o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała
nieco, a upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną
rączką podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych
- drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...

Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych
rzeźb, zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej
przeszłości - znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce
kwadratowej, małej, gdzie, otoczona sznurową baryerą - na
wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, stała, królując, zda się, nad
wszystkiem dokoła, perła zbiorów posągowych Luwru - Venus grecka z
Milo.

Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i
wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.

Pozornie kroczyła ona...

Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej
w pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą,
wyciągniętą nieco naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z
włosami, karbowanemi z lekka i uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą
blondynki, anielską - boską!..

Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu
oderwać po prostu nie był w stanie...

On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili
zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz,
zakutą w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam
osobiście nie odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia
wewnętrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii
królowało w nich - tak niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać
mogło... A ciało?..

Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z
przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w
kilka zaś zgięć karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby,
nie martwe, w ruchu kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych
piersiach i biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną
przedziwnie w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią
przegięcia...

Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z
trudnością powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał
na zegarek - dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił
obejrzeć jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...

Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę
pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście
przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę.

Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po
fali sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, -
to sławne dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na
prawo, równolegle z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od
tego wejścia, w lewo, od innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet
- Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie
leżącej, pogrążonego we śnie głębokim. Na cudne oblicze boga
Olimpu i zamknięte jego źrenice, z wysoka, prostopadły padał
promień światła!.. Roman po chwili ruszył dalej...

Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.

A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony
jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w
posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza,
drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu
czarowi pragnące swe ramiona!

Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej,
hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej
sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali,
jakby przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: -
"podziwiaj nas!.."

Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce
Dzierżymirski, do sal ostatnich.

Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa",
pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia
królowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej,
noszącej miano "Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród
kilkunastu może dzieł tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego
samego, stojącego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i
kardynała Richelieu'go, całego w purpurze.

Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w
powrotną drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając -
błądząc wśród tych drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych
dzieł pędzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich...

Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę...

I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym
obrazem, ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz
przemawiającym żywiej do indywidualnego jego poczucia i pojęcia
sztuki.

Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką
szkoły francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi
smutnie, w zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów
niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i
rozmarzeniem...

Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La
laitière" przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę -
wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod
tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał
dziewczątko w bieli... Włosy miała ona rozczesane skromnie na dwie
strony, stroiło je białe kwiecie, - w fartuszku różowo - blade
róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w całej
twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.

Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi
podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego
i przestronnego.

Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem
dzieła Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w
purpurowej sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz
śliczny portrecik młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce
czarnej, podpartego, w zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza.

Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak
Urodzenie Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska
kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze,
występował z ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie
spokojnej, w wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran
pełnem, ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa
Salvatora Rosy tamże nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki,
setki obrazów zatrzymywały spojrzenie, a wreszcie dwa z nich
najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...

Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i
naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele,
mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie...

Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem
skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco
traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla
Ferrari'ego, w Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę
Bożą, całą w czerwieni, z przechyloną w tył głową i
przymkniętemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko
Jezus równocześnie wyciąga przed siebie w przestrzeń swe rączyny
maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś w powietrzu pragnęło...

I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala
wspomnień...

Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne
gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń
leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi
latami zamglone...

Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu
Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same.

Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku
wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie
po prostu patrzeć na dzieła sztuki.

Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr.

Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze,
dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na
rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a
odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady
ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię
olbrzymich sal muzeum.

Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła
stopniowo twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i
niewidzialny pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg
Sztuki!..

W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę,
gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej :
"Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.

Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i
wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli
wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt
opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt,
celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...

W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę
zręczny, mały, elektryczny pociąg miejski.

- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u
wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka
ludzi, partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski
wskoczył za innymi do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła
bowiem minuta, gdy już zatrzaśnięto na powrót z hałasem u
wagoników wszystkie drzwiczki.

Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła,
jak zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami
czeluści ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod
większą częścią nadsekwańskiej stolicy.

-----------


Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak
słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo...

Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich
kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w
ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów
dalszych odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i
ich chrzęst w ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie,
rozlegał się echem miarowem.

W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem
tle parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór
gowartowski w odgłosy, idące z łanów dalekich.

Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka,
pracując z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku,
poprzez drzewa alei migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka
siedzącego obok niej mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie
tuż koło balkonu okno saloniku dolatywały dwa męskie głosy,
zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych.

W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim.

- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil,
pochylony nad bilardem.

Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli,
wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal
trzeciej żółtej bili.

- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite,
a rzadkie, jak kruk biały!..

Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do
okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko
chwili obróciwszy się szybko ku mówiącemu.

- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze.

- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan
wcale ?

- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany
nieco.

Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie:

- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie
spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej...
A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię
wspaniały...

I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie:

- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć
band, i serya notabene gotowa - pochwalił się.

- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam
sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z
kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!..

Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod
wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie,
posypały się niebawem liczne karambole.

Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie
dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.

- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. -
Chybiłem - graj pan!..

Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli.

- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz,
takim się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie...

A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił
jeszcze, w rodzaju pochwały:

- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale
nieźle!...

Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru
uderzeniach wreszcie chybił.

- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował
Ładyżyński, z patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i
pochylił się nad suknem zielonem.

- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios...

Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała
kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze -
niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie
pozostałe bilardowe kule.

- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil.

- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! -
podał uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.

- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego
człowieka.

- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się
grzecznie, wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu
zapaloną zapałkę. - Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem
się nie gorzej od mołodycy, na polu przy burakach! - westchnął.

Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.

W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie
much; zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej
powierzchni bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach
kończącego się letniego popołudnia.

Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi
otwierał...

Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk,
młode chłopię...

- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny
przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan
jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!

- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę,
mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! -
dorzucił uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do
Ładyżyńskiego.

- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca,
odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.

Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się
zręcznie do okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.

Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a
usta skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie.

- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca,
czy głowy?

- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i
rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z
saloniku.

- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał.

- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos,
nicponiu!.. - rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i
strzepnąwszy ubranie, opuścił bilardową salkę, zmierzając ku
werandzie.

- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy
robótce panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu.

- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się
łagodnie matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i
postępował raźno wykład gry bilardowej...

- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i
uśmiechnął się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił.

Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się.

- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się
leciutko w fotelu.

- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała
spokojnie. - A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.

- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno
spojrzeń tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi,
uciekł do domu - odpowiedział pan Emil.

- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś
niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem,
marszałkowa.

- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł
słodziutkim tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.

- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to
tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę -
podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy
życia, i jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman
nie wraca?..

- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu...
Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd
udał się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu,
gdzie zabawi dłużej...

- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie
tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie
mogę - wygłosił całkiem seryo.

Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu,
Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:

- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej
zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę
pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak
to czas leci.

Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej
chwili zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała
spojrzenie do parku. Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i
wpatrzył się badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojętnie całkiem
odwróciła po chwili głowę i kończyła spokojnie robótkę.

Zapanowało milczenie.

- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński,
w parę minut później.

- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. -
zaśmiała się staruszka.

- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć
wcielenie ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą
łaską nie zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby
gracze, pragnęliby w duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...

Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła
lekko, w tym samym tonie:

- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! -
pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy
potrafię, skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie
również, dziwnym zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli:

I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:

- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać
potrafi najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że
uwierzą mu ludzie, goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był
i fałsz wierutny!..

- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan
Emil, i zamilkł.

- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała
ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do
wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a
pana - tu uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam
sam na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka
złośliwie nieco, i znikła we drzwiach salonowych.

Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i
zamaszyście począł kołysać się na biegunach fotelu.

- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój
rozum i węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam
wyborny!.. - dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął
powietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu.

Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:

- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam
mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś...
Psst! - syknął głośno i położył sobie na ustach palce. -
Podejrzliwość albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, -
dokończył, i zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął
do siebie jeszcze i skierował się do ogrodu.

Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu
gorzały czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany
żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie
zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły od gasnących promieni,
w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, topole...

Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem
pewnym, aż znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew
wierzchołkami zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały
spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil żartami nazwał,
nie było już w ogrodzie.

Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i
łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci
współwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród
pól, ugorów, łączce, w przedwieczornej świeżości skąpanej
całej.

Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie,
oddalili się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego
naturalnie wcale.

Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył
Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr
swoich "Szczęsnaja".

Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym
gościem osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca
prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu
rada była.

Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych
form światowych, przystojny i miły, był również bardzo
inteligentnym, a lekki pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście
połączony ze szczyptą sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo,
szczególniej dla kobiet. W kole płci pięknej czuł się zawsze
panem... Posiadając wrażliwość czułostkową przyrodzoną, rozumiał
on kobiety przytem stokroć lepiej od innych mężczyzn, odczuwał je
subtelnie, - w podbijaniu zaś serc niewieścich, cierpliwem i
umiejętnem, - mistrzem go nazywano.

Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko
z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz
podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z
krótszych lub dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes",
które, jak ogniwa, ze sobą bezustannie łączyć sie starał.

Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją
nieodzownie. W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana
Dzierżymirskiego za granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od
dwóch już niespełna miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze
znawstwem swej sztuki, cegiełka za cegiełką, budując swe przyszłe,
jak nazywał - szczęście!

Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć
nieznacznie tylko, na swe tory.

Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej
znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą
Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie
grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował
skrycie - i szedł dalej...

Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą
przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła
nić trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań,
paradoksów, określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie
znaczących prawie...

A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich,
toczyła się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga
niegdyś w pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki,
literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych
codziennego życia - usta ich uśmiechały się nieznacznie, a
równocześnie oczy spotykały się, posłuszne...

To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl
jakąś, częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie
wypowiedziane, a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub
rzucało aforyzm dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie,
dla innych niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą
wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...

Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich,
pragnąc zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.

A po za tem? Och, określić nawet trudno.

Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań,
chwil, chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów,
niedomówionych spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych,
czulszych - w nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe
jaźnie coraz bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo
pojedynczej tylko, czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a
nierozerwalną już jednak, co silnie, a trwale złączyła ich w końcu
ze sobą!

I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał
się sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na
Olę sieci.

Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl
niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej,
wdzięcznej buzi - zakochał się na seryo w Oli!

Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce,
flirtował z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo
upragnioną jeszcze bardziej.

Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o
tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od
przędzy codziennego życia.

On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży,
dowcipkował, śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola
słuchała mówiła, opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie
łanów zboża, jednostajnem od maków purpurowych i bławatnych
chabrów, roiło się w tej ich słów gawędzie od dwuznaczników, w
lekką formę obleczonych ze strony Topolskiego oświadczyn i
półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele mówiących nieraz
rzeczy!..

Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył
jednocześnie wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego
się wschodu słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc,"
spowiadając się z wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..

Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na
których spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok
niego kobiety.

Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie:

Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych
kwiatów; żaby i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar
letniego gasnącego dnia chwytał za duszę...

- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło
zaśmiała się Ola.

- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł
niechętnie.

Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni.

- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą
hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak
silnem, iż nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił,
z uśmiechem dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej
uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny
"Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.

- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w
twarzy młodego człowieka.

- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy
zaś na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę.

Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie,
pierzchał cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł,
iż postąpił niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki
doskonale, że nie należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci
chodzi, wspominać dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się
natychmiast.

- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy
się atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej
myślałem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!..

- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż
bowiem wspólnego ma wschód słońca...

- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy,
stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do
słów własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka
prysła snopem promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne
szczyty, niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat
cały, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy!
- Topolski umilkł na chwilę...

- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej -
kończył już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie
słońce do uczucia kobiety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która
również swą potęgą i blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może
człowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokościach - świat cały!..

- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła,
poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie:

- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby
może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją
jednak i odczuwam doskonale...

- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje -
ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia
pewna... Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno
spostrzeżenie... - zatrzymał się...

- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał głosowi brzmienie
łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo...

- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.

- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! -
rzucił po francusku Topolski.

- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże języku, Ola.

- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą
stanu?

- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie
nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka.

- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać...
Zresztą - uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu
przeszłego... Kochałam, j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o
ile mnie pamięć grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé
défini... - zaakcentował wyraz ostatni.

- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze
trochę Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością
francuskiej grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé,
indéfini - odcięła.

- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał
dłużnym Topolski.

- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. -
Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo,
widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki,
nieprawdaż?..

Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.

- Prześliczne! - potwierdził.

Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki
zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek,
układały się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki
małe, koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku
śpiącego już słońca.

Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł
wieczora; po niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta
spojrzała przed siebie.

- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak
to Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu
ruchem głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.

- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z
przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w
głosie.

Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło
nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując
się wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze.

Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów
żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę,
wspinać się zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod
górę truchcika, koń przeszedł w wolnego stępa...

W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie
słowa i śmiechy idącej łączką pary.

Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą,
pochwycił cugle, i pomknął dalej...

- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął.

Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego
plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa
od lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona
bardzo.

A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on
od starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim...
Dziwnego, och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas
wrażenia! Po śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych,
przypadek bardziej jeszcze zbliżył go do niej, a było nim
powtórzenie zbolałej córce dosłownie ostatnich chwil ojca i słów
jego, pełnych przebaczenia...

Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego
wysoce poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na
przyjaznej, poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany
pozostał.

Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy
witał ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień
niemal w Gowartowie... Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im
zupełnie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o
każdej dnia porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i
wspomnienie, iż do snu wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki,
uważano go nawet jakby za należącego do rodziny.

Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu,
zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i
trwało tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów
następowała dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i
wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich!
Powtarzało się to bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas
ten cały stała się rzecz, której z łatwością domyśleć się
można było...

Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi
bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w okolicy -
niepostrzeżenie, początkowo nie zdając sobie nawet wcale sprawy,
zakochał się na zabój w swej pięknej, młodej dziedziczce i pani...

Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na lekkomyślnym panu
plenipotencie. Miłość prawdziwa, silno powaliła go już w drugim
roku pobytu u Dzierżymirskich.

Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i rzec można, na zawsze,
niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu warunków służebnej
różnicy położenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z
powodu charakteru Oli, jak się zdawało, bez skazy, niezłomnych jej
zasad, oraz bezgranicznej, niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej
dla męża.

Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanował nad sobą. Nikt
nie zbadał dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona."

A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz
i języków ludzkich, przeobraziło się już było w prawdziwy kult...
Codzienny gość Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiązkami, żył
"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie,
podczas których obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy
jego, nie złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej i
prostej - na piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski modlił
się niemal do Oli!..

I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd odbierała mu
ubóstwianą konieczność życia, w postaci męża... - Dziś przy boku
jej się zjawił inny... Krasnostawski znienawidził pana na
Szczęsnej...

Zazdrość, ta miłości siostrzyca, pochwyciła go w swe szpony
krogulcze, dręcząc bez litości... Mękę tę zaś powiększało
jeszcze poczucie własnej niemocy.

Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził wciąż szybko,
nagląc niemiłosiernie spicrutą wierzchowca.

- Sługą jestem i na wieki sługą zostanę!.. Psie życie, psie!.. -
rzucił głośno z goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją
weźmie, pokala, ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co
robić? - wołał do siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy
Dzierżymirskich. - Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął ciszej.

W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął
instynktownie cugle, i począł jechać wolno.

Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały,
wysoka trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali
rysowały się już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej
fermy, złożonej tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru
jeszcze zabudowań gospodarskich, i jego własnego, niskiego,
mieszkalnego domku - królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród
pól i łanów szerokich.

Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego
latały tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów;
bąk grał gdzieś w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca
jeszcze po polach, odzywała się gdzieś nieśmiało samotna...

Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów
poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka.
Prychając nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo.
Pędem powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się
trwożnie - zaszumiało na stepie...

Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to
układający się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod
nóg i znikł w wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli
na trakt szeroki.

- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda - szkoda! -
szeptał do siebie podniecony Krasnostawski.

- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie.

Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz
wyraźniejsze, bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną
stronę, chłop pokłonił się nisko, lecące za wozem źrebię
przyłączyło się do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.

- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk
zastrzygł uszami, prychnął i zawrócił galopem.

- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? -
wyrzucił z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym
cię ozłocił, klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!..

Jeździec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec
małego dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski zeskoczył z kasztanka
i huknął donośnie.

Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy
wierzchowca, znikł z nim pomiędzy strzechami podłużnych budynków;
młody człowiek zaś, szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie,
schyliwszy głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego słomą dworku.

Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, zatrzasnął je z
hałasem. W ślad za tem potarł zapałkę, a zapaliwszy lampę,
zbliżył się do biurka, stojącego pod oknem, wśród skromnie
umeblowanej izby, wybielonej, z niskim sufitem, o dużych wystających u
pułapu belkach.

- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie mnie!.. Do pracy,
sługo, płacą ci za to! -szepnął Krasnostawski, z bezmierną
goryczą. Rozłożywszy jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową
księgę, umoczył pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed
biurkiem.

Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest papieru i zgrzyt
donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w tę muzykę milczenia
i pracy wplotło się z rzadka stłumione westchnienie ciche.

-------------


Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, wypierane
jesienią wczesną, w tym roku piękną bardzo - przezroczą...

Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie mijały tutaj za dniami,
wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ładyżyński
zatem tak samo zawsze szyderczy z marszałkową się sprzeczał i
rozmyślnie przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski,
tłumiąc w sercu ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał tu jak
zwykle, co dzień, a bawiąc w pałacu coraz krócej, po partyjce
bilardu z panem Emilem, uciekał do swej wśród pól samotni.

Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub bliższych
sąsiadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjeżdżając całym
rodzinnym taborem, na godzin kilka rozgaszczał się w pałacu. Dom
cały naturalnie zniewolonym był być na usługi gości, działo się
to jednak zawsze ku wielkiemu zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec
eleganckich miejskich salonów, zły chodził wówczas z kąta w kąt,
ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie z przybyłych w gościnę;
sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i z góry stale
traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem "serwatki
towarzyskiej"...

W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do kościoła - w tygodniu, dla
ubarwienia jednostajnego skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie
wizyty... Pan Emil wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie,
by jechały, starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym
spodziewał się odwiedzin Topolskiego.

Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający teraz, regularnie, co drugi
dzień prawie, stawiał się wówczas niezmiennie. Ładyżyński,
uśmiechnięty złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do
karamboli natychmiast werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc
o wyjeździe pań, wymijając zręcznie jego pytania w tym względzie.
Dopiero później, po partyi, wychodził na chwilę, wracał, i
spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej więcej w ten sposób: "Wszak
hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est ce pas? Pardon... na
śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, wyjechały przed godziną
na spacer, pewny byłem... A tu, concevez... Dowiaduję się właśnie,
iż palnęły sobie wizytkę!.."

Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan Emil zaś, ironiczny,
zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy go do powozu - zacierał
ręce z radości.

Pomimo jednak usiłowań zręcznych Ładyżyńskiego, stosunek
Topolskiego i Oli zacieśniał się coraz bardziej; przyjaźń
fermentowała już, potęgowała zaś stosunek ten przedłużana coraz
bardziej nieobecność Dzierżymirskiego, od którego, po liście
oznajmiającym wyjazd do Medyolanu - nie było zgoła żadnej
wiadomości.

Był wieczór letni, kojący, cichy...

W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, prócz jednego
- w jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała świeże gazety. Niebawem
odłożywszy je na bok, ze zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary,
a przetarłszy powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi.

Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła do ogrodu, zagłębiwszy się w
jedną z cienistych alei.

Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, używali
przejażdżki łódką po stawie, w tą stronę więc skierowała kroki
marszałkowa. Wkrótce przed nią zaszkliła się tafla stawu, staruszka
usiadła na ławeczce i posłała spojrzenie w dal...

Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy wyraźna, doleciała
pieśń, śpiewana zgodnie silnym męskim tenorem Topolskiego i
cieniutkim sopranem Oli, z przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana
Emila. Barka znalazła się niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana
nagle, zcichła, marszałkowa krzyknęła, jak tylko mogła
najgłośniej: - Hop!.. hop!..

- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, rozległy się
szybsze uderzenia wioseł, plusk wody i łódź chyżo kierować się
poczęły ku brzegowi, Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu
rękę i krzyknął;

- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!..

- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż tutaj? Jakże można...
wilgoć ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ się z kolei cieniuchny
głosik Oli.

- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki śliczny i ciepły
wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się zmęczę, to powrócę! -
odkrzyknęła pani Melania.

- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem Ładyżyński. - I my wracamy.
Księżyc zresztą dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle...
Naprzód!.. - zakomenderował donośnie.

- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając się ku siedzącej w łódce
młodej parze.

- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, widząc, iż Topolski
milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi się, jak ją pozostawimy tu
dłużej, a sama do domu tak rychło nie pójdzie...

Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo
krzyknęła Ola, i wysiedli wszyscy.

Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś pozostał, systematycznie
ułożywszy wiosła i zamknąwszy na klucz kłódkę u łańcucha,
przytwierdzonego do barki, poczem zapalił z wolna papierosa.

- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się z góry, na brzegu,
wołający głosik Dzierżymirskiej.

- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób Emil, nie ruszył się
jednak wcale. Po chwili warknął do siebie półgłosem:

- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany na hrabicza! Lecz
swoją drogą pozycya moja tutaj jest w zupełności idyotyczną...
Marszałkowa, jak ślepa: nic nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie
po cichu zgrzyta ona się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy
stróżem cnót młodych mężatek!..

I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wolna skierował się ku
pałacowi.

Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie
ramię marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i
wesoło; niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco
przechadzką.

Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w
Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie.

- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, -
że teraz właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki...
Upewniam pana, iż go boleć będą uszy!..

- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski.

Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zawsze "gnębicielką i
pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii."

- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku
siedzącej obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, że nam
ciągle swem towarzystwem przeszkadzał...

- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem
błyśnięciem oczu.

- Powiadają, iż przysłowia są mądrością narodów, a jedno z nich
mówi pono: "mądrej głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała -
to trudno.

- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia,
stosownie do okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania.
Ja szczerze zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana.

- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie
wierzyć pani...

Rozmowa ta cała prowadzoną była półgłosem, tak, iż siedząca w
przeciwnym rogu balkonu marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała
się więc, przerywając:

- Widzę, że na próżno pan Topolski cię prosi. Zagraj, Oluniu,
zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie się wyda głos
fortepianu.

- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z uśmiechem Ola. -
Ale czynię to tylko dla niej; avis au lecteur...

Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem
przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek skłonił się, i
powstawszy, podążył do salonu w ślad za nią.

- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów kobiety? - szepnął
dyskretnie, pochyliwszy się ku idącej.

- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola - proszę wracać na balkon
dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a zresztą - tu, siadając do
fortepianu, uczyniła ręką ruch w stronę werandy - oto pan Emil...

- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z wolna Topolski i
posłuszny zawrócił.

Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiała
donośnie... Fantastyczna pieśń norweska odbiła się o echa parku i
głębie śniące do stawu - namiętna, burzliwa, popłynęła w dal
cichą pól i stepu...

- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, co śpią sobie w
parku tak cicho. Gdy usłyszą bowiem parę podobnych fortepianowych
trelików, ogłuchną do rana zupełnie. - odezwał się w tejże chwili
ironiczny głos Ładyżyńskiego.

- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a
nas z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem,
półserjo odciął panu Emilowi Topolski.

Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nieoświetlonego salonu,
gdzie grała Ola, odezwał się w ukłonie:

- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie,
terre à terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo?

- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry
mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać
muzykę...

- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan
Emil i zadzwoniwszy na lokaja, kazał zapalić światła w bilardowej
salce, a po chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać
zaczął karambole.

Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho teraz fortepian,
płakał, smucił się żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i
uczuciem. Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością,
przez grzeczność tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc
zarazem w duszy jej obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą.

Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona
snać całym dniem, powstała ciężko i rzekła:

- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zaś idę spać... A
pan Emil gdzie - nie widzę go? - zapytała naraz.

Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie
chcąc jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko:

- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci zapewne niebawem! - i
na dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki.

Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu i zbliżyła się ku
fortepianowi.

- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę w głowę.

- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała
marszałkowę Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała się wolno
do swych pokojów.

Znikła... Fortepianem wstrząsnęło gwałtowne intermezzo; do pokoju,
tonącego w cieniach, cicho, jak kot, wsunął się Topolski.

Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął.

- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, nie odrywając
paluszków od klawiszy.

- Jesteśmy z panią sami...- dokończył Topolski zdanie. - I ten
satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...

Topolski urwał, a widząc, że Ola już otwiera usta by coś
powiedzieć, wyrzucił z siebie szybko, czyniąc nieznaczny ruch ręką:

- Och, wiem już z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel
nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna panią od
dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie
przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje mnie ten pan do
niemożliwości... Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolił nam być
chwilki nawet sam na sam...

- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwiła się niby
Ola, a usiłując nadać głosowi brzmienie twardsze, dodała: - Nie
pojmuję zresztą, skąd te żądania uporczywe sam na sam i urojone
jakby jakieś prawa...

Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po
klawiszach, spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w
półcieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po
twarzy, zadały kłam wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski
zapomniał o nich. Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór
pochylił się ku rączce Oli.

- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po
fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa
- wyżej łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola.

- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski.

Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz
namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień
wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi,
słuchających tej orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w
złocone ramy artyzmu i techniki.

Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony,
pieszczotliwy, miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund
kilka, uderzenie kul na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana
Emila... I Topolski, flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą
półsłówkami słów jego igraszkę, od czasu do czasu wysyłał
spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca;
lecz ten nie myślał o tem wcale.

Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch
ten jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się
mężczyźnie przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w
tej chwili:

- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i
zapomniałam... Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić
świecę! - dokończyła, z filuternym uśmiechem.

- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam
u pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju
chwili danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie
półcieniu, tak znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą
wieczorną.

Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i
rzekła swobodnie:

- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością..
Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle
razy...

Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury.

- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające,
łagodne, przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i
podniósł do ust, jej dłoń.

- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola.

Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej:

- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę.

Pytająco spojrzała nań Ola.

- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego
doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w
zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami...

- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła
Ola, a oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała,
patrząc mu w oczy przeciągle:

- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną...

- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu
spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła
lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach
fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego
jakby - pełnego cichej tęsknoty...

- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że
też ta kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po
prostu, co mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca
miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego
nastrajała dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same
cisnęły mu się do ust przed chwilą...

- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w
myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w
kącikach ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz,
subtelniejszem, miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać
się zdawał.

Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem
innym, niż poprzednio:

- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne...

- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! -
zaśmiała się - vous êtes incomparable!..

- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę...

- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas.
Więc, jakież ultimatum?

- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak
rzadko kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton,
który, za uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze
jednakowo... A mąż i żona przecież, poza...

- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan
zupełnie, bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie
rozumiem...

A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilà
ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie
już darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie
nadchodzi..

- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się
śpiesznie, począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na
etażerce.

- Silence à mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!..
Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a
zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z
ukrytym sarkazmem:

- Czy to... może panu zawdzięczam?..

I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez
czas krótki jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli
dobranoc i rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy
fortepianie świece rzucały teraz na salon migocące światło, lekki
zefirek kołysał ich płomień z lekka, poruszał firanki i portyery...
Ola skierowali się ku werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała
się głęboko.

- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż,
od lat sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć
bezustannie ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn,
na żadnego jednak uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!..

Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie...

Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją
odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie
prowadzoną grą intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie
nieprzeparcie!... Ten jego ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy
wdzięk osobisty, którym tchnąć się zdaje postać jego cała,
zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej... Broni się przed nim, w
żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, że jeśli tak samo
potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu się?..

Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama
walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed
"nim" i przed nią samą...

I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a
pociągnięta kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni
księżyca, schodzi z balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą
ogrodową aleję.

Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie;
przez liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej
stóp dyskretnie, ukazują się, to znów nikną...

- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on?

- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci
na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała...

Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda
igra jej w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego
użycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia
wszechpotężnie.

Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i
wewnętrznej walce.

Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku
domowi.

- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki
na rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła
rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem
i rozterką!

Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na
pewno... Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych,
przemyślała, przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem,
wyobraźnią, duszą całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny -
w jego ramiona, które czekały tylko jej skinienia, by ją opleść
pieszczotą - unieść w krainę miłości i rozkoszy!..

- Marzenia! Ona nie ulegnie!..

- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi,
cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w
życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego
dotąd ponad życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością
wesprzyj!!!

Ola już jest w pobliżu pałacu.

- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce
po raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona
cała, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach
pałacowego skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego
życia - zapomina o pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem
i skrzypnąwszy drzwiami, znika za niemi.

W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po
chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w
milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna...

W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu,
płomienie ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając
fantastycznie pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy
promień - i złagodzi swym blaskiem żółte świec płomyki...

I trwa to tak dość długo jeszcze...

Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc
gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz
gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do
salonu przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna...

Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się
wciąż, dygocąc...

Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną
z nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna
fortepianie i jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle
przestaje powiewem poruszać wszystko dokoła!..

Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją
pieszczotliwie w swój uścisk gorący...

Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski,
zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym
ogniem, z trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają
znienacka, i wszystko to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić
poczyna... Od firanki zajęły się rozrzucone na pianinie nuty,
drobiazgi...

Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom,
przyspiesza pochód ich po salonie...

Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian,
skarży się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar,
napełniają pokój cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim
trzeszczeć zaczyna!..

Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły,
rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie
do wnętrza pałacu...

Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona
salonu; drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem
ognia, walą się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa
się podstępnie do innych, przyległych komnat...

Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho.

W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a
uśmiechnięty, rozmarzony, śni zapewne o Oli.

Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w
ślad za tem podłoga wstrząsa się...

Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś
dusi go, w oczy się wżera...

Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera
okno...

- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie.
Patrzy w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!..
Słucha... Włosy jeżą mu się na głowie, zapala świece, i widzi
siebie w obłokach dymu.

- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się
pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za
drzwiami...

Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu
wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne...

- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! -
przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! -
waha się...

Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie
namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół
zaczyna..

- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu
istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku
pokojom pani domu...

Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak
nieprzytomny...

We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos
palącego się pałacu...

Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna
pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija
się donośnie..

To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli
buduaru... Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące
doń... Topolski na ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia,
miejsca, rzuca się gwałtownie ku nim. Słucha...

Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki:

"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz
zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem
rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych
kroków ludzkich...

- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i
odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą.

Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca
komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i
łożu, na którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym.

Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej
kobiety i rysują wdzięcznie kształty ciała...

Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może.
Chwilę stoi nieruchomy...

Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia,
odgłosem swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w
bieliźnie nóżkami bosymi, dotyka ziemi...

Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę
u drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko
ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze
Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie
dzwonić poczyna...

Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj
okno i rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie...

- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola zarumieniona milknie, a
wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija
się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka...

Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza
jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa
drżącą ze strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona.

- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem...
Mężczyzna pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z
łoskotem i chrzęstem, wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a
ziejąca paszcza płonących komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni,
w całej swej grozie i majestacie...

Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!..

To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju
służąca, wołaniem, błaga o pomoc!

W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem,
Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac.
Widzi w oddali ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę
dworską, a w dali zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę
marszałkowej...

W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej!
ludzie, tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!..
W rogu dworu!! prędzej!!!"

Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do
ogólnej gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki
- ku niemu!..

Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie
Topolskiemu na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod
tem dotknięciem, porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie
chyżo w ogród... Krew gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina
o wszystkiem, prócz tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej
i dalej...

Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz
nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu.

Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego
biegu, szeleści mu nad głową liści pogwarem.

Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku
niemu, jak powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony
wciąż w przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę
trzymaną w uścisku kobietę...

Oczy jej przymknięte - zemdlała!..

Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem,
spogląda ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!..

- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi
usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i
ciało!..

W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej
głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a
kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko -
tajemnicza...

W dalekim zakątku parku znów cicho...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania.

Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie,
wiozące beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu,
dyrygujący zaś parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak
mucha w ukropie, krzyczy, gniewa się, rozkazuje...

Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na
piętra, wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe
meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i
koszulach, przypatrują się bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha
pomiędzy sobą, lamentując, złorzecząc...

Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem...

To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie
kary, półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez
opieki stajni.

Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą
gromadkę, umyka przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego
drzemiące cisze przerażonem rżeniem.

Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez
bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre
dokoła, ze zdwojoną energią.

I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu,
miejscami złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym
gryzącym dymem, zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już
obecnie huk pożaru coraz częściej przerywają syki gasnących
płomieni - opanowany nieco żywioł mniej groźnym się staje,
pokornieje, cichnie...

Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze,
płomień nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak
domu ugaszono już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają
się teraz białawe, osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych,
pełzają jeszcze tam i ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie,
liżąc ścian poczerniałych podnóże.

I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali
pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna...

Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk,
oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z
żywiołem...

Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie
niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach,
stanowiąc dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i
krwawo-złocistą pożogą...

Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem
sterczącego samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się
Krasnostawski, i stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę
parku.

- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. -
Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja
zaś ich muszę znaleźć - muszę!..

Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje
się w głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku
długą nahajką co chwila uderza się machinalnie po wysokich,
okopconych butach...

Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał
rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama
dręczyła go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im
się nie stało - wiedział... Co robią zatem sami tak długo?..

Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się
stosunek jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od
marszałkowej i Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak
wszyscy zresztą, potracili głowy!.. A on?..

Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły
odpędzał od siebie myśli niektóre.

Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją,
prowadzącą do ustronnej altany...

Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez
miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła -
obawa, że sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w
gardle i zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie.

Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał
również źródło i w następującym, konkretnym fakcie.

Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski
pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną,
ulubienicę Oli...

Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: -
Powiadam paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie
młodsza pani dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę
jakiś szum... Otwieram drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko
spojrzeć na pańskie pokoje... Tylko pościel młodej pani pusta i okno
otwarte!..

Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu
szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na
tem.

Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty.

Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków
męskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim
dobrze mu znana papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we
włosach Oli grzebień, z szyldkretu.

Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił
machinalnie oba leżące przedmioty i biedz począł...

Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez
ubóstwianą kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew,
napełniła jakąś niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!..

Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł
nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na
czoło, usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem.

Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty...

Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach
zerwał się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku
nocy zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni
spojrzeli sobie, milcząc, prosto w oczy.

Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co
wyczytał na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego
obawy.

Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy
Topolski, wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie
dogorywała już łuna ognia:

- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie...

- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno.

Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego,
rozszalały, schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką
przerzucił go poprzez siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w
ręku nahajką...

W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk
inny - kobiecy!..

Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się
natychmiast pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie,
szybko, wymierzyła Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...

Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna,
cofnął się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny.

Zaległa chwila milczenia...

Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z ust stojącej na
wprost Krasnostawskiego kobiety wybiegło drżącym, urywanym szeptem,
pełnym oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:

- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - Precz!..

Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i powtórzyła raz
jeszcze, przejmująco - ciszej:

- Precz!..

Tego nadto już było dla rozbolałego zazdrością i bólem męskiego
serca! Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi,
Krasnostawski zachwiał się powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach
pociemniało mu - zawirowały altana i drzewa parku...

- Kocham cię! - szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i
omdlały runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .



Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza stepu, pól szerokich, orzeźwił
się w toni sennego jeszcze stawu i wśliznął do altany ciekawy...

Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w pobliżu:

Niebo zaróżawiało się stopniowo, początkowo ledwo dostrzegalnie,
bojaźliwie, później zaś coraz silniej i śmielej.

Przeciągając się lubieżnie, wstawała jutrzenka z obłoków
puszystych pościeli.

Na powitanie jej tryumfalną fanfarą rozbrzmiał park cały świergotem
ptasząt; zbudzone, zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście
skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, siadały
na zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze ścielił się
tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuły, błyszczały tam i
ówdzie, dopalając się, belki i inne szczątki pałacu, tliły się w
zgliszczach - tuliły do okopconych zwalisk...

A wokoło drzemało, spało wszystko!..

Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem pałacowa oficyna, stajnie
i gumna, śniły także liczne, rozsiane za pałacową bramą, białe
wieśniacze chatki...

Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny
zajaśniał nad wszystkiem dokoła...

Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z
pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył
oczy, mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął...

Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła.

---------------


Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wślizgiwało
się już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się
jeszcze duża lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski
pisał coś szybko i zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą
i leżały porzucone na ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle
młody człowiek porzucił pióro, z hałasem odsunął krzesło od
biurka i zamknąwszy księgę, powstał.

- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbliżywszy się do okna,
odemknął je, odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic.

Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka,
wpłynęła do pokoju. Krasnostawski zgasił lampę i spojrzał przed
siebie...

Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego
plenipotenta, pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go
lata; nie młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył
przez otwarte okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały,
który zapominał już jakby, że młodym był tak niedawno.

Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, cierpień,
upokorzenia i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po sobie...

Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone i podkrążone, a
na skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała
nitka przedwcześnie siwa.

I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten człowiek, stojąc tak w
owej chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem
sięgnąć, kraina cała złociła się od zżętych kóp zbożowych,
zieleniła od niw i stepów, śpiewała setkami głosów: uśmiechała
się rozkosznie!..


- Życia!.. Życia!.. Miłości, szczęścia!.. - wielkim głosem
wołało wszystko, a on jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał
wciąż tak samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie
cierpiącej duszy własnej..

Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski piechotą,
obudziwszy się z omdlenia, sam jeden wśród szumiącego mu łagodnie
nad głową parku.

Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W
końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło moralną troskę. Snem
kamiennym, a zbawczym dlań, przespał Krasnostawski większość dnia,
bo aż do godziny szóstej po południu. Zbudził się zaś już nieco
innym...

Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim postanowił uciec co
rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir pracy w warunkach całkiem
odmiennych.. Powietrze dusić go poczęło, ziemia parzyć stopy!..
Chciał już wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze.

W porę jednak zastanowienie i zimna logika trzeźwego rozumu
powstrzymała go na szczęście od tego kroku...

Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, stał przecież jeszcze
mur rzeczywistego życia, które chleb mu dotąd dawało - istniał
świat obowiązków dotychczasowego jego stanowiska tutaj.

Rzucać tak wszystko byłoby lekkomyślnością iście chłopięcą.

- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak najściślejszym
porządku przekażę na odjezdnem wszystkie gospodarskie księgi,
rachunki, kasę i.t.d.

Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski do wyczerpującej
pracy, całych nieledwie dziewiętnaście godzin pisał, rachował
bezustannie. Wreszcie wyczerpany skończył przed chwilą...

Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł opuścić te strony - na
zawsze...

Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż pod oknem; zapatrzony, nie
zauważył on wcale zbliżającego się ku niemu wyrostka.

Dźwięk jego głosu zbudził młodego człowieka. Spuścił wzrok i
zapytał głośno:

- Ha!.. szczo każesz?..

Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany przezeń do Gowartowa, by
sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego rządcę, któremu chciał
Krasnostawski zdać klucze kasy, księgi, i przekazać ostatnie
rozporządzenia. Z relacyi chłopca okazało się, że rządca wyjechał
do miasteczka.

- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, używszy utartego
pomiędzy ludem miejscowym wyrażenia, oznaczającego w liczbie mnogiej,
właściciela danej wioski.

- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał zarazem, że Szmul,
żyd z karczmy wiejskiej, powiedział mu, że państwo na dobre
wyjechali. - Każut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! -
poinformował znowu wyrostek.

Na wybladłem licu słuchającego tych nowin młodzieńca zakwitł
rumieniec oburzenia.

- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, niedosłyszalnie przez zęby. - Snać
potrafił każdego z osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił
się nikt, widocznie...

Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! -
dokończył w myśli, i wściekłość nagła opanowała go...

- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, aż
zatrzęsły się szyby dworku.

- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej nieco.

Niebawem złotawy kasztan, z białą gwiazdką na czole, parskał
ochoczo pod Krasnostawskim, jadącym na przełaj przez pola do
Gowartowa.

Wokoło niego praca wrzała. Krzątający się lud roboczy: parobcy i
gospodarze kłaniali się nisko czapkami panu plenipotentowi;
czarnookie, czarno brewe mołodyce i dziewczęta, w jaskrawych
spódnicach i chustkach, pozdrawiały, również życzliwie młodzieńca
zerkając z uśmiechem i lubością na "harnoho chłopcia*)".
[*) Pięknego chłopca.]

W kwadrans później, Krasnostawski zjeżdżał już stępa na groblę
gowartowską...

W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, odbijały się dawniej,
jak w lustrze, mleczną białością ściany dworu. Teraz czerniały
zarysy pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem
skrzydłem, królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem...

Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. Jak strzała, przeleciał
przez groblę i stanął niebawem przed zamkniętą wjazdową bramą
pałacu; tu hukać począł, by mu ją otworzono.

Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia począł
Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców pałacu. Okazało się,
iż dom cały wyjechał nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w
gościnie u Topolskiego, w Szczęsnojej.

- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazując
spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego płachtami.

- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał poprzykrywać
tymczasem! - odpowiedział zapytany.

Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, względem ocalałych, i
cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pałacowych. Zdecydował
głośno.

- To tak zostać nie może! - i ruszył spiesznie ku środkowi gazonu,
gdzie leżały meble. Kazawszy pozdejmować w ślad za tem wszystkie
przykrycia i opony, ujrzał, iż mebli uratowanych było sporo.

- Są parobcy na toku? - zapytał.

- Są... są! - poświadczyła krzątająca się wokoło niego służba.

- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku starszemu
furmanowi, - idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają do wozów, ile się
da i zajeżdżają tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej
stodoły!.. Trzeba to wszystko - wskazał ruchem ręki meble - tam zaraz
zawieźć tymczasem i zamknąć!..

Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i słuchano
chętnie.

Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; wyprzedził go
chłopiec stajenny, by rozgłosić pierwej rozkazy "panycza."

Krasnostawski pozostał sam i uważnie zaczął przeglądać
nagromadzone meble. Tam i ówdzie rozpoznawał na wpół uszkodzony
sprzęt i przypominał sobie miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu...

Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym smutkiem wiało od tego
zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła trupią paszczękę - śmiałą
się jakby szyderczo...

Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski i na nowo począł
przyglądać się, z uwagą, pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się
smutnie...

Obok na wpół pękniętego dużego salonowego zwierciadła, złamane
tuliło się łoże pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli
Dzierżymirskiej. Tam znów jej szafa odemknięta, z kilkoma
pozostawionemi w pośpiechu sukniami - walała się obok szczątków
pianina...

Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak sprzęt przypomina
człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział on ją tu - wszędzie,
te odłamy zachowały jakby część jej osoby - dusza ukochanej
przezeń kobiety błąkała się w nich, martwych i obojętnych...

Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre
z nich sam odsuwał od innych, segregował.

- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem.

Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do połowy, leżało w
pyle piękne, ulubione biurko Romana, antyk pamiątkowy, z mahoniowego
drzewa, wykładany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perłową
masą. Krasnostawski zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt
drogocenny. Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i
skrytek.

Lecz nagle koło pobliskich gumien zatętniało... Wykonywając rozkaz,
nadjeżdżały już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy,
donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, drgnął, lecz
nie na odgłos wozów bynajmniej.

To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego zgrzytnęła niebawem
jakaś sprężyna i szufladka, dotąd dla oka niewidzialna -
roztworzyła się przed nim, a w niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie
portfel niewielki, z eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu
pugilaresu połyskiwała granatów korona hrabiowska, - błyszcząc
mętno - czerwonym ogniem. Ochłonąwszy ze zdziwienia, Krasnostawski
rozśmiał się swobodnie i wziął portfel w ręce.

W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły drabiniaste wozy,
parobcy, zdejmując czapki, witali go wesoło i dziarsko, a zeskoczywszy
na ziemię, brać się zaczęli do roboty.

Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski stłumić na razie ciekawość,
i schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, począł energicznie
wydawać rozkazy.

Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac przed zgliszczami
pałacu opustoszał; wozy, jeden za drugim, skierowały się powoli ku
tokowi.

Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą pustą stodołą zawrzał
ruch; wkrótce ułożono porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi
zamknięto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie
spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski.

Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł się w kwadrans później w
lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia i rozłożył się swobodnie na
murawie. Zdjąwszy kapelusz z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą,
aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po pugilares,
roztworzył go i począł szperać ciekawie.

W portfelu leżały ułożone porządnie banknoty, w osobnych
przedziałkach rulony złota.

- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastającem
zdziwieniem, pieniądze zaczął liczyć sumiennie.

Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy kilkaset. Ułożywszy
na powrót banknoty i złoto, Krasnostawski portfel zamknął i
spojrzawszy raz jeszcze na koronę z granacików, potrzymał go jakiś
czas w dłoni, poczem wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie
malowało się na jego twarzy. Czuł się zaambarasowanym, co czynić z
tym fantem?..

Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w zastępstwie prawego
właściciela, jego żonie - Oli. Zatem jechać do Szczęsnej
osobiście?..

- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do siebie młodzieniec. Zasępił
się. Nagle myśl jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo
zerwał się żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las drożyną.
Wkrótce w borze rozległy się głośne ujadania psów, i
Krasnostawski, opędzając się od natarczywych kundli, wchodził do
małej chatki leśniczego...

W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty na ławie, spał snem
sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurtę
myśliwską; dubeltówka leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy.

Krasnostawski potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego leśnika.
Ten ostatni zerwał się, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł
bąkać...

- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś
zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi się nie
zdarza...

- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast
Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to
natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej,
gdzie są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w
ślad za mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz!

- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za
odjeżdżającym.

W pół godziny później, młody plenipotent siedział już przy biurku
w Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila.

Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał
Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta
rodzinnego na wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery
tutaj, bez widoków na przyszłość...

Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował także wyjazd bez
pożegnania, jak i przesyłkę również kluczy od kasy, ksiąg
rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu,
Krasnostawski przepraszał pana Emila za trud i dodawał sucho, że
pensyi nic mu się nie należy, bo czyni niespodziany zawód swym
dotychczasowym chlebodawcom.

We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać
Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go...

Uświadomiwszy o czem należało starego sługę, wręczył mu
Krasnostawski: papiery, księgi i klucze, oraz portfel znaleziony, z
nadmienieniem zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i
szczerych żalów tyczących się jego stąd odjazdu, - wyprawił do
Szczęsnej.

Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę...

Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała się jakaś
walka...

- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - rzekł wreszcie
kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.

- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem wiedzieć musi! Tak
każe sprawiedliwość, tak być musi, tak będzie! - głośno już
zupełnie wyrzucił z siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka,
sięgnął ponownie po papier listowy, i umoczył pióro w atramencie.

Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, wstał i znów zaczął
chodzić gorączkowo po pokoju.

- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja miałbym, niby pies sponiewierany,
odejść stąd, usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym zamknąć w
sercu ich wspólną tajemnicę, i tem samem ocalić tego chłystka!..
Prawda, jednak, że i o nią tu chodzi, najdroż... - nie dokończył,
sponsowiał...

Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla niej, ale policzek kobiety i
poniewierka - zdeptana miłość własna, - wszystko było od iskry tej
silniejszem.

W dziesięć minut, młody człowiek uspokoił się zupełnie; znać z
gotowym już w głowie planem, list pisać począł szybko,
zamaszyście...

W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i długo, długo nie
ustawał.

Cały żal, całą gorycz na papier przelewał z duszy swej
Krasnostawski.

Opisał szczerze życie własne... I swą miłość ku Oli, tajoną od
lat pięciu, idealną, czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas
ten cały, i ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie
się tych dwojga, i pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną -
wszystko!..

List skończył, podpisał, złożył, i sięgnąwszy po kopertę,
zaadresował: Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel
"Europa," Corso Vittorio Emanuele 9.

Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski głowę w dłonie.

- Stało się!.. - szepnął po chwili i powstał.


- Nic cię już tu nie wiąże!.. - Jechać, jechać stąd czem
prędzej! Obszaru, świata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..-
zawrzało w nim i odemknąwszy drzwi, hukać począł na służbę.

W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... Jak grom, spadła na
wszystkich wieść, że pan plenipotent, "panycz," wyjeżdża na zawsze.
Zlecieli się wszyscy. W domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem
było do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze
na wieczorny pociąg.

Promienie zniżającego się słońca całowały już strzechę i
rumieniły białe ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po
rękach przez czeladź i służbę, żegnał się ze wszystkimi
Krasnostawski, rozdawał tam i ówdzie sprzęty własne, rzeczy i
pieniądze, sam wzruszony, smutny...

Wreszcie ulokował się na bryczce, konie ruszyły, przed oczyma
mignęły mu ogorzałe twarze żegnającego go tak serdecznie
ukraińskiego ludu - wrota skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i
bryczka potoczyła się, brzęcząc, po gładkim drogowym szlaku,
zginąwszy wkrótce wśród roztoczy łanów zżętego zboża, ugorów i
kurhanów.



Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst parę...  Czwórka
Krasnostawskiego spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na
niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły się
nagle wspinać cofać, nie chcąc przejechać przez grobelkę. Furman
zaklął po małorusku, i parokrotnie uderzył biczem konie...

- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i zeskoczył z bryczki.

- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił się nagle do
mruczącego wciąż furmana, wskazując ręką zbliżający się na
bocznym trakcie obłok kurzawy.

- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - odburknął furman,
który zlazłszy także z kozła i poprawiając uprząż u koni,
częstował właśnie jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.
[*) Skądsiś.]

Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd
przezeń końmi...

- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym
samym języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie...

Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego
pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę
przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem też zgrabny faeton
wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w angielskich szorach,
zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w
liberyę granatową, ze złotymi guzikami.

Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał
okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i
odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony
Ładyżyński.

- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! -
zaśmiał się wesoło pan Emil i uścisnął wyciągniętą dłoń
Krasnostawskiego.

- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bułanki kapryszą i
przez most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną;
zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie.

Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do powozu.

- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się
Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.

- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzucił swobodnie,
zauważywszy wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie
trwóż!.. Nie myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi
do dawnych obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo
dobrze, iż rzucasz te kąty...

W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a szkoda młodość
swoją zamykać tu i tracić!..

I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do
Krasnostawskiego, a ścisnąwszy ją silnie, rzekł jeszcze.

- Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i
życzyć powodzenia na przyszłość!..

Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc
natychmiast na inny temat, już mówił:

- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do
opowiedzenia. Cóż, zgoda?

Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła się nieco, a powóz,
przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczył się znów równo i
szybko dalej.

- Służę panu! - rzeki Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego
cygarem. Zapalili...

Oparłszy się wygodnie o poduszki i zaciągnąwszy cygarem, pan Emil
rzekł.

- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam...

- Słucham, słucham! - potwierdził młodzieniec, kontent w duszy, że
go coś, choć na chwilę, odrywa od smutnych myśli.

- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że jesteś w teatrze na
jednoaktowej szaradzie. Uważa pan: sza - ra - dzie...

Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym stylem, za naszych czasów, na
Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa Topola - Topolskiego.
Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pałac pogrążony w
milczeniu... W tej samej jednak chwili stojący na ganku strzelec, w
pokornym zgięty ukłonie, podaje coś mężczyźnie, ubranemu w
smoking. Mówiąc nawiasem to ja - uśmiechnął się pan Emil, po
chwili ciągnął dalej:

- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala portretowa jadalna, do
stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich osób... Jedno tylko krzesło
wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w smokingu, trzymając coś w
ręku. Wita tam i ówdzie osób parę, zbliża się do młodej nadobnej
damy i wręcza jej z ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco...
Nagle siedzący obok sam "graf" zrywa się od stołu, jak oparzony, i
robiąc arcygłupią minę, wpatruje się w portfel... Zaintrygowanie
ogólne, sytuacya jednak wyjaśnia się wkrótce...

W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, pan Emil
rozśmiał się serdecznie.

- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, dokończę panu
zatem tę szaradę zwyczajnemi tylko słowy...

- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia mina Topolsia, gdy
ujrzał portfel, z połyskującą koroną, symbolem jego wielkości!..

- Otóż w tem ma się rzecz cała, że portfel ten nie
Dzierżymirskiego, i nie jego pieniądze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni
minus, tylko Topolskiego...

- Nie może być! - wykrzyknął Krasnostawski, szczerze zdziwiony.

- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił wesoło Ładyżyński.

- Niezła - uśmiechnął się z kolei młodzieniec - bo dotąd
przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem.

- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajać zaczął pan
Emil swego słuchacza.

- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie zgasło, nieprawdaż?
- rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich
usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. -
Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na
furmana.

Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta,
Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, a podniósłszy głowę,
spojrzał przed siebie.

- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby.

- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując
liberyjną czapkę.

- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do
Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na stacyi, patrz
pan, - i wskazał ręką krajobraz.

Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze
malowniczo rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami
światełek...

- Jechać! - rozkazał Ładyżyński.

Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle:

- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich,
nie kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy
masz pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz?

- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! - uśmiechnął
się Krasnostawski.

- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi pan, list do Romana,
ze szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamięć
jednak fatalną... Zapomnę listu wrzucić na pewno! Mój panie kochany,
weź go i wrzuć na dworcu... Cóż, dobrze? Przy tych słowach,
Ładyżyński wyjął pospiesznie z surduta gruby list i podał go
Krasnostawskiemu. Ten machinalnie schował go do kieszeni, gdzie
spoczywało i jego do Romana pismo.

- No, więc kończę!.. - zaciągając się dymem, rzekł pan Emil.

- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z zainteresowaniem
Krasnostawski.

- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął Ładyżyński - że pugilares i
tysiączki są własnością hrabicza, choć znalazły się w szufladzie
Romka?.. W tem sęk właśnie, że Topolski dziś dopiero przekonał
się, iż są one w innem, niż przypuszczał, ręku.

Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby tych pieniędzy...

- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał przyjaciółkę w
teatralnych sferach.. Otóż pewnego wieczora, zaprzysięgając sobie w
duszy uroczyście, że puści w trąbę swoją magnifikę, idzie
Topolski do niej na ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka
tysiączków mając w zapasie - Ładyżyński urwał, zaśmiał się i
puściwszy z ust kółko dymu, mówił dalej.

- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej niepowodzenie... Nadobna
córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o rozstaniu... Scena więc z
tego naturalnie, płacze! On przeprasza - ona w końcu daje się
przebłagać - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..

Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili ciągnął dalej:

- Nad ranem, z miłością gruntownie odegrzaną w sercu, przysięgając
sobie, iż przyjaciółki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do
siebie... Nagle, dotknąwszy się kieszeni surduta, nie znajduje tam -
pugilaresu! Ona, ta nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało
jej było dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej
okradła go więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące
się w portfelu.

Topolski jednak wobec powyższego faktu, po głębszem wniknięciu w
siebie, decyduje, że bądź co bądź pozbył się baby...

Oddychając zatem pełną piersią - swobodny wyjeżdża do dóbr swych
"krzyżyk na świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
bracia nasi, Litwini...

Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, zapalił na nowo zgasłe
cygaro i kończył.

- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje nie widziało się
wcale.

Skończyłem...

Ładyżyński odetchnął i umilkł.

- Dziękuję panu za opowiadanie - pośpieszył z odpowiedzią,
Krasnostawski. - Rzeczywiście, szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej
zdziwienie było wielkie?

- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź pan sobie, w
Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc stale: primo jakaś
poważna wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej
siedziby pana na Szczęsnojej mogły przybywać i damy; secundo, prócz
męskiego towarzystwa, przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana -
a w których to gronie nie brakowało i jednego prezesa, społecznego
koleżki Romana - znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka
osób, które przyjechały specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą
po pożarze.

Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej Ładyżyński - gdy to co
mówiłem, nam, mężczyznom, opowiedział Topolski po kolacyi przy
cygarze, i kiedy wiadomość ta do pań się przedostała, Topolski
został bohaterem dnia!..

- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała?

- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił Ładyżyński. Tem większe
zaintrygowanie, domysły!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na
mnie, bym natychmiast opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym
specyalnie w tej sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe
Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby Romek
powiadomił go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi
wówczas raut na cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej
zagadkowej sprawy... Jednem słowem, powiadam panu - komedya...

Ładyżyński mówić przestał, strzepując popiół z cygara. Lecz
trwało to krótko...

Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, lekka...

A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po moście, rzuconym przez
rzekę, i wtoczył się w wąskie brudne uliczki żydowskiego
miasteczka; niebawem wyminął je i znalazł się na szerokim trakcie,
prowadzącym do kolejowego dworca.

Jednocześnie w oddali ukazały się trzy gorejące światła: - to
pociąg zbliżał się już do stacyi. Pierwszy dojrzał go
Krasnostawski. Sięgnął szybko po zegarek i spojrzał:

- Oho, już po dziewiątej! to pański pociąg...

- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - wytężył wzrok w kierunku
pociągu.

- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając się energicznie do
furmana... Dam ci na mohorycz... nocować tu ani myślę!.. Może
zdążymy! Jazda, a ostro!..

Stangret trzasnął z bicza, czwórka puściła się pędem po gładkim
szlaku.

Zziajane już konie, galopując, sapały i tak dojechano aż pod
sztachety drewniane, okalające stacyę... Tu pełno już było wozów,
bryk, obywatelskich czwórek, oczekujących na swych panów.

Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk
przed stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i
wpadł tam, z hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut.

- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński furmana, i rzuciwszy mu
półimperyała, wyskoczył szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem,
odwiązywano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do
sali.

Tu ruch panował nielada..

Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i tłoczyli do
wnętrza dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła
ręczne bagaże, zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się,
jak w ukropie.

Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet
pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna,
rozmawiał z żegnającym go Krasnostawskim.

Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, lokomotywa
odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca.

- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- mówił pan
Emil, uśmiechając się przyjaźnie, serdecznie ściskając dłoń
Krasnostawskiego.

Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś nagłej myśli,
puścił szybko rękę Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy
szybko z kieszeni dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi
pocztowemu. Dogonił go i zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba
pisma.

- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg
znikł niebawem.

Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już
wkrótce, poszedł więc do kasy, kupił bilet, a wróciwszy na
platformę, usiadł na ławeczce samotny.

Zamyślił się...

Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego
życia.

Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi zżył się on jednak,
zbratał z ich życiem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten
pożycia wspólnego zakończyć tak marnie?..

Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy ją w dłonie. Jakiś bunt
mimowolny podnosił się w nim przeciwko życiu, losowi i ironii jego.

Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał się do tego
cudzego kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał Olę?

Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości i piękna, w
osobie tej kobiety, stanęło, jak cień niepochwytne, na drodze jego
życia?..

Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i długi czas pozostał
nieruchomy.

Nagle drgnął całem ciałem i podniósł głowę. Gwizd donośny
przeszył powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary
wpadł pociąg kuryerski.

Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. Ulokowawszy się
wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i wyjrzał.

Zamykano już właśnie z pośpiechem drzwiczki, wśród zgiełku
rozlegał się trzeci dzwonek.

Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął raz jeszcze wszystko
i cofnął się w głąb wagonu...

Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, mignęły latarnie
sygnałów i pociąg kuryerski znikł, pochłonięty cieniami nocy.

Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli się teraz na
dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również znikły
światła.

Na bagnach chór żabi grał tylko swą pieśń jednostajną gdzieś w
dali, w pobliskim lesie słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna
noc cicha, zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem
szafiru - rozpostarła panowanie nad światem...

Cisza zupełna zawładnęła okolicą.

Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwaniał
godziny miarowo...

W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos jego odzywał się
bezustannie:

Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..

-------------

W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni
upalnego, kończącego się już popołudnia, leniwie snuły się po
chodnikach sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjąc się od
słońca pod kolumny frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele."

Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i otaczających stojący
tam pomnik, kręciły się jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc
co chwila, rozbiegając się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na
koniu majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika,
wpatrywać się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na
placu katedralnego tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia
głębiną... Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach,
kilkadziesiąt wieżyc i zdobiące go statuy, w liczbie około dwóch
tysięcy, wznosiły się dumnie, i wystrzelały wysoko w niebo włoskie,
szafirowe, czyste, zadziwiając misternem wykończeniem, dając sobą
najlepsze nieśmiertelne świadectwo genialnej pracy człowieka.

Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, gotyckiej katedry,
mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do 40,000 ludzi, co chwila
wchodził ktoś do jej środka, lub wychodził na ulicę - z kojącej
ciszy świątyni wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo
jego mieszkańców, w osobie spacerującego po trotuarze tuż koło tumu
przekupnia, cisnącego w ręce każdemu gwałtem mozaikowe wyroby
weneckie.

- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół rozpaczliwym, na
pół przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni,
śniady Włoch, o przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś
podejrzanej roboty broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie,
wstępującemu, w zamyśleniu; po stopniach katedry.

Dzierżymirski przystanął; podniósł głowę, i spojrzał w oczy
natrętowi, a żachnąwszy się niecierpliwie, rzucił mu coś
energicznie po włosku. Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął
kapelusz i odetchnął z ulgą.

Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do panującego na dworze upału;
powiało nań z wnętrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i -
majestatu pełnem... Cień, pustka i tajemniczość niewytłumaczona
objęły go zarazem niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z
marmuru, donośnie, rozległy się kroki Romana.

Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnaście kroków
każda obchodu mających - w perspektywie, daleko, widniał wielki
ołtarz, chór i rzędy plecionych krzesełek świeciły przyćmionym
blaskiem kolorowe szkła okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego,
opiekuńczo jakby, wznosiły się marmurowo wyniosłe gotyckie arkady; z
wierzchołków kolumn, zdobiąc je grupami każdą z osobna, patrzyły
na niego dziesiątki statuetek małych...

Odblask słoneczny dotknął delikatnie pięknych rysów przybysza, jego
smagłych policzków, wypukłego czoła, i oświetlił je przelotnie..
Rażony światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i spuściwszy
głowę na piersi, zadumał się głęboko.

Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie dwa listy...

Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujący
mu szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalił go
w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.

Drugi, przepełnił miarę jeszcze!..

Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej
wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział
się Dzierżymirski o zdradzie Oli...

Chwili tej nie zapomni do grobu!..

Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami,
dusić go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach
dotkliwy ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany
prawie przybył pod stopnie marmurów katedry po ukojenie...

Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś,
powróciła mu samowiedza i względna równowaga umysłowa..

I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie myśli. Wzrok jego
machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów,
ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się
instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej
roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie
na kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy
świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i
złotem...

Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy...
usiłuje przeczytać je po raz wtóry...

Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem
łagodnie świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru,
jak mówią, największe na świecie całym.

Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie
świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach
- 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na
najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i
cieni...

Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie...

Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie
bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą zalewają mu duszę...

Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, dla zmysłowego upojenia -
dla szału!.. Zdeptała jego miłość, uczucia, oszukała go -
zapomniała!..

Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla
kobiety tej niegdyś uczynił!..

Ależ on dla niej przecież poświęcił wszystko!.. Siebie oddał!..
Swą cześć, uczciwość - sumienie!..

- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy jęk unosi
pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..

I milknie skarga...

A potem niezrozumiałego już coś coś tylko, niedosłyszalnego
poczynają naraz szeptać cicho do siebie Dzierżymirskiego usta.

Klęka i jakieś bóle i żale płynąć się zdają pod strop
milczącego tumu, biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają
się o statuy, rzeźby i pomniki - na kolana padają u ołtarzy - lecą,
tam, gdzieś wysoko... do Boga!..

Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym zostaje...

- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy francuskie
wtórują angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w ręku
przesuwa się tuż koło Romana garstka osób, z udanem znawstwem
oglądając wszystkie zabytki tumu.

Gwarząc wesoło, dzielą się turyści na dwie połowy. Jedna z nich
zmierza zobaczyć wnętrze kaplicy św. Karola Boromeusza, druga,
pobrzękując pieniędzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu
katedry, przy stoliku, postawionym we wnętrzu świątyni, na prawo, w
głębi, u wejścia do prowadzących tamże schodów.

Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. Na ulicy wskakuje do
dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz woźnicy.

Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place
targowe; starożytne kościoły i pałace... Ruch miejski wokoło
zmniejszać się poczyna i powóz wjeżdża niebawem w szeroką aleję,
gdzie, oprócz biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo.

W ślad za tem również roztwiera się perspektywa...

Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zieleń
świeża ramuje ją wdzięcznie. To już miasto umarłych, - jeden z
najpiękniejszych włoskich pomnikowych cmentarzy, medyolańskie
"Cimitero Monumentale."

Powóz podjeżdża bliżej nieco, Dzierżymirski wysiada i idąc
piechotą, kieruje się ku rysującej się teraz całkiem już wyraźnie
i okazale, cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli,
myśli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej
ludzie!.. Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko i z
samym sobą!..

Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski znajduje się niebawem
pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieżycami,
zamykającej z zewnątrz widok i wejście na cmentarz.

U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych promieni, na tle zieleni
gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w niebo dziesiątki
gotyckich wieżyczek, mauzoleów i pomników...

Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, skręca w lewo, a
wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych zadrukowanych
tabliczkach marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w ścianę
kolumnady, a oznaczających miejsce trumienek, z popiołami
nieboszczyków.

I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego czworoboku, widząc
zaś naprzeciw siebie mur, skręca, idąc wciąż jeszcze pod dachem
kolumnady, posłusznie, na prawo...

Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny Volonte, pełny
artyzmu, piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu...

Na ciało już oto martwe pięknego mężczyzny i leżące w pościeli
na łożu z kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w
szale rozpaczy, klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz
zmarłego... Całuje, pieści w zapamiętaniu ślepem, upojeniu
strasznem, bo ostatniego, a nieodwołalnego już pożegnania!..

Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła kolumnady, jest już na
cmentarzu.

Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją znaną, wiodącą ku
mogile matczynej.

Wkoło niego wznoszą się zewsząd wspaniałe grobowce: Verazzich,
Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych
włoskich rodzin i rodów. Pieścidełka kamieniarskiej, rzeźbiarskiej
i budowlanej roboty, mauzolea, w kształcie gotyckich kapliczek, z
pięknymi ołtarzykami, mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz
śliczne, odcinają się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po
wsze strony zaś, gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych
grobowych sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury
rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się wszędzie...
ból!..

Słońce, zniżające się już stopniowo coraz bardziej, złoci teraz
rzęsiście rój białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z
krawędzi odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale
imitowanej skały górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach
słońca, spogląda wyniośle dokoła wspaniały orzeł z bromu.

To odznaczający się od drugich oryginalnością pomysłu, grobowiec
Poggich...

Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba kobiety, o oczach,
pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w
ręku, na którym wyryte widnieją zapisy..

W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, zapłakana;
twarzy jej nie widać wcale - ukryta w dłonie. Cała postać wyraża
ból niezmierny.

W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski przystaje nagle...
W zamyśleniu - zbłądził... Oryentując się, zawraca, i ponownie
mija mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo
pięknego nader pomnika.

Na grób z marmuru rzucona duża kotwica; pod krzyżem siedzi na mogile
anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie twarzy, pogrążona w smutnem
zamyśleniu, z wieńcem w dłoni...

Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, wyrasta znów pomnik z
kamienia. Na wierzchołku jego, z rękoma wzniesionemi do góry, modli
się wielki Anioł, z pięknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu
klęczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym wdzięcznie, w ekstazie jakby
bólu, odziana cała w zwoje subtelnie odrzeźbionych koronek.

Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader
skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i klęka,
oparłszy głowę o zimny kamień pomnika Na grobie wyrzeźbiony
subtelnie w białym marmurze biust pięknej kobiety, oczyma wielkiemi,
pełnemi wyrazu, z odcieniem litości, czy bólu, patrzeć się zdaje
badawczo na pochyloną postać i głowę mężczyzny...

Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, momentalnie ukajać
poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego mu w mózgu, jedna po
drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, ustawiają rzędem w
symetryczną całość i niby ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą
się ze sobą, grupują...

I kara życia, nieubłagana, zimna, choć moralna tylko, staje
Dzierżymirskiemu teraz przed oczyma wyraźnie...

Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata pozostał bezkarnym;
był bogatym, wpływowym i wielkim, kłaniano mu się, żebrano jego
łaski, protekcyi.

Życie całe dotąd opromieniała mu Ola miłością swą, bez granic...

Posiadał skarb największy - kochał i był kochanym...

To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. Dzierżymirski, pod ciężarem
cierpienia, pochylił się w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się,
zmalał...

I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on równocześnie, co innego
jeszcze...

Przyszłość własną!..

On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on,
stojący na jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" -
niczem, sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a
wreszcie, - kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod
pręgierzem prawdy, tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy?

- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy
zaś jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z
wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z
wyraźnem współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa,
spogląda na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy
deszczu, ukrytych dotąd w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem
obliczu pięknej kobiety...

Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem...

I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami
litości i bólu.

A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby
twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a
dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili...

-  Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu
się wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt
niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów
urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje.

- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż że po tobie
odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem
twem wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który
zniweczył we mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i
upadłem tak nisko... tak... nisko!

Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w
żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów,
krew dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez
niezłomnych uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie...
Podeptałem wszystko... wszystko...

- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się
dalej Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy
ojca straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie
tej natury narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego
ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..

I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało,
półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy!

A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w białej rzeźbie
wzrokiem - odpowiadała mu, zda się również:

- Nie bluźnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!..
Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą duszę niezłomne zasady,
wzmacniałam twój umysł, twe serce! Nie miej żalu do mnie, me
dziecię!.. Popsuł się świat, co skala, zbruka niejedno swem
błotem!.. Zbłądziłeś...

A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, wijącego się wciąż u
stóp grobowca, w bólu i niepewności jutra, zaszeptały znów
rozpaczliwie, z cicha...

- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy czekają teraz ode mnie
wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, którego dać im, niestety, nie
potrafię. Cóż im powiem? co wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem?
Gdybym po wysiłku mózgowym i znalazł może przemądre nawet
rozwiązanie jakie, czyż nie takiem samem, nie do zniesienia piekłem,
stałoby się to moje jutro! - odpowiadały w duchu Romana: bezmierne
zniechęcenie i gorycz.

- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż dotąd, obawie skandalu, z
tajoną, tłumioną w duszy tajemnicą, bez miłości, bez niej, bez
Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z
siebie Dzierżymirski, z mocą. - Ja tak żyć nie potrafię!..

Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż w ramionach ciemny marmur
grobowca, milczącą snać już teraz z rodzicielką swą, a może i z
Panem Wszechrzeczy, prowadził on rozmowę.

Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia dłużej nie
zdołało już się ukryć - spazmem łkania wydobyło się na
zewnątrz!

Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął płacz męski, przejmujący,
głęboki i przykrem nader echem rozległ się dokoła.


**********************************************************


A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem "Campo Santo," w całem swym
majestacie zachodziło słońce...

Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki licznych kapliczek,
mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi i kraty
wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po
mozayce posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki,
kandelabry, posągi i piękne świętych obrazy...

Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą
blasków; ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu
cmentarza "Tempio di Crematione" gorzały pąsową grą światła...

A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników
ocknęły się po prostu jakby ożyły...

Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzeźbione,
przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną
chwilkę - na mgnienie!..

I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno -
nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież,
zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew
płynie, usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją,
płaczą, smucą się - myślą!..

Patrzcie... patrzcie!..

Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej na szczycie,
zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się
gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po
stopniach jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm
posągom, stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka,
ślicznotę, w którego dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A
tam, znów dalej, w innej stronie...

W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno,
szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w
trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta...

I tak dalej, i tak dalej...

Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów bolejących,
załamujących dłonie, tarzających się gwałtownie, czy też
pogrążonych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda
się, w cmentarnej ciszy nucą oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z
piersi jakby wyrzucają wszechogólny krzyk cierpienia!..

A promienie zachodu zniżają się tymczasem coraz bardziej...

Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć powoli zaczyna tam i
ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, stoją już w cieniach -
środkowe kąpią się jeszcze w ostatnich pożegnalnych drgnieniach
czerwieni i złota...

Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego wciąż w jednej i tej
samej pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, palą się w całej pełni
jeszcze dogasająco słońca blaski.

Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny,
wciąż szepcze coś niezrozumiałego do skąpanej w purpurze promieni
rzeźby z marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko łagodnym
szmerem poruszanych u drzew liści, drżeć głośniej znów skarga
poczyna.

- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gań!.. Ja
tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły moje!.. Wszak ja
jego, kochanka Oli - tłumaczy się dalej Dzierżymirski - jego, mego
wroga, zabić powinienem! A jakże ja to uczynię? Przecież oczyszczać
pojedynkiem nawet mego honoru nie mogę! - z goryczą w głosie, niby
żywej osobie, perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... -
Zrozum, mateńko!.. Nie... mogę!..

Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z beznadziejną rozpaczą,
mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, mateńko! bo honoru wszak ja...
sam... nie... posiadam!..

I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz mi to rzucić może,
jeśli się dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza
głośniej Roman nie żądaj tego ode mnie! - Ja, z piętnem pogardy na
czole, bez czci tych tłumów, które ujarzmiłem - żyć nie
potrafię!..

A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - bez jej uczucia żyć
- nie mogę!..

I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn zbolały, a po chwili
dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!!

Milknie Dzierżymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca,
pogrążywszy się w jakiemś półodrętwieniu głębokiem.

A wkoło niego tymczasem gaśnie już całkiem łuna zachodu... Jak
przed chwilą, niby dotknięte czarowną różdżką, ożywiały się
posągi z marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracają.

Położony tylko tuż obok Dzierżymirskiego symboliczny grobowiec
jaśnieje jeszcze... Na wpół różowy od blasków czerwonych,
blednieć oto właśnie coraz bardziej poczyna w tył przegięty,
eteryczny i wielki na grobie tym anioł z marmuru, o rysach przecudnych,
o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a postaci całej
wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu unosił
się, leciał...

Anioł patrzeć się zdaje na Romana, ze współczuciem, spod rzęs
spuszczonych, oczyma żyjącego jakby ducha. Nad urną, którą trzyma w
dłoniach i tuli do piersi i unieść z sobą jakby pragnie w zaświaty,
odrzeźbiony, palący się ognik płonie rzeczywistem światłem,
pieszczony ostatnim promyczkiem słońca!..

Wreszcie i on zupełnie gaśnie.

Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa się teraz
cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przesłania z wolna
wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki różanej, która ich znowu
przebudzi - zasypiają, symbole snu wiecznego, marmurowe rzeźby białe,
doczesną zda się tylko drzemką...

Stopniowo ścierają się zarysy posągów, kapliczek, mauzoleów...

Zmierzch  ciemnieje. Święcąc swój tryumf, a śmierć słońca po
coraz bardziej mrocznych zakątkach "Cimitero" cienie wieczoru pląsają
już obecnie swobodnie całkiem - drużyna ich weseli się, tańczy,
pusta, skracając godziny do przyjścia nocy-władczyni.

  Po pewnym czasie jednak staje się wśród tego grona jej paziów coś
  niewątpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem
  bawiących się cieni łączą się oto w jedną grupę, zwartem kołem
  otaczając któryś z licznych grobowców.

Obejmując ramionami krzyż i posąg marmurowy, klęczy tu nieruchomo,
zlewająca się prawie z pomnikiem, pochylona, biała sylwetka
mężczyzny... Cienie pochylają się ciekawie nad nią, dotykają jej
ciała, zaglądają w twarz, dziwnie bladą.

I raptownie szept jakiś trwożny przelatuje po szeregu paziów nocy...
Bezradni stoją wciąż gromadką, przelęknieni czemś jakby,
przejęci, cisi... Niektórzy z nich nawet załamują ręce, drudzy
kręcą z niedowierzaniem głowami - inni wpatrują się smutnie w
majaczącą postać ludzką.

Nagle koło ich rozprzęga się gwałtownie, milkną - pozostawiają w
zapomnieniu zupełnem pomnik i znajdującego się u stóp jego
człowieka. Momentalnie, szybko, ustawiają się składnie w dwa
szeregi, pochylają z gracyą i pokorą, szacunku pełną, w powitalnym
ukłonie...

To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniała z wyżyn na ziemię
zestąpiła właśnie w tej chwili, w czarnym swym płaszczu i w gwiazd
aureoli.

--------------

Poranek sierpniowy uśmiechał się tego dnia radośnie do tętniącego
zwykłym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósł on jednak w
powiewach swych, chłodniejszych już nieco i świeższych, zapowiedź
idącej wczesnej jesieni, tej czarownej, pięknej jesieni polskiej, tak
zadumanej zda się i marzącej cicho, po otulonych mgłami
płaszczyznach i tak pełnej porywającej sobą tęsknoty.

Na jednej z głównych ulic miasta uwijano się żwawo. Przechodnie,
wszyscy skwapliwie spieszący w jedną stronę, wymijali się
gorączkowo, dzwoniły tramwaje, dorożki turkotały głośno - lekko, z
cicha przesuwały się liczne, na gumowych kołach, ekwipaże i karety,
dążąc również w tymże, co i piesi, kierunku.

Niebawem jednak liczba jadących powozów poczęła się zmniejszać
stopniowo coraz bardziej, w końcu zaś ustała zupełnie.

Ulicę ruchu kołowego zamknięto. Ostatnie, zabłąkane dorożki
zawracano, zmuszając do natychmiastowego skręcania w pierwszą lepszą
boczną ulicę, a we względnej, panującej obecnie, uroczystej ciszy
rozlegał się tylko zgłuszony szmer licznych stóp idącej po
trotuarach gromady ludzkiej.

Pół-milczenie to dyskretne trwało dobre pół godziny.

Wreszcie z wieżyc jednego z pobliskich kościołów odezwały się
poważnie i rzewnie żałobne dzwony i smutne - zabrzmiały donośnie.

Ruch powstał na chodnikach... Zbierano się grupami, przystawano,
policya i żandarmi na koniach poczęli czynić porządek, niebawem zaś
w perspektywie wielkomiejskiej, opustoszałej środkiem ulicy, ukazał
się kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach
domów zaroiło się od widzów ciekawych...

Z kilkunastoma księżmi i licznym klerem, żałobny korowód przesuwać
się zaczął z wolna aleją.

Ramowały go wdzięcznie niewinne główki idących regularnie rzędami
chłopaczków i dziewczynek - a wychowańców z licznych miejscowych
ochronek, zakładów dobroczynnych - za trumną zaś okazałą,
złożoną na bogatym sześciokonnym karawanie i jadącymi w ślad za
tem, uginającymi się od wieńców, żałobnymi wozami, postępował
tłum niezliczony - kołysało się morze głów ludzkich...

Hen! daleko zaś, poza ciżbą, ginąc gdzieś w perspektywie ulic
miasta, lśnił się w promieniach słońca sznur powozów i karet.

Wśród uczestniczącej w pogrzebie rzeszy rozlega się stłumiony gwar
ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zaś ustach było teraz
jedno tylko imię!

Bez zmazy i skazy wobec świata zeszedł do grobu - Roman
Dzierżymirski.

W ostatnich dniach lipca społeczeństwem miasta, w którem żył,
pracował, któremu na różnych polach działalności przewodził,
wstrząsnęła wiadomość niespodziana, zakomunikowana przez gazety.
Telegramem mianowicie doniesiono lakonicznie o śmierci prezesa
Dzierżymirskiego, we Włoszech, w Medyolanie, na grobie matki, z
anewryzmu serca. Powodem nagłego zgonu było, jak mówili jedni, silne
wstrząśnienie moralne i bolesna wiadomość z kraju, jak utrzymywali
po cichu inni - straty poważne, czysto finansowej natury i położenie
bez wyjścia!..

Ciało sprowadzono do kraju i dziś oto to same miasto, któremu
Dzierżymirski tak wiele zasłużył się za życia, oddawało byłemu
przodownikowi ostatnią posługę.

Stawiły się wszystkie sfery i stany - wszyscy zaś z niekłamanym
żalem, szli obecnie za trumną człowieka, z którego śmiercią,
zdaniem ogólnem, ubywała miastu i krajowi nawet poważna społeczna
siła...

A dość było posłuchać tylko uważnie tam i ówdzie co mówiono o
zmarłym, by przekonać się, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie
był ten żal po nim!

Jednogłośnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny
prezesa Dzierżymirskiego, poświęcenie dla ogółu, zdolności, rozum,
szlachetność i energię - jednobrzmiąco ubolewano nad stratą jego
niepowetowaną! Czasami, naturalnie, wplątała się i tu fałszywa
gdzieniegdzie nuta, lecz ginęła natychmiast w akordzie powszechnego
uwielbienia i żalu z przedwczesnego zgonu, tak zasłużonego
społeczeństwu człowieka...

Z trudnością przeciskając się pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na
chodnikach, wspaniały pogrzebowy korowód oddalał się tymczasem
stopniowo w perspektywie ulicy, - wreszcie księża, karawani i
dążące za trumną tłumy skręciły w lewo, i po pewnym czasie
znikły...

Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywrócono ruch natychmiast. Z
bocznych ulic wysypały się dziesiątki zatrzymanych dotąd pojazdów,
potoczyły się, dzwoniąc, ponownie tramwaje, zadudniły dorożki,
omnibusy - do spowodowanych ściskiem wypadków kilku, wpadło na
ruchliwą arteryę grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na
trąbce pobudką torując sobie drogę!

Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bezpowrotnie. Szerokiem
korytem życie brutalnie deptało śmierci widmo - w codzienną szatę
gorączka codziennego bytu przyoblekło się wszystko dokoła.

Na ustach tylko, snujących się po trotuarach przechodniów, biernych
widzów żałobnego konduktu, błąkało się jeszcze nazwisko
Dzierżymirskiego, roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem,
a korzystając z chwilowego nastroju publiczności, sprzedawać poczęli
z powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i życiorysem
zmarłego.


*************************************************



Minął rok czasu...

Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzał
cmentarz miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły się na nim.
Poukładane wzorzyście paliły się na bogatych grobach i ubogich
mogiłkach kolorowe lampiony, kwiaty i wieńce stroiły umarłych
zakątek...

Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie było żywej
duszy. Przy innych formalne odbywały się zebrania. Środkiem zaś
ulicy wystrojony, "szykowny", a przeważnie bezmyślny, wśród
dowcipów brukowych, wygłaszanych donośnie, spacerował tłum
ciekawskich obojętny.

Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym pomniku postać schylona,
zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na skromnej mogiłce, w
bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała cicho jakaś kobiecina,
gdzie indziej znów klęczący syn, czy mąż, samotny, modlił się,
lub nie widząc nic zgoła, nie słysząc, zapatrzony w ból własny -
połykał łzy.

W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła młoda para, pochylona
wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka mijając obojętnie
groby, a pomiędzy innymi i mogiłkę jedną darniową, skromniutką...
Zapłakana dziewczynina kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie
rączkami, klęczała na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili
z jedyną zapaloną, a gasnącą za każdym podmuchem wiatru,
świeczką, którą, wespół z dziesięciogroszowym z choiny
wianuszkiem, i białym wielkanocnym barankiem - ustroiła grobek matuli.

Od żebraków, bab i dziadów, mruczących modły, zawodzących
żałośnie, roiło się na cmentarzu.

Co chwila ktoś z publiczności zbliżał się do nich i dając
jałmużnę, dodawał: - Za duszę nieżyjącego Piotra, Maryi i.t.d.

- Litości godna osobo! - skarżył się głośno żebrak stary,
wyciągając dłoń kościstą do przechodzących właśnie aleją
trzech ładniutkich podlotków, rozmawiających wesoło.

- Czekajcie! - do rówieśnic odezwała się żywo jedna z panienek,
zatrzymując się przed dziadem. - Dam mu, niech się pomodli za duszę
mego pana Stanisława...

- Ależ kiedy on żyje! po co? - zadziwiła się naiwnie najmłodsza z
trójki.

- Ha-ha-ha! - zaśmiała się pierwsza serdecznie, - a cóż to szkodzi,
niech się tam za niego, grzesznika, pomodli!..

I wręczając następnie dziadowi szóstaka, rzekła: - Macie, dziadku,
za Stanisława!..

- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista
niechaj mu świeci! - zaintonował żebrak uroczyście.

Śmiech rozległ się w alei; koncept podobał się figlarnej trójce, a
kilka babek i dziadów, znajdujących się w pobliżu, skorzystało na
tem, bo obdzielono ich groszakami na tąż samą intencyę. Pan
Stanisław został za życia pogrzebanym, modlono się już z góry za
niego, a pusta, niefrasobliwa młodość, nie znająca zapewne jeszcze,
co to ból prawdziwy i żal po drogiej sercu stracie - poszła dalej,
śmiech zaś jej srebrzysty odbił się raz jeszcze na zakręcie alei o
ukryty w drzew cieniu pomnik okazały.

Na wysokiej kolumnie z połyskującego marmuru widniał jakiś posąg
stojącej osoby... Na grobowcu nie było żadnego kwiatka i żadnych
świateł... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stał on ciemny na
uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzący się tylko blask
lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sąsiedni, rzucał nań
niepewne, dalekie światło. W półświetle tem, kto znał za życia
Romana Dzierżymirskiego, z łatwością mógł go poznać teraz w
stojącej rzeźbie z marmuru.

I idącego przechodnia przykuwało do miejsca zdziwienie nagłe.

- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi świateł,
blasków tysiąca, dających tak wymowne i chlubne świadectwo, że
żywi pamiętają jednak o umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już
zapomniano?.. Czyż to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym,
żeby wykreślał z pamięci jednostki, tak głośne za życia - tak
możnowładne!...

I dziwił się przechodzień... Dziwił się w dalszym ciągu naiwnie,
nie zdając sobie sprawy z tego pewnika życiowej ironii, która prawem
"teraźniejszości" się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia
tylko żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując pyłem
zapomnienia.

I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy przybliżał się do grobowca,
z trudnością odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony
mimo woli nad nietrwałością doczesnego bytu.

Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał ludzi niesłusznie. Bo los
szyderca, któryby może i rzeczywiście starł u świata wspomnienie
innego, prawdziwie i wszechstronnie zasłużonego człowieka,
niezbrukanego życiem, czystego - okazał się łaskawszym jednak, dla
ubranego w togę pozorów moralnego wykolejeńca!

W kwadrans później, trzy osoby, oglądające się wokoło, skupiły
się przed grobem Dzierżymirskiego. Wkrótce, tamże zjawił się
również mężczyzna, z kobietą młodą dość jeszcze i garstką
dziatek.

Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklękli oni
niebawem wszyscy...

Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński Herman, z
rodziną.

Młody głosik dziewczęcy pierwszy przerwał nieśmiało milczenie
cmentarnego zakątka. Silny, jędrny zawtórował mu głos męski i
szept otaczających...

Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, śmiechu i
płaczu - popłynęła z serc wdzięcznych za duszę zmarłego
modlitwa!..

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych wstydzić się już nie
potrzebował przed innymi - wspaniały grobowiec prezesa
Dzierżymirskiego.

Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie palmy i świeże kwiaty... W
krzyż ułożonych różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu
oko i skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił
się podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis złocisty,
złożony z samych tytułów i godności...

I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała zarówno teraz
wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, młodego jeszcze
mężczyzny.

Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie biały, stał on i
patrzył zamyślony! Na ustach z kamienia błąkać się zdawał
dyskretny uśmiech zwycięskiej ironii...

A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi
literami, rzucały się w oczy te oto wyryte słowa:


Uczciwy, szlachetny i prawy,
Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal życie całe -
Nagrodź go, Panie!..





*** End of this Doctrine Publishing Corporation Digital Book "Ironia Pozorów" ***

Doctrine Publishing Corporation provides digitized public domain materials.
Public domain books belong to the public and we are merely their custodians.
This effort is time consuming and expensive, so in order to keep providing
this resource, we have taken steps to prevent abuse by commercial parties,
including placing technical restrictions on automated querying.

We also ask that you:

+ Make non-commercial use of the files We designed Doctrine Publishing
Corporation's ISYS search for use by individuals, and we request that you
use these files for personal, non-commercial purposes.

+ Refrain from automated querying Do not send automated queries of any sort
to Doctrine Publishing's system: If you are conducting research on machine
translation, optical character recognition or other areas where access to a
large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the use of
public domain materials for these purposes and may be able to help.

+ Keep it legal -  Whatever your use, remember that you are responsible for
ensuring that what you are doing is legal. Do not assume that just because
we believe a book is in the public domain for users in the United States,
that the work is also in the public domain for users in other countries.
Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we
can't offer guidance on whether any specific use of any specific book is
allowed. Please do not assume that a book's appearance in Doctrine Publishing
ISYS search  means it can be used in any manner anywhere in the world.
Copyright infringement liability can be quite severe.

About ISYS® Search Software
Established in 1988, ISYS Search Software is a global supplier of enterprise
search solutions for business and government.  The company's award-winning
software suite offers a broad range of search, navigation and discovery
solutions for desktop search, intranet search, SharePoint search and embedded
search applications.  ISYS has been deployed by thousands of organizations
operating in a variety of industries, including government, legal, law
enforcement, financial services, healthcare and recruitment.



Home