Home
  By Author [ A  B  C  D  E  F  G  H  I  J  K  L  M  N  O  P  Q  R  S  T  U  V  W  X  Y  Z |  Other Symbols ]
  By Title [ A  B  C  D  E  F  G  H  I  J  K  L  M  N  O  P  Q  R  S  T  U  V  W  X  Y  Z |  Other Symbols ]
  By Language
all Classics books content using ISYS

Download this book: [ ASCII | HTML | PDF ]

Look for this book on Amazon


We have new books nearly every day.
If you would like a news letter once a week or once a month
fill out this form and we will give you a summary of the books for that week or month by email.

Title: Jeden miesiąc życia - utwory prozą
Author: Bruner, Ludwik, 1871-1913
Language: Polish
As this book started as an ASCII text book there are no pictures available.
Copyright Status: Not copyrighted in the United States. If you live elsewhere check the laws of your country before downloading this ebook. See comments about copyright issues at end of book.

*** Start of this Doctrine Publishing Corporation Digital Book "Jeden miesiąc życia - utwory prozą" ***

This book is indexed by ISYS Web Indexing system to allow the reader find any word or number within the document.



JAN STEN


JEDEN MIESIĄC
ŻYCIA


UTWORY PROZĄ:

JEDEN MIESIĄC ŻYCIA. HAMLET. PRZYSIĘGŁY.
SPOTKANIE. W PEŁNEM SŁOŃCU. PIERWSZY
WIERSZ. TRZY DUSZE.



    KRAKÓW
    NAKŁADEM WYDAWNICTWA KRYTYKI
    SKŁAD GŁÓWNY GEBETHNER I S-KA
    1900



JEDEN MIESIĄC ŻYCIA.


Jeden miesiąc życia.


_Paryż, dnia 10 grudnia._

Kochana Wandziu, nie pisałem do Ciebie przez kilka pierwszych dni po
przyjeździe; spodziewam się, że nie masz mi tego za złe i rozumiesz, żem
doprawdy czasu na listy nie miał. Chodziłem już ogromnie dużo i
pobieżnie zwiedziłem prawie całe miasto. Nie będę Ci tego opisywał, bo
wiesz, że nie lubię się nad takiemi rzeczami rozwodzić. Od dwóch dni
jestem zainternowany w domu, bo przyplątał mi się ohydny katar z bólem
głowy i całym szeregiem innych roskoszy; wszystkiemu winien tutejszy
miły klimat. Kiedym przyjechał przed tygodniem, było coś koło 0°,
później nagle podskoczyło do 20° i jest znowu najzupełniejsza wiosna.
Uwięzienie w domu jest mi tem przykrzejsze, że mieszkam dotąd u
Turskiego, a jego pokoik jest tak mały, iż trudno się we dwóch tutaj
obrócić. Rozumiesz, jak to drażni, gdy za każdym ruchem w dosłownem
znaczeniu tego słowa trzeba o coś potrącać; a mebli znów nie jest tak
wiele: łóżko, stół, półka na książki, umywalnia i nieodzowny tu zawsze
kominek--marmurowy, szykowny,--na którym się nigdy nb. nie pali.

Turski nie wiele się zmienił od tego czasu, kiedy przychodził do mnie w
Warszawie. Nie urósł, nie zmężniał, taksamo zawsze łagodny i spokojny,
że tą powagą do rozpaczy przyprowadzić może. Zastałem go w usposobieniu
o wiele weselszem, niż to z jego listów wnosić można było. Sądzę, że
dużo przesadzał, choć doprawdy bieda rzeczywiście dawała mu się we
znaki. Czy miał jakie inne zgryzoty jeszcze, nie wiem. Kilkoletnie
oddalenie okropnie nas rozłączyło jednak: stosunki są najprzyjaźniejsze,
ale skrępowane jakieś i sztuczne. Ostatecznie, może mi się tylko źle
zdaje i z biegiem czasu przyzwyczaimy się do siebie, choć wątpię, czy
dojdziemy kiedykolwiek do takiej zażyłości, w jakiej byłem w ostatnich
czasach z Bolesławem. Oczywiście, ten nie pisał do mnie i nie wiem
zupełnie, co się z nim dzieje.

Z dawnych znajomych prócz Turskiego jest tu jeszcze Poliński; przyjechał
coś miesiąc przedemną i miał już zabrać się do pracy, ale nic nie robi
dotąd; chodzi po mieście i uczy się niby po francusku. Poznałem kilka
osób nowych, przeważnie studentów, którzy się stołują w tej samej, co
my restauracyi--nb. podłej, która tylko dla tego do cna nas nie struje,
że daje porcye mikroskopowo-homeopatyczne. Byliśmy też z wizytą u dwóch
»koleżanek«--ma to pewien swój urok, choć o tej szpetocie, nie widząc,
trudno mieć pojęcie. Te, których nie znam jeszcze, mają być nie lepsze.

Wobec stanu mego nosa i gardła, nie wiem, czy uda mi się wziąć do roboty
przed Nowym Rokiem. Turski opowiada mi niestworzone rzeczy o
trudnościach, które przezwyciężyć trzeba, aby się gdziekolwiekbądź
dostać; taki ma być natłok po wszystkich pracowniach. Pewno przesadza,
jak zawsze. Chociaż do nauki Paryż nie jest stosownem
miejscem--zwłaszcza dla nas barbarzyńców. Taki tu wir, gwar, taka moc
rzeczy nowych, których się nie widziało, takie mnóstwo rozrywek,
znajomości, że trzeba żelaznej woli, aby nad sobą odrazu zapanować i do
pracy się zaprzągnąć. Zdaje się, że moja »żelazna« wola będzie
pochodziła z braku »złotej« monety. Niestety, tylko takie alchemiczne
cuda dziś się dzieją. A Paryż jest drogi piekielnie. Tu się czuje ten
dreszcz złota.

--Muszę urwać ten list, bo przyszedł właśnie Turski z Polińskim i
postanowili mię wyciągnąć z wizytą do jakiejś nowej koleżanki, która
przed tygodniem tu przybyła z Lublina; mieszka jeszcze na drugim końcu
Paryża na Montmartre. Turski zaręcza, że podróż na Montmartre jest
najlepszym środkiem na katar. Kończę więc--bo i tak już nic nie mam do
doniesienia i proszę Cię, abyś odpisała natychmiast.

    Twój brat

        _Jan_.

Adres: Rue de la Sorbonne 5.


_Dnia 12 grudnia._

Nie rozumiem, czemu się Turski tak zachwycał tą lubelską koleżanką.
Zdaje się, że szło mu o to, aby mię wyciągnąć z domu i samemu później
nie wracać. Wcale nie jest ładna, choć rzeczywiście ma miłą, dobrą
twarz, a że jest samotna jeszcze i nie ma znajomych, przyjmuje nas z
otwartemi ramionami. Byliśmy tam i wczoraj, gdyż ona lęka się chodzić po
Paryżu sama, choć umie nieźle po francusku. Oprowadzaliśmy ją po
mieście, i to byłoby znośne, gdyby nie trwało zbyt długo. Zabawna
dziewczyna: przyjechała niby studyować medycynę; zaprowadziliśmy więc ją
najpierw do szkoły medycznej, do prosektoryum. Rzeczywiście panuje tam
straszny zaduch, bo sala jest mała i źle przewietrzana. Stoły drewniane
i niepodobna nigdy porządnie ich oczyścić. Rozćwiertowany trup sprawił
na niej tak straszne wrażenie, że trzeba ją było czemprędzej
wyprowadzić. Przez kilka godzin nie mogła się uspokoić. Postanowiła też
odrazu, że porzuci medycynę i przeniesie się do Sorbonny na nauki
przyrodnicze. Ja radziłem jej, żeby się wstrzymała z zapisem, bo
panieńskim zwyczajem skończy zapewne na literaturze.

Jutro, jako człowiek jeszcze bez zajęcia, umówiłem się, że pójdę z nią
załatwiać sprawunki. Musimy wyszukać nowe mieszkanie dla niej w
dzielnicy studenckiej, kupić meble i tysiące innych drobiazgów. Nie
miałem wielkiej ochoty na ten spacer, bo niewiele mam już pieniędzy, ale
niepodobna było się wymówić.


_Dnia 16 grudnia._

Dobrze, że Turskiego nie było już w domu, kiedym powrócił. Byłby to
koniec naszej znajomości i przyjaźni. Jestem na niego tak zły, że gdybym
się nie wstydził sam siebie, wyrządziłbym mu chętnie jaką przykrość. Zły
jestem tem więcej, że ta cała tak drobna w istocie rzeczy sprawa, tak
mocno mię obeszła. Do wielu zawodów przybył jeszcze jeden; dlaczegóż ten
właśnie gniewa mię więcej od innych? Trzeba raz na zawsze pamiętać, że
wyzysk jest pierwotną zasadniczą formą, w której się odciskają wszystkie
na świecie stosunki.

Zimne ciało pochłania z gorętszego ciepło, elektryczny ładunek znika
rozszarpany przez sąsiadów. Tu rabunek trwa jedną chwilę; ale wśród
ludzi, którzy sami mogą się nanowo rozgrzewać i elektryzować, wyzysk ten
przeciąga się żywiołowo, bez końca. Jakikolwiek stosunek wziąć, zawsze
jedna strona kocha więcej, druga więcej korzysta. Tak chce fizyka.

Tylko po co ten fałsz: narzekania w listach, skargi na samotność
duchową, prośby, abym przyjechał. Dlaczego kłamać przed innymi i przed
sobą, dlaczego łudzić się nazwami uczuć, których nie ma? Gdyby nie
nazwy, które są symbolami, uczucia nasze nie różniłyby się wiele od
uczuć ślimaka lub pająka.

Wczoraj nie miałem najmniejszej ochoty wychodzić wieczorem po obiedzie.
Niezupełnie pozbyłem się jeszcze bólu głowy. Chciałem zresztą pomówić
trochę z Turskim, bo w istocie rzeczy nie wiem, co on robi, nad czem
pracuje, jakie są jego plany. Tymczasem Turski uparł się koniecznie, aby
iść odwiedzić Zaleską, tę nową lubelską koleżankę--»bo ona jest sama i
potrzebuje życzliwej opieki i towarzystwa«. Namawiałem go, żeby został,
ale on uparł się dlatego, że z »zasady nie zmienia swych postanowień«.
Czy taki koźli upór nie może do rozpaczy doprowadzić? Naturalnie i ja
się zaciąłem, dysputa stała się ostrą. Turski wyszedł, trzasnąwszy
drzwiami, a ja zostałem sam. Byłem tak zirytowany kłótnią, że niepodobna
mi było czemkolwiek się zająć; zresztą, jak czytać przy lampie, w której
zabrakło nafty! Ogarnęła mię taka złość, jakgdyby Turski naumyślnie był
mię zostawił bez światła. Położyłem się na łóżku, lecz nawet z bólem
głowy niepodobna zasnąć o dziewiątej. Cisza jest tu straszna, bo okno
wychodzi na podwórze, a w domach francuskich ogromnie spokoju pilnują.
Tuż obok huczy gwarem i krzykiem Boul-Mich, a w tym pokoju nawet mysz
nie zaskrobie. Zdjął mię jakiś niemiły lęk, dziwne wrażenie, które
obiega po całej skórze i zewsząd w głąb się przeciska.

Zdawało mi się, że lada chwila drzwi się usuną i będzie można spojrzeć w
ciemny, długi korytarz, w którym zwykle okropny przeciąg wieje.
Gdziekolwiekbądź próbowałem patrzeć, po chwili musiałem zwracać oczy,
aby się przekonać, że drzwi są jeszcze--choć czyniłem to bez strachu. I
znosić to wszystko dlatego, że Turskiemu podobało się odwiedzać na
Montmartre głupią pannę i wypalać naftę do ostatniej kropli!!

Nie mogłem wytrzymać dłużej w mieszkaniu i wyszedłem na miasto. Wszędzie
tłok i wrzawa, kawiarnie przepełnione; mimo chłodnego wieczoru wszyscy
siedzą na ulicy, wszędzie porozstawiane stoliki, między którymi
przesuwać się trzeba. Doszedłem do Sekwany, przyglądałem się
różnobarwnym światełkom nanizanym, jak paciorki, na jej brzegi, ale
rozdrażniała mię ta ciemność i zawróciłem na Boul-Mich. Chodziłem bez
celu znudzony i zły na samotność, którą najgorzej odczuwa się w tłumie.
Wreszcie po jedynastej spotkałem Polińskiego: wracał z Folies Bergéres;
był zachwycony, bo widział wystawę przepysznych ciał, które przecież nie
jemu się dostaną. Ale przeciętny człowiek jest już z urodzenia altruistą
i gdy nie ma własnej, cieszy się rozkoszą cudzą. Przecież gdyby radość
bliźniego nas bolała, to w takim Paryżu, gdzie jest tyle do wzięcia, że
ciągle czegoś sobie odmawiać trzeba--jutro nie byłoby nic, prócz mordu i
pożogi. Poliński nie był jednak doskonałym altruistą, bo zapragnął
czegoś i dla siebie i namówił mię, abyśmy poszli »na piwo« do Café
d'Harcourt. Mnóstwo studentów i drugie tyle dziewczyn »étudiantes«, nb.
o wiele ładniejszych od tych prawdziwych »studentek«, których my do
Paryża dostarczamy... Poliński odnalazł jakąś znajomą swoją Jeanne, ta
sprowadziła swą koleżankę »Gabrielle« i zaczęliśmy się bawić--po
francusku t. j. gadać tysiące głupstw w mniej lub więcej swobodnej
pozie, popijając kufelkiem piwa. Potem biegaliśmy po bulwarze,
śpiewając: »ce n'est pas de la merde ça, c'est du chocolat«, potem
rozeszliśmy się parami... Potem wróciliśmy do domów każdy oddzielnie,
unosząc wspomnienie, a zostawiając dwa luidory, które nas »cet amour«
kosztował. »Cet amour« gdyż to tutaj w potocznym języku nazywa się
miłością; taksamo jak to, co u nas jest ordynarnem przekleństwem, tutaj
zwie się »pocałunkiem«. To jest potęga kultury, ale my barbarzyńcy tak
nie umiemy się bawić. Tak długo śpiewano nam o świętości uczucia, że
przynajmniej rozpusta musi być dla nas dzikszą, bardziej szaloną i
bardziej rozpasaną. Cośmy wyprawiali w Warszawie z tą Mańką modelką... I
bawić się na trzeźwo--nie umiemy także, a tu się nie upija nikt.

Gabrielie jest wcale przystojna, i gdybym był więcej zmysłowy,
powinienbym być zadowolony z tej świeżej znajomości. Wątpię jednak, czy
ją odnowię, bo... cena. Wobec tego, co ma przeciętny student-Francuz, my
jesteśmy nędzarzami.

Tymczasem korzystam z nieobecności Turskiego, aby zapakować rzeczy i
książki, bo dziś lub najdalej jutro chcę stanowczo od niego się
wyprowadzić. Gdybym to robił przy nim, zacząłby mię napewne zatrzymywać,
boby mu się zdawało, że jestem zagniewany i nic chcę dłużej jego
gościnności. Ostatecznie miałby może racyę, ale nie chcę, aby to po mnie
poznał. Właściwie są to tylko drobnostki: nie rozumiemy się już tak,
jakeśmy się rozumieli i znali dawniej; oto cała sprawa.



_Dnia 18 grudnia_.

Przechodząc koło Sorbonny, spotkałem wczoraj Zaleską. Robiła mi wymówki,
dlaczego nie byłem u niej razem z Turskim. Pytała o Turskiego, ale nie
mogłem jej nic powiedzieć, gdyż wyprowadziłem się od niego jeszcze dzień
przedtem, i od tej chwili go nie widziałem. Zaproponowała mi, aby pójść
z nią do teatru, bo jest już późno, a nie wie, gdzieby Władka Turskiego
znaleźć mogła. Zgodziłem się chętnie, bo chciałem widzieć teatra
paryskie, a sam długobym się namyślał, aby się na wielkie bulwary
wybrać. Poszliśmy do Renaissance, gdzie grywa Sarah Bernhardt. Widziałem
już niejedną aktorkę--i Modrzejewską i Duze, ale żadna z nich mierzyć
się z nią nie może. Przepyszny glos: miękki, potoczysty, melodyjny.
Mogłaby stać bez ruchu i mówić tylko, a byłaby to już nieporównana gra.
Najpierwsza aktorka świata.

Moja towarzyszka, jak prawdziwe dziecko barbarzyńców, wpadła w taki
zachwyt, że musiałem ją wciąż powstrzymywać, aby zachowywała się
spokojnie i nie przeszkadzała sąsiadom.

Po spuszczeniu zasłony była jakby nieprzytomna: gwar i huk bulwarowy
odurzył ją do reszty; niezmiernie zabawny miałem widok. Uparła się, żeby
wziąć ją w pół, pod pachę, jak zwykle chodzi się z »etudiantkami«, i
pójść z nią przez bulwary. Zaprowadziłem ją do Café Riche: olśniło to ją
do reszty.

Przechadzka taka jest wcale przyjemna, przyjemniejsza może niż ta sama
rozrywka z Gabryelą. Za to brak zakończenia. Cóż robić...


_Dnia 19 grudnia_.

Kochana Wandziu, list ten piszę do Ciebie już z nowego mieszkania; od
trzech dni mieszkam już sam, na rue des Ecoles 1. 72. Mam ładny pokó; na
czwartem wprawdzie piętrze, ale za to widok na cały plac przed Collège
de France prześliczny. Pokój ustronny, cichy, doskonały do pracy, ale
nie wiem zupełnie, jak ta praca pójdzie. Wstęp do wszystkich bibliotek
już uzyskałem i o ilem przejrzał pobieżnie katalogi, znajdę tu mnóstwo
materyałów do wszystkich robót, które rozpocząłem. Zaraz po świętach,
spróbuję zmusić się do systematycznych zajęć, choć nie wierzę w ich
rezultat.

Pytasz mi się, czy piszę co obecnie i czy wykończę tę powieść, które;
urywki Ci czytałem. Odpowiedź, znając mnie, zgadujesz dobrze. Niestety,
nie piszę nic... prócz pamiętnika. Ale pochodzi to nie tyle z braku
czasu--jakeś wywnioskowała z pierwszego mego listu--ile z braku chęci,
zapału i poprostu--mocy. Przechodzę jakieś dziwne osłabienie duchowe;
chwilami zdaje mi się, że wszystko się rozsypuje we mnie; taka próżnia
tworzy się w myślach. Nie wiem, czy to jest skutek tego, żem się wyrwał
z otoczenia, w którem wzrosłem i do którego przywykłem--ale Paryż
szalenie mię przygnębia. Tu gdzie wszystko tryska namiętnością, szałem,
przepychem, wszystko wre, krąży i huczy, gdy się czuje dreszcz, który
przenika i pali te trzy miliony istot ludzkich--wtedy nie można znieść
tej myśli, że się nie ma nic, nic zupełnie. Nietylko o majątku mówię;
ale czem jest to wszystko, co czułem lub czuć mogę, wobec ogromu, co tu
na okół mnie szumi... Gdy chodzę czasem wieczorem po ulicach, to
poczucie obcości, znikomości tak mię przeraża, że szarpałbym palcami
kamień, aby rysę w nim wyżłobić, ślad jakiś, żem istniał.

Dobrze, żeś mi na święta nic nie przysłała, bo tu jest mnóstwo utrudnień
celnych, i miałbym tylko kłopotów i wydatków bez liku. Święta
prawdopodobnie spędzę w domu: tu nie obchodzą Bożego Narodzenia tak
uroczyście, jak u nas. Na Wiliją mam dwa zaproszenia: jedno do panny
Zaleskiej, naszej koleżanki, o której bodaj, że ci wspominałem w
uprzednim liście; drugie--do doktora Korzyckiego, który tu od dziesięciu
przeszło lat jest osiedlony i zwykle zbiera u siebie na Wiliją
towarzystwo polskie. Tam w każdym razie nie pójdę, bo nie lubię
towarzystwa zupełnie obcych ludzi. Najchętniej rzeczywiście zostanę w
domu.

Nie piszesz mi nic o zdrowiu swojem: zwykle zmiana pory roku Ci szkodzi,
zwłaszcza, gdy przy tych słotach biegasz za lekcyami. Nie czytałem dawno
»Kuryera«; nie wiem więc, jaka u was pogoda. Tu wiosna bez ustanku:
sypiam przy otwartych oknach.

Odpisz mi jaknajrychlej, bo jestem zawsze niespokojny, kiedy zbyt długo
nie ma od Ciebie wiadomości. Pisząc zrobisz miłosierny uczynek, bo
wierzaj mi, że Paryż nie jest dla mnie dotąd wcale obiecaną ziemią
wesela i rozkoszy. Przypominam Ci nowy adres (rue des Ecoles 1. 72).

    Twój _Janek_.

  Na Wiliji będziesz u wuja?


_Dnia 21 grudnia._

Po co ja wczoraj ten list do siostry wysłałem? Nie pamiętam już
dokładnie, com napisał, ale napewne za dużo. Chyba po to wspominałem
jej o tem rozdrażnieniu i przygnębieniu, aby dręczyć to
najszlachetniejsze i jedyne zapewne przywiązanie, którego doznałem.
Miłość matki ma w sobie zawsze coś zwierzęcego, jak przywiązanie samicy
do płodu; miłość kochanki--to maniackie zaspokojenie potrzeby; miłość
siostry dopiero jest świadomem, prawdziwie ludzkiem uczuciem, którego
żadne inne zwierzę nie zna, choć wszystkie płodzą się i przyjaźnią.
Rozumiem, dla czego we wszystkich pierwotnych mytach ludzkości występuje
zawsze związek brata i siostry, jako naturalne, jakby od przyrody samej
przeznaczone stadło.

Jestem przekonany, że list mój zmartwi Wandę do żywego. Gotowa sobie Bóg
wie co o mnie wyobrażać. Ostatecznie wprawdzie nie skłamałem o swojem
rozdrażnieniu, ale w każdym razie bardzo przesadziłem, bo w ogóle
przecież czas upływa mi dość przyjemnie. Jestto mała, obrzydliwa
nikczemność, bawiąc w Paryżu, dręczyć biedną dziewczynę pisaniem
podobnych listów. Tym głupsza, że bezcelowa.


_Dnia 22 grudnia._

Dziś rano przyszedł do mnie Turski po raz pierwszy. Przepraszał mię
bardzo, że wcześniej przyjść nie miał czasu, gdyż przygotowywał się do
egzaminu i nawet wieczorem przesiadywał się do egzaminu i nawet
wieczorem przesiadywał w bibliotece. Do naszej zwykłej restauracyi też
nie mógł przychodzić, gdyż musiał towarzyszyć Zaleskiej na obiady, a
tam, gdzieśmy się stołowali, kobietom bywać nie wypada. Na tem rozmowa
się urwała, gdyż właściwie nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia.
Wreszcie Turski przypomniał mi, że jestem na Wilią proszony do
Zaleskiej, ale że za to muszę przyjść dziś do niej popołudniu
pomagać--jako dragoman--w kupowaniu zapasów, i jako tragarz--w
przynoszeniu ich do domu. Turski prosił mię, abym idąc tam wstąpił po
niego, gdyż nie mając zegarka, mógłby się łatwo zasiedzieć i spóźnić. Z
zachowania się Turskiego mogłem wnosić, iż zupełnie nie zdaje sobie
sprawy, jak bardzo mię raził nasz dzisiejszy stosunek tak różny od
dawnej przyjaźni. Rozdrażnienie moje tłomaczył sobie, jako kaprys
wywołany kaszlem i katarem. I mnie dziś ten stosunek nasz mniej drażni,
skoro rozstaliśmy się i widujemy się o tyle rzadziej. Ostatecznie,
wszystko jedno.

Popołudniu, wybraliśmy się, jak było umówione, po sprawunki. Pierwszy
raz byłem u Zaleskiej w jej nowem mieszkaniu, już w naszej dzielnicy.
Przyzwyczaiła się trochę do Paryża, do życia tutejszego i nowych nieco
dla niej stosunków koleżeńskich. Do Wilii nie czyni się tu wielkich
przygotowań i nie ma też w sklepach takiego niemiłosiernego tłoku, jak
u nas: można więc było swobodnie rozmawiać. Jest to sympatyczna
dziewczyna, zwłaszcza, że w niczem niepodobna do przeciętnego typu
studentek. _Au phisique_--umie się ubrać i ma bardzo zręczne ruchy; _au
moral_--nie ma w niej tego zacietrzewienia i cierpkości, słusznej może,
ale tak niemiłej w uczących się kobietach. Chyba nie będzie długim
gościem w Paryżu; jej za bardzo obojętne jest, co ma studyować, aby w
ogóle miała na seryo coś robić. Zdaje mi się, że przyjechała tu, aby
wydobyć się z domu i pozbyć dawnego otoczenia. Mogę się mylić zresztą,
bo o tem rozmawialiśmy tylko urywanemi zdaniami.

Sprawunków zakupiliśmy tyle--niepodobna było Zaleską wyrwać od
Potina--że trzeba było wziąć doróżkę, aby odwieść wszystko do domu.
Zaleska pojechała z Turskim, a ja zostałem, bo nie chciało mi się tak
wcześnie wracać z bulwarów na lewy brzeg. Siadłem przy stoliku w
kawiarni niedaleko Opery i przyglądałem się przez kilka godzin tym
tłumom, które przesypywały się bezustanku z jednego końca bulwarów na
drugi. Ten tłum nie rozdrażniał mię tak, jak zwykle, lecz dziwnie jakoś
kołysał, wciągał w siebie i pochłaniał. Pamiętam, że podobnego wrażenia
doznawałem niegdyś, leżąc nad brzegiem morza, gdy fala, jedna za drugą,
bez ustanku, pchana wiatrem, którego wyczuć niepodobna było, biegła na
piasek z pluskiem i tysiącem szemrzących strumyków nazad się cofała. I
tu i tam nieskończoność ruchu, która pociąga i znicestwia. Wróciłem
późno w nocy.


_Dnia 23 grudnia._

Zabawił mię dziś Poliński. Po obiedzie byłem z nim w kawiarni. W
ogromnie ciężkich i zawiłych, jak zawsze, frazesach opowiadał mi--z
tajemniczą miną--że mu się zdaje, jakoby Turski miał się do Zaleskiej, a
i »ona na to, jak na lato«. Przestrzegał ich nawet żartobliwie słowami
bajki:

    Ostrożnie dzieci, wy się źle bawicie,
    Dla was jest to igraszką, tu chodzi o życie.

Pyszny materyał na wujaszka z tego Polińskiego!

Poliński ogromnie lubi udawać człeka przemyślnego a znawcę dusz
ludzkich--ale tu zdaje mi się, że się pomylił i puścił tylko głupią
plotkę. Jak tam z panną, nic wiem: ani mię to obchodzi, ani ją znam
dostatecznie, abym wiedział, jak się u niej słabość sercowa objawia,
choć taki spacerek do Café-Riche kobiety zakochanej wcale nie zdradza.
Ale Turskiego to Poliński znów wcale nie zna. On zawsze i wszędzie
lubił się opiekować, patronować komuś, jeśli sądził, że jestto
potrzebne. Lubi, żeby go poważano i słuchano jego słowa i rady. Dlaczego
więc i tutaj nie ma się zaopiekować, zwłaszcza, gdy ta opieka ma
przecież swoje smaczne strony. W tej posusze rodaczek Zaleska doprawdy
jest najprzystojniejsza, a wydaje się miłą, bo bardzo jest wdzięczna
każdemu, kto ją odwiedza.

Na plotkarskiej psychologii Polińskiego zarobię dziesięć franków;
zabawiliśmy się bowiem w miłosnego totalizatora: meta--pierścionek
zaręczynowy na palcu, czas--Wielkanoc, stawka--dziesięć franków. Szkoda,
że nie setka.

Poliński ma też być na Wilii u Zaleskiej. Będzie więc nas czworo.


_Dnia 24 grudnia._

Nie miałem najmniejszej ochoty pójść do Zaleskiej, a kiedym został w
domu, zły jestem na siebie i żałuję tego. Wola moja składa się zawsze
jakby z dwóch połów, z których jedna jest zaprzeczeniem drugiej. Jaka
połowa stanie na wierzchu i wysunie się jako czyn--jestto rzeczą
przypadku, przelotnego wpływu, którego nieraz nawet sam nie dostrzegam.
Zarówno w drobnostkach, jak i w najważniejszych sprawach--postanowienie
jest dla mnie męczarnią, której nie znam równej.

Jakbądź się stało, siedzę w domu sam, a jest już po dziesiątej, a więc
za późno, żeby wyjść do Zaleskiej. Mogli zresztą przysłać po mnie, jeśli
byli zaniepokojeni lub jeśli im zależało rzeczywiście na mojej
obecności. Niechaj się bawią... W mieście wszystko pozamykane; nawet
kawiarnie zaświętowały od dziewiątej. Zresztą codziennie mam dosyć
wrzawy i gazet.

Cisza, cisza... Wypełza z kątów, wylata ciężkiemi skrzydłami,
potężnieje, nabrzmiewa, wznosi się jak fala i usta, oczy, głowę mi
zatapia. Wszystkiemi szczelinami wchodzi do wnętrza mej istoty, rozlewa
się w krwi i kościach, sączy się do serca, a dzwoni i huczy, jak muszla
pusta, gdy do ucha ją przyłożyć. I nie lęka się ani szelestu kroków, gdy
chodzę po pokoju, ani szmeru kartek książki, którą przerzucałem, ani
dźwięku piosenki, którą próbowałem nucić--ale wchłania je w siebie,
przetrawia i w ciszę taką samą, niezmąconą, przemienia... Rozpacz!

Nie chciałem iść do Zaleskiej, bo ostatecznie, cóż mię z nią i tymi
wszystkimi ludźmi wiąże; ale teraz dałbym nie wiem co, aby wyrwać się z
tej ciszy, mówić i słyszeć głos ludzki.

I to jest życie, młodość? Ta ohydna pustka, nicość? Chciałbym raz żyć,
szaleć, płonąć, chociażby cierpieć przyszło i zginąć. Ale pragnę, a nie
umiem tego--lub też dla mnie innych potrzeba rozkoszy, niż te, które
wszystkich sycą. Mam może za twardą duszę, aby ją zwykłe rylce rysować i
rzeźbić mogły. A może tylko nie umiem czuć, nie umiem żyć i radować się
życiem--bo i to jest sztuka, którą wyssać lub której nauczyć się trzeba.
Cała przeszłość moja prześlizgnęła się dotąd po mnie, jak fala po
głazie, nie zostawiając w swym odwrocie nic, prócz piany i szumowin.
Miałem może zadowolenia i radości, ale szczęścia, tego wielkiego
słonecznego szczęścia nie widziałem nigdy. A wszystko inne jest
surrogatem, blichtrem, fałszem, tylko szczęście jest pięknem i prawdą. A
jednak... drżało mi niegdyś w rękach serce dziewczęce, niewymownie
piękne i czyste--i porzuciłem je wprzód, zanim może zdołałem się
przesycić. Marzyłem o sztuce, o poezyi--i napisałem kilkadziesiąt
wierszy, gdy przecież życic, samo życie powinno być pięknem. Żyć każdą
iskrą krwi, każdym błyskiem duszy--to tylko jest sztuką.

Tymczasem jest cisza, cisza... Minęła już północ, a nie nadchodzi ani
sen, ani znużenie, nic, prócz ciszy.

................................
................................

               Na niebie mojem chmury,
Lecz z nich nie strzelą gromy, zwiastuny złotych burz.
               Ogrody moje kwitną,
Lecz niema fiołków w nich, lilij białych, ani róż.
               Ponure moje oczy,
Lecz suchej ich źrenicy nie zwilży srebrna łza.
               Zmęczone moje dłonie,
Lecz ręka, co omdlewa, nie rwała paszczy lwa.
               Stęsknione moje serce,
Lecz w piersi rozmarzonej ohydna żądza trwa.
               Pogodne moje czoło
Lecz w czaszce rozpalonej bezsilna rozpacz łka.

To prawda... lecz na cały wieczór męki, to za mało.


_Dnia 26 grudnia._

Od dzisiaj zabrałem się do pracy; biblioteka jest otwarta i myślę
przesiadywać tam codziennie pięć do sześciu godzin. Opracowywanie
materyałów w domu też pochłonie czasu sporo. Po za swoją pracą nie chcę
o niczem wiedzieć, nic więcej mię tu nie powinno obchodzić. Życie w
Paryżu może być równie jednostajne, jak w każdem innem ludzkiem
gnieździe. Ten gwar wielkoświatowy, umysłowe i polityczne prądy, całe
tętno świata, którego byłem tak ciekaw, o wiele wspanialej przedstawiają
się zdaleka, aniżeli tu na miejscu wśród wrzawy drobnych, codziennych
wypadków. Jak zawsze drzewa zasłaniają las.

Przyroda tak samo jak ja, zabrała się do zimowej pracy i osypała nas
śniegiem i opadła mrozem, jak na Paryż, niezwykłym. Zimno, które tu
panuje zwykle w mieszkaniach, ożywia zawsze stosunki towarzyskie w
kolonii polskiej. Ludzie zbierają się razem i grzeją się... ciepłem
zwierzęcem. Dzisiaj wybieram się z Polińskim na wieczór do Łużeckiej.

Wczoraj byłem u Zaleskiej, aby się wytłómaczyć, żem na Wilią nie
przyszedł. Zaleska udawała zagniewaną, nie chciała słuchać wymówek,
powtarzając, że zrobiłem jej tylko niegrzeczny kaprys. Zresztą miałem za
ten »kaprys« najwięcej żałować sam, bo bawili się doskonale. Poliński
był zmęczony i wyszedł wcześniej, ale z Turskim doczekali północy.

Zaleska była w ogóle niezwykle wesoła i rozbawiona. Prosiła mię, abym
zabrał ze sobą Turskiego i przyszedł do niej po raz drugi
popołudniu--ale odmówiłem, bo nie chcę zupełnie zacieśniać swego
stosunku z Turskim więcej, niż jest obecnie. Najlepiej będzie, jeśli
będziemy chodzili każden swojemi drogami.


_Dnia 27 grudnia._

Dzień dziesiejszy należy do najciekawszych w mojem życiu. Spotkałem
Turskiego na obiedzie, siadł przy mnie. Przypomniałem mu, że mamy się
zejść z Polińskim i Starzewiczem w kawiarni wieczorem i iść razem na
posiedzenie francuskiego towarzystwa studenckiego. Zaproszono nas, i
chciałem bardzo poznać życie francuskie nieco bliżej, niż to można
uczynić na ulicy. Odpowiedział mi, że musimy mu wybaczyć i iść bez jego
przewodnictwa--on przecież najdawniej z nas mieszka w Paryżu--gdyż on
wieczorem wybiera się do Zaleskiej. Powiadam mu pół żartem, że to
zaczyna być podejrzane. A on mi na to, patrząc zabawnie w oczy:
»dlaczego?«--i dodaje zwolna: przegrałeś dziesięć franków... Tak mi się
wydawały dziwne mina jego, głos i ta radość cała, widoczna na twarzy, że
początkowo po prostu trudno mi było z nim mówić.

Ale potem rozgadaliśmy się i miałem takie wrażenie, jakgdyby przegroda,
która nas dzieliła upadła nagle i wróciły dawne czasy nieograniczonej
ufności i przyjaźni. Opowiedział mi wszystko. Właściwie zakochał się
jakoś nagle i niespodzianie, i już w kilka dni po moim przyjeździe nie
mógł sobie dać rady z tem uczuciem, które chciał zdławić, bo nie śmiał
wierzyć, aby ona go kochała. Był tak rozdrażniony, że tylko udając
zupełną na wszystko obojętność, mógł jakoś ukrywać, co się z nim dzieje.
Tymczasem ona kochała go już wtedy, kiedy jeszcze ledwie się znali, i
płakała po nocach i uspokoić się nie mogła, jeśli go przez dzień cały
nie widziała. Widziałem dobrze, jak jej był za tę miłość wdzięczny.
Oświadczyli się sobie w dzień wilii, po odejściu Polińskiego, tak jakoś
znienacka, że trudnoby powiedzieć, kto właściwie dał początek.
Przesiedzieli wtedy razem prawie do rana. Był zakochany, kochany,
zaręczony, szczęśliwy. To wszystko i chyba dosyć.

Rozmawialiśmy długo, bardzo długo. Ja mówiłem nie wiele, bo tak mię nowe
położenie Turskiego dziwiło, a nawet, czegom się nie spodziewał,
wzruszało, że trudno mi było myśl jakąś skleić; natomiast on opowiadał
bez przerwy. Naturalnie, chciał się żenić, ale nie było to możliwe
prędzej niż za trzy lata, po ukończeniu studyów: czas ten jednak
przeleci prędko, o tem nie ma mowy. Ona zgadzała się na wszystko, byle
być z nim.

Nie spotkałem jeszcze w życiu człowieka tak uradowanego: radował się w
nim doprawdy każdy atom krwi. I czegóż w radości tej nie było: miłość,
wdzięczność, nadzieja, duma, szczęście, wszystko!

To jednak niezwykły charakter jest Władek Turski. Wśród nas, którzy z
rodzinnego domu nie dostajemy nic, prócz banalnych przepisów, a z życia
bierzemy tylko to, co na wierzchu najdostępniejsze, on rzeczywiście
sprawia wrażenie arystokratycznego dziecka, które się urodziło w
wysokich komnatach i w kołysce słyszało nie jęk nianiek, lecz organy. Co
ten człowiek już stracił, a ileż mu jeszcze pozostało! Szmat za szmatem
wyrwał z siebie wiarę, ale zachował cały bezmiar uwielbienia dla tego,
co czcić chciał; gardził prostytutką i dusił w sobie zmysły, a nie
brakowało uniesień w jego miłości. Jestto człowiek czysty.

Radość Turskiego udzieliła mi się: słuchając go czułem się odmłodzony
jakiś i rzeźwiejszy. Byłem zadowolony, że fałszywy nasz stosunek raz się
wyjaśnił i to pomyślniej, niż przewidzieć mogłem. Wszystko było teraz
wytłómaczone. Cieszyłem się również jego szczęściem: gdy mi o niem
opowiadał, kilka razy kręciły mi się łzy w oczach.

Dla jego narzeczonej posłałem bukiet; kontent jestem, że mogłem jej
zrobić przyjemność, gdyż ona przepada za kwiatami.

Przykro mi tylko trochę, że byłem złym obserwatorem, ale czyż można było
się tego po cichym Władku Turskim spodziewać. Jestem pewien, że każden z
jego dawnych kolegów trzymałby też w zakładzie moją stronę.


_Dnia 29 grudnia._

Władek źle jednak robi, że swych zaręczyn publicznie nie ogłasza; przez
to plotki tylko powstawać będą. Niby nie ma w tem tajemnicy; kto chce,
może domyślać się i wiedzieć. Przed nami t. j. przedemną i Polińskim,
Turski mówi wciąż o swej miłości; widać, że tylko ten przedmiot go
zajmuje. Zdaje mi się, że w podobnym wypadku byłbym więcej skryty.
Chociaż... nie wiem. To powtarzanie: kocham, kocham, kocham... jest
czysto odruchowe i niewłasnowolne, jak śpiew ptaka na wiosnę.

Pomimo, że zaręczyny nie są wszystkim oznajmione, w damskiej kolonii
naszej panuje już straszne oburzenie. Mężczyzna tak jest rzadki i tak
często sprzedaje się teraz »en détail«, że dostać całego odrazu jest
świetnym interesem. Wystawić sobie można wściekłość koleżanek, że
przyjechała obca intruzka, nawet na żadnym wykładzie się nie zjawiła i
rogów wielkiej mądrości nie pokazała, a już męża trzyma. Nie ma nic
pocieszniejszego nad ich ironiczne miny, w których świetnie widać tę
utajoną i niby nie istniejącą złość. Zwykle mię to śmieszy, lecz dzisiaj
Łużecka zirytowała mię do żywego. Jest głupota, która już graniczy z
podłością. Zarzucała Zaleskiej wręcz, że przyjechała tylko, aby wydać
się za mąż--co wiem, że nie jest prawdą. Natarłem na nią ostro i
ostrzegałem, żeby nigdy nie mówiła o małżeństwie i miłości, bo jestto
dla niej teren na zawsze obcy, na którym wygląda, jak kaczka ucząca się
latać. Moja opinia złośliwego gbura jest ustalona na długo.

Teraz jednak, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, widzę, że może nie
miałem tyle racyi, ilem sobie początkowo przypisywał. Mniejsza zresztą o
racyę, ale rola szlachetnego obrońcy bywa czasem śmieszna i kto wie,
czym właśnie takiej roli tutaj nie odegrał. Gdyby Łużecka była dowcipna,
przysłałaby mi paczkę biletów wizytowych z takim np. napisem:

        JEAN KARSKI
    défenseur de l'amour outragé.

Tak; śmiesznie się wygląda, broniąc, czego się nie posiada.


_Dnia 30 grudnia_.

Dotąd nie chciałem przeszkadzać Turskiemu w jego sielance; widziałem
zresztą, że sobie nie życzył, aby Zaleską kto z nim razem odwiedzał.
Dziś jednak nie miałem nic do roboty po obiedzie, a upłynął już tydzień
od oświadczyn, więc wypadało nawet narzeczonej powinszować. Kupiłem
bukiet białych róż i narcyzów i poszedłem do niej; mieszka teraz przy
ulicy des Feuillantines, na wprost klasztoru.

Widzę z ulicy, że jest światło w pokoju, ale przyćmione; paliło się
tylko na kominku. Pukam do drzwi; otwierają mi. Naturalnie, Turski jest
u niej. Witając się z nimi czuję, że mają dłonie wilgotne i ciepłe. Daję
Zaleskiej bukiet i nie wiem dlaczego, pomimo, że słowa płyną mi dość
gładko, nie zdobywam się na żadne powinszowania lub życzenia. Cała
uroczystość sprowadza się szczęśliwie do mocnego, znaczącego uściśnienia
ręki.

Nie zdaje mi się, żebym im był zawadzał. Siedzieli dalej przy sobie na
kanapie, trzymając się wpół i przytulając do siebie. Siadłem opodal na
krześle; rozmawialiśmy trochę, chociaż najczęściej milczeliśmy--i to
było najwymowniejsze.

Oni są w tem stadyum, że obecność osoby trzeciej nic a nic im nie
przeszkadza. »Ten trzeci« nie istnieje dla nich. Całowali się przy mnie
tak, jakgdyby byli we dwoje. Poliński, którego spotkałem wracając
później, mówił mi, że to samo robili przy nim i przy Starzewiczu,
chociaż go prawie wcale nie znają.

Zaleska jest jednak strasznie zakochana. Dość spojrzeć na jej oczy i
ruchy; a nie przypuszczałem nigdy, żeby panna »z dobrej sfery«, napojona
po uszy konwenansami, dała się publicznie tak całować i pieścić.
Widocznie nie znam się na kobietach--ale Zaleska jest wyjątkowo
uczuciowa, impulsywna, pierwotna.

Jest ona teraz tak naiwnie i niewinnie bezwstydna--co zresztą bardzo
jej do twarzy--że gdy patrzę na nią mimowoli przypomina mi się
nieśmiertelna Haida z Don-Juana. Widzę teraz nawet, że i dla niej i dla
Turskiego przyjemnie jest, jeżeli mają świadków, którzy mogą patrzeć na
nich i podziwiać ich miłość.

Władek ma jednak ogromne szczęście. Narzeczeństwo wśród rodziny, w
rodzinnem mieście jest obstawione tak obrzydliwie ohydnym ceremoniałem
zwyczajów, że wątpię, czy może się tam ostać choćby krzynka szczęścia.
Tutaj, w olbrzymiem obcem mieście, w zupełnej samotności, którą można
stworzyć jednym obrotem klucza, narzeczeństwo staje się piękną uwerturą,
której słuchając, można zapomnieć doprawdy, że czekają całe akty długiej
opery. Bo kto wie, jakie śpiewacy mają głosy i ile dysonansów się
wkradnie.

Za długo widocznie siedziałem w gniazdku przy ulicy Feuillantines, bo mi
się teraz wciąż przed oczami kręci Zaleska w tych wszystkich
rozmiłowanych pozach, w których ją widziałem. Ależ ona ogromnie w
ostatnich czasach wyprzystojniała... Kobieta, która kocha, jest nietylko
najmądrzejszą, ale i najpiękniejszą.


_Dnia 31 grudnia._

Kochana Wandziu, piszę do Ciebie tylko kilka słów na karcie pocztowej,
żeby Ci powinszować--choć może zbyt późno--Nowego Roku. Jestem ogromnie
zajęty i dla tego niemam czasu na obszerniejsze listy. Nie miej mi tego
za złe. Nie mam Ci zresztą nic do oznajmienia, bo u mnie nic nowego nie
zaszło. Ale... Władek Turski zaręczył się z tą koleżanką Zaleską, o
której Ci kiedyś pisałem. Stosunki nasze stały się serdeczniejsze
obecnie i częściej się z nim widuję.

Twoją kartkę, pisaną w pierwszy dzień świąt, otrzymałem. Czyś była
jeszcze u kogo podczas świąt? Byłaś zapewne u pani Reuter. Podobno macie
ciągłe odwilże w Warszawie; czy nie szkodzi ci to na zdrowie?

    Twój _Janek_.


_Dnia 2 stycznia._

Od kilku dni absolutnie nic nie robię. Przerwałem studya w bibliotece,
bo czeka mię mnóstwo przepisywania starych dokumentów, a to przejmuje
mię niewysłowionym wstrętem. Natomiast chodzę po obiedzie z Turskim do
kawiarni i przez kilka godzin słucham, czasami nawet z radością, jego
spowiedzi i wynurzeń, które płyną teraz bez końca. On wprost spieszy się
donieść i mówić mi o swem szczęściu. Jestem mu wdzięczny za tę przyjaźń
i za tę ufność. Potem odprowadzam Turskiego do uniwersytetu na wykłady
i idę zwykle nad brzeg Sekwany i chodzę tam dopóty, dopóki zmęczenie
zupełne nie zmusi mię do powrotu.

Nie znam nic piękniejszego nad Sekwanę od Katedry do Luwru, ale teraz
prawie nie przyglądam się temu widokowi; pamiętam go doskonale w
najdrobniejszych szczegółach, a powtóre głowa mię boli jakimś głuchym,
rozsadzającym bólem, i chodzę nie po to, aby patrzeć, lecz aby ukołysać
myśli.

Dawno już nie miałem takiego wrażenia próżni, bezsilności,
bezużyteczności mojej i wszystkiego, co mię otacza--jak w tych dniach
ostatnich. Wstaję, jem, chodzę, myślę, piszę jakąś rozprawę, lecz żeby
mię zabito, nie wiem, po co to wszystko się robi. O tyle jestem
inteligentny, iż rozumiem, że--jak się to mówi--ze mnie nic nie będzie,
że przestanę kiedyś jeść, chodzić i myśleć, że rozprawy moje tak samo
nie obchodzą nikogo, jak moja osoba, jednem słowem, że jestem absolutnie
niczem, jedną wielomilionową częścią czegoś, co samo jest może także
tylko milionową częścią.

A uczucie takie jest stokroć bardziej przykre, jeżeli na początku swego
świadomego życia miało się marzenia i nadzieje, jeżeli wschód życia, jak
wschód słońca rzucał długie, piękne cienie. Sądziłem, będąc dzieckiem,
że wielkość cienia tego, to moja własna wielkość. Teraz jest południe:
cień się zwinął, a ja się zgarbiłem.

Chociaż dzisiaj mi się wydaje, że gdyby mi coś nawet pozostało: jakaś
idea, zdolność jaka--i to byłoby mi obojętnem. Ażeby łzę rozdąć na
poemat, trzeba mieć dużo wody i bezwstydu.

    Karg ist Natur, ein Schein die Kunst, dem Triebe
    Der Sehnsucht schenkt Gewährung nur die Liebe.

To chyba prawda... bo Turski jest teraz tak żywy i dzielny, tak sobą
tylko zajęty, że mimo swej czułej wrażliwości, zdaje się wcale nie
spostrzegać męczącego mego stanu i świdruje mi uszy nieustannym hymnem
miłości. Potrzeba mu słuchacza, aby mógł śpiewać; a któż lepiej do tego
się nadaje, niż stary, zaufany przyjaciel. Moja teorya stosunków
ludzkich sprawdza się raz jeszcze. Wieczny, wieczny wyzysk.


_Dnia 4 stycznia._

Nie, nie idzie mi praca. Wszystkie usiłowania, aby zmusić się i
przezwyciężyć, spełzają nadaremnie. Robota nie posuwa się, i tylko ból
głowy, gorący, szalony, wzmaga się i przenika wszędzie, szarpiąc i
gniotąc--niby rozpaloną ręką. Zmarnowałem cały dzień na przechadzkę.
Błądziłem po zaułkach, przedmieściach, po ustronnych kątach, byle być w
miejscach jak najspokojniejszych i jaknajdalej od domu. I chodzić i nie
myśleć o niczem... Wreszcie znalazłem się w Auteuil i ztamtąd wróciłem
rzeką. Ta cudowna panorama od wiaduktu w Auteuil, koło Marsowego pola i
Trocadera, koło Luwru, Katedry uspokoiła mię trochę swą kamienną
pięknością--tym łatwiej, że statek o tej porze dnia i roku był pusty.

Już koło domu w Quartier spotkałem Polińskiego, który szedł do mnie, aby
mię zabrać na wielkie bulwary. Lubię z nim chodzić, bo jest tak
gadatliwy, że prędzej wówczas przestaję myśleć, niż gdy jestem
sam--zgodziłem się więc chętnie. Pojechaliśmy na bulwary, siedzieliśmy w
kawiarni, słuchaliśmy ludowych piosnek gdzieś w Café-Concert--nie wiem
już zresztą, cośmy robili. Mój ból głowy stał się podobny do
przepaścistej nudy; a Poliński twierdził, że nie mam humoru i muszę być
zaziębiony.

Wracając już po północy przechodziliśmy przez ulicę Feuillantines.
Świeciło się w oknach, więc zaczęliśmy wydawać okrzyki, służące nam za
hasło porozumienia w takich wypadkach. Poliński świetnie naśladuje ryk
wołu i bek barani. Okno się otworzyło i ukazali się... oczywiście oboje.
Turski powiedział nam, abyśmy chwilę poczekali, a zaraz zejdzie i
pójdzie razem z nami do domu. Okno się zamknęło i na tle firanek
ujrzeliśmy scenę pożegnania, jak zawsze...

W Paryżu, w tem klasycznem mieście rozpasania, staję się strasznym
świętoszkiem: widok ten mię gorszył i poważnie gniewał. Przypuszczalnie,
za jaki tydzień zapiszę się do ligi Berengera.

Turski wyszedł. Był trochę zarumieniony, a na powiekach lśniły mu się
drobne kropelki. Sześć razy kłaniał się oknu, w którem była już tylko
bezkształtna sylwetka. Bałwochwalca!

Scenka ta zirytowała mię tak, że byłbym błogosławił wszystko, coby
Turskiemu mogło sprawić jakąkolwiek przykrość; sam nie wyrządziłbym jej
jednak nigdy. Chciałbym tylko módz się litować nad nim i pocieszać, bo
mimo chwilowej złości, jestem jego przyjacielem. Nie prędko jednak
będzie potrzebował tej przyjaźni.


_Dnia 5 stycznia._

Logika formalna jest stekiem błędów, a największym i najjaskrawszym
_tertium non datur_. Duch nasz jest autokratą i niema sprzeczności,
którejby zgodzić nie mógł.

Jestem szczęśliwy, bardzo szczęśliwy radością Władka. Kilka razy na
prawdę się rozrzewniłem słuchając jego wynurzeń. Przytem cieszę się
jeszcze dla tego, że jednocześnie przekonywam się, iż jestem głęboko
wrażliwy na cudze szczęście, a więc jestem uczciwym, szlachetnym
człowiekiem. Mimo to, ani jednej chwili nie przestaję teraz czuć, że
gdyby Turski utracił swe szczęście, byłbym... może kontent. To jest...
zależnie od tego, jakby je stracił. Gdyby Zaleska umarła, płakałbym z
Turskim; gdyby ją nagle potrafił zyskać kto inny, pomagałbym może zabić
uwodziciela, lecz z tego co zaszło, byłbym prawie rad--nie jakąś
radością określoną, zdecydowaną, jasną, ale tym niezwykłym nastrojem,
wewnętrzną pogodą, która się tworzy w najskrytszych podwalinach duszy.

To, do czegom się przed sobą przyznał, nazywa się zwykle nikczemnością,
i z tego jestem dumny. Świadczy to, że uczucia moje są nieustraszone i
potrafią jak bohater z baśni, wtargnąć na każdy szczyt--mimo larw, które
zewsząd grożą.

Dziś zadałem sobie pytanie, którego uniknąć dłużej nie mogę w żaden
sposób. Może ja Zaleską kocham? Jeżeli kobieta, której obecność jest dla
mnie niepotrzebną, twarz--obojętną, pieszczota--zbyteczną, może być
jednocześnie kobietą kochaną;--ha, w takim razie ja Zaleską kocham.
Zdaje mi się, że cierpię nie przez to, że ona kocha innego, lecz przez
to, że mnie teraz kochaćby już nie mogła.

Zabrano mi to, co do mnie należeć mogło. Utracić możność jestto więcej,
niż utracić rzeczywistość. Nie módz istnieć jest gorzej, niż nie
istnieć.


_Dnia 6 stycznia._

Nie przypuszczałem nawet, że tak lubię dawać kobietom prezenty. W
ostatnich dniach byłem kilka razy u Zaleskiej, i nie mogłem iść tam ani
razu, żeby nie przynieść jej chociażby kilku kwiatów. Dziś wydałem na to
ostatniego franka i jestem z tego ogromnie kontent. Mówię sobie, że
tylko głupiec nie rozumie, co to za rozkosz rujnować się dla kobiety. U
Zaleskiej przesiadywałem krótko. Chociaż obecność moja im nie zawadza,
zdaje mi się, że wypada możliwie się usuwać. Zresztą widok ciągłych
pieszczot i uścisków drażni: czuję prędko ogień w skroniach i pot na
ciele. Nie ja sam tylko tak na to reaguję. Mówił mi Poliński, że odczuwa
zupełnie to samo: jestto przecież całkiem naturalne. Dziwię się, jak oni
mogą to wytrzymać.

Równie naturalne, jak ogień w skroniach, jest myśl, która mię poprostu
opętała. Dlaczego ja tak nigdy nie kochałem? Dlaczego w mojem życiu nie
zeszło się nigdy pytanie z odpowiedzią? Dlaczego odepchnięto mię, kiedym
pożądał, dlaczego, kiedy pożądano mię, odczuwałem tylko wstręt lub
pogardę? Dlaczego dla mnie miłość była zawsze zimną, zaciekłą, złą grą,
której wygrana hańbi jak złodziejstwo?

Patrząc na Władka, czuję, że nie mógłbym kochać tak szczerze, otwarcie,
tak prosto--i tego zazdroszczę mu najwięcej. Bo czyż nie jest to
wyrafinowanem okrucieństwem pysznić się przedemną tem szczęściem, które
ostatecznie dostało mu się trafem... Tak, przyjemniej i łatwiej wygrać
majątek, niż się go dorabiać.

Ohydnie śmieszne w tem wszystkiem jest to, gdy Władkowi się zdaje, że
sprawia mi największą przyjemność, odsłaniając przedemną swą miłość. W
tych pieszczotach, których ani on, ani ona się nie żenuje, jest tyleż
bezmyślnej, żywiołowej swobody, ile chęci pokazania, jak szczęśliwym być
można... Wygląda to, jak wyzwanie, jak pogróżka: »Będziemy jeszcze
szczęśliwsi«. Będziecie; wierzę wam.

Postępowanie Turskiego jest nietylko okrutne, ale niemiłosiernie głupie,
bo nie sądzę ani jednej chwili, aby naumyślnie chciał przykrość mi
sprawić i dokuczyć. Doprawdy zgłupiał.


_Dnia 7 stycznia._

Zwiedzaliśmy dziś Luwr. Poszedłem najpierw z Zaleską sam, a Turski
dopiero później po wykładzie z nami w muzeum się spotkał. Luwr nie
zajmował mię wcale; nie lubię tych olbrzymich zbiorów, gdzie wszystko
zbite jest bezładnie w jakąś pstrą mięszaninę, która przytłacza tylko i
dławi. Nie doznaje się tam tego uczucia swobody, bezkresu marzenia,
które przecież jest istotą rozkoszy, jaką dać może sztuka. Arcydzieła
powinno by się chyba wystawiać w oddzielnych kaplicach.

Zdaje mi się, że napisałem kłamstwo. Prawdą jest, że nie lubię muzeów;
ale mimo to, zwiedzałem je nieraz i sztuka, którą widziałem, porywała
mię i czarowała. Dziś nie zajmował mię Luwr, bo była Zaleska i wszystkie
myśli moje są jakby opętane. Sprawia mi teraz okrutną przyjemność
wszystko, co może tę dziewczynę przedemną poniżyć. W ten sposób biorę
jakąś idealną choćby zemstę nad Turskim: znieważam w myśli jego bóstwo.
Naumyślnie nie pokazywałem Zaleskiej arcydzieł i śledziłem, czy je
odczuje i odnajdzie. Ona nie ma wcale zmysłu artystycznego; zatrzymywała
się przed najmarniejszymi obrazami i wygłaszała takie śmiesznie naiwne
zdania, że tylko ta otwarta szczerość była jedyną ozdobą tego, co
mówiła. Wmawiam w siebie, że nie można się zakochać w kobiecie
niewrażliwej na piękno: jestto gminność na cale życie.

Potem przyszedł Turski; nie patrzyli więc już na obrazy, tylko na
siebie. I wtedy byli szczęśliwi.

Nie, ja stanowczo do szczęścia nie jestem zdatny. Szczęście to jest taka
wyłączność, takie zaprzepaszczenie, że na to nie zdobyłbym się nigdy.
Nie wiem, czy za dużo mam zmysłów, czy za wiele w duszy pożądań, ale
jabym skorzystał z każdej szczeliny, aby się ze złotej klatki szczęścia
choć na ból i cierpienie wydostać. Tam gdzie inni oddychają, ja zaraz
się duszę. Było tak już przecież.

Mogę się więc, tak jak teraz, pocieszać cudzem szczęściem. Tylko, że ta
pociecha jest tak gorzka, iż jak dobry absynt, staje się nawet
przyjemną. Tylko, tak jak absynt, pobudza łaknienie.

Łaknienie za czem? Za miłością? Za miłością Zaleskiej? Nie kochałem i
nie kocham nic w tej chwili. Za szczęściem? Nie potrafię go odczuć i
zrozumieć. Za bogactwem? Nie wiem, na co bym go użyć miał. Łaknę życia;
czem jest i gdzie jest--niewiem. Podobne łaknienie uczuwać musi chyba
pisklę, gdy wychyla dziób, aby uderzyć i rozbić skorupę, która dzieli je
od świata. Ale pisklę wiedzie instynkt, a mnie nie wiedzie nic.
Chciałbym wysunąć żądze, jak szpony, i chwycić i zdruzgotać zaporę, co
mi światło kradnie. Lecz nie wiem, gdzie iść, gdzie jest skorupa mej
duszy.


_Dnia 8 stycznia._

Po wczorajszej wycieczce do Luwru Zaleska była trochę słaba i Władek mię
prosił, abym ją odwiózł do Korzyckiego. Korzycki przyjmuje chorych o
trzeciej, a o tej porze Turski ma zawsze zajęcie w uniwersytecie.
Początkowo wymawiałem się wykładami; zdaje mi się, że chciałem Władkowi
zrobić na złość. Potem jednak ustąpiłem i pojechałem z Zaleską do
Korzyckiego, na drugi kraniec Paryża.

Ta dziewczyna, gdy Władka przy niej nie ma, wydaje mi się zupełnie inną.
Rozmawialiśmy cały czas spokojnie, po cichu, ufnie, jak rozmawiają
starzy i dobrzy znajomi. Mimo całej życzliwości dla niej miałem chwilami
dokładne wrażenie, że ta kobieta jest mi chyba obojętną, że nie pociąga
mię do nie; nic nad to, czem każda kobieta pociągnąć może. Gdy nie
mówiła o Turskim, co niestety zbyt rzadko się zdarzało, mogłem czasami
zapomnieć o stosunku, jaki ją z nim łączy: tego mi tylko trzeba.

Coraz więcej mi się zdaje, że w tej dziewczynie ponętną jest tylko jej
miłość. To uczucie działa na nią, jak ów pierścień z bajki, który
posiadaczowi zapewniał wszystkie piękności i skarby. Gdy się przymila do
Władka, rzeczywiście jest prawie piękna i ma taki wyraz w oczach, że
wtedy oddałbym wszystko za to, aby przestała go kochać. Chyba trudno
mniej żądać w życiu. Nie żądam miłości, lecz tylko spokoju, bezczucia,
jak dawniej. Dopóki widzę, że ona jest zakochana, coś mię nurtuje,
łamie, dręczy, odbiera swobodę myśli. Ja nie chcę o tem myśleć. Byłem
tylko zasnął!


_Dnia 9 stycznia._

Jest okropnem błagać kobietę o miłość, wić się u jej stóp, wołając:
kocham, kocham;--i nie słyszeć nic, oprócz echa własnych słów, odbitych
o próżnię, i odejść z myślą, że jest gdzieś marny, podły człowiek, dla
którego kobieta ta tęskni i gardzi wszystkiem: miłością, bólem,
rozpaczą--

Ale gorzej jest, jeżeli w takiej chwili nie można zawołać nic więcej nad
to: nie kochaj go. Są teraz chwile, gdy zazdroszczę Władkowi tak, że
chociaż nie umarłem, zazdroszczę mu życia, jakgdybym wiedział, że on
mnie przeżyje. Zresztą, takie istnienie jak moje, z wiecznem pożądaniem
czegoś nieuchwytnego, niewymarzonego nawet, z ciągłym niepokojem w
duszy, na łasce każdego wrażenia, to nie jest życie, to sen gorączkowy
i tak męczący, że często niewiadomo, czy nie lepiej raz się już obudzić.
Mam takie dziwne zmysły, że potrafię odczuwać tylko gorycz, a to w końcu
mdli i truć zaczyna. Jak zniszczony lubieżnik przez chłostę,
przepędziłem się przez wszystko, co zawiść dać może--i nie doznałem
nawet miłości, która temu dobremu, szczęśliwemu przyjacielowi dostała
się tak łatwo. Nie kocham Zaleskiej i wiem, że w chwili, gdy ona
przestanie kochać Władka, będzie mi tak obcą, jak kobieta, którą
pierwszy raz widzę na ulicy. Jest to straszne, bo pozbawia mię wszelkiej
nadziei. Nie mam się o co starać, bo jeślibym co osiągnął, zyskam mniej
jeszcze, niż mam teraz.

Kłamstwo, ohydne kłamstwo... Nie kocham Zaleskiej?... Za cóż bym więc
tak cierpiał?

Mam chwilami złudzenie, jakgdyby wszystko, co mię otacza: domy, drzewa,
ludzie, chwiało się nagle i groziło zawaleniem. Lękam się trochę sam
chodzić i tego mi wstyd przed sobą. Zawsze gardziłem nerwowymi ludźmi.


_Dnia 10 stycznia._

Godzina siódma rano. Brzask szary wstał i sączy się przez okno. Siedzę
na krześle zbłocony, znużony, złamany, a sen nie przychodzi do mnie.
Ledwie pomnę, co się ze mną działo tej nocy, bo to już nie ma nazwy.
Szaleństwo? Trwoga?... Gorzej. Jakaś odwieczna modlitwa jaskiniowców
świdruje mi mózg: Grozo, Potęgo--jakakolwiek jesteś--bądź litościwa
duszy mojej! Ale nie, nie, nie... jestem znów silny, zdrów i twardy.

Wczoraj wieczór cały spędziłem w kawiarni. Do Zaleskiej nie chciałem,
nie mogłem iść; Polińskiego nie było w domu; innych ludzi szukać
niepodobna było. Wszystko mi było zresztą jedno, gdzie się znajdować,
byle nie być w domu, nie widzieć tych cieni, które jak złe psy kryją się
po kątach i chodzą od stołu do krzeseł, od krzeseł do łóżka, byle nie
kłaść się i nie rozbierać w tem gęstem powietrzu, gdzie jakieś
niewidzialne dotknięcia palą mi skórę, byle nie czuć tej ciemności,
która jak na żer nalatuje na mnie i kładzie mi się na piersiach. Nie
mogłem iść do domu; niewysłowiony lęk, obawa samotności, obawa spokoju i
martwoty gryzła mię nieustannym, prawie fizycznym bólem.

Ale o pierwszej zamknięto kawiarnię i musiałem wyjść. Poszedłem wprost
przed siebie i zacząłem błądzić. Bez celu, pierwszą lepszą ulicą, która
się nawinęła, przez bulwary, przez place, przez zaułki. A za mną
błądziły jakieś wizye potworne i zarzucały mi czarne swe ręce na oczy;
wtedy gasło mi światło, zdawało się, jakby świat cały zapadał się w
ciemność, a słońce nigdy już więcej powstać nie miało. Stawałem wtedy
przed latarnią i wlepiwszy oczy w żółte jej światełko stałem bez ruchu,
drżąc we wnętrzu i słuchem rozognionym przysłuchując się ciszy. Kto wie
co tam siedzi w tem czarnem jądrze, które nieprzejrzyście rozciąga się
aż po same szkła latarni? Tam może czyhać człowiek z nożem, czyhać na
mnie i uderzyć mię w szyję, tam może być tak gęsto, że padnę odrazu bez
tchu... Lub może tam być gwarno od jakiegoś nieznanego życia nocy, może
tam być tak ludno, że zatrzymają mię i przepadnę bez śladu, jakgdybym w
otchłań wleciał.

I nagle zrywał się nademną strach ohydny, niewypowiedziany i jak wicher
zmiatał mię od latarni i w ciemność na zgubę własną odrzucał. Biegłem
nieprzytomny przez ulice, potykając się o kostki, rozrzucone do
brukowania, uciekałem na place widniejsze od ulic i kryłem się jak
zbrodniarz, gdym zdała straż policyjną zobaczył. Rozszalały tabun nędz
tratował mi duszę i szarpał mózgi, jak padlinę. Rozplatały się
wszystkie węzły duszy i było mi, jakbym cały zapadał się w sobie. Pot,
jak w łaźni występował mi na czoło, spływał na szyję i oblepiał na mnie
bieliznę; gorąca para żarła mi oczy; zdało mi się, że w powietrzu jest
jakiś nieznany kwas; gryzący i trujący, jak żaden inny, który wgryza mi
się w ciało i roztlenia tkanki. Koło mnie rozsuwały się tylko i zbiegały
gmachy martwe, bo wszystko, co nie jest kamieniem, zostało spopielone,
rozsypane, wyżarte. Zamknąłem usta, bo piersi mi płoną. I biegłem,
biegłem co raz szybciej ze schylonym karkiem, jak ścigane i oszalałe
zwierzę...

Wybiegłem do Hal. Przedemną w prostych, pewnych, olbrzymich liniach
piętrzyły się żelazne sklepienia. Wielkie lampy błyszczały niebieskawem
światłem, a ku górze pod dachem szklanym, jasność ich jednoczyła się w
jakiś drżący blask, który sypał się na plac cały. Tłok na dole. Kręcą
się tłumy ludzi, wozy podjeżdżają i bez przerwy sypią się z nich wory,
kosze, paki. Mimo to nie było wrzawy. Ludzie pracują cicho, niegłośnie,
jak widma. Tylko czasem zaskrzypi koło łub stuknie o kamień żelaztwo. I
znowu cisza.

Jasność przykuła mię do siebie. Siadłem na ławce; pot stygnął na mnie,
chłodził i orzeźwiał. Bezmyślnie patrzyłem w głąb tego pałacu, na wir
ludzi, kołujący przy mnie, na stosy jarzyn, które co raz wyżej i
gęściej zasypywały chodnik, na żelazne belki, z których zwieszały się
jakieś chorągwie czy płachty, na strop z błękitnemi gwiazdami--i znów
spełzałem oczami z tych wyżyn po belkach na bruk. I znów patrzyłem, jak
schylają się karki parobków, ręce wyrzucają zielone kule kapusty, jak
wozy przesuwają się zwolna--i łowiłem w tej ciszy jakieś szmery, brzęki,
czasem zwrotkę dalekiej piosnki lub przekleństwo. Patrzyłem, słuchałem i
żar odchodził odemnie. Spokój. I chciałem tu zostać, zdala od widm,
które za mną biegły--i czekać ranka.

--_Viens, chéri._

Powiedziano coś blisko mnie:

--_Viens donc, chéri._

Przy mnie na pustej dotąd ławce siedziała teraz pogięta postać, w
czarnych łachmanach, niewyraźna; tylko twarz sprośna, nabrzękła,
czerwona z otwartemi śmiejącemi się usty, patrzyła na mnie zblizka,
coraz bliżej. I ja patrzyłem na tego potwora, który nagle przy mnie się
wylągł i widziałem, jak sinieją mu wargi i jak trupio wyglądają duże
ostre zęby z tych żałobnych obwódek. Brzydzę się... a oczu oderwać nie
mogę, i boję się... a jednak patrzę.

--_Qu'as tu donc peur, mon petit loup?_

Tak, rzeczywiście lękam się; czuję, że roztwierają mi się i
nieruchomieją źrenice. Rękami chwytam się ławki, mdło mi się robi w
duszy i tak smutno i fala jakaś wzbiera mi w piersi, dławi w gardle i
ściska. Suchemi oczami patrzę, patrzę ciągle. Jaka ona podobna, coraz
podobniejsza, coraz młodsza, tamta...

Nagle rozległo się gdzieś nademną przekleństwo furmana; huk zbudził się
we mnie, jakby Halle się ocknęły i z krzykiem rzucały ku mnie. I
przypomniałem sobie gdzie jestem, zerwałem się z miejsca i pobiegłem
przed siebie, wprost w Halle, byle dale; od tej... i od tamtej.

--_Va, sale bête_.

Dogonił mię tylko ohydny śmiech i złorzeczenie.

................................

I znów począłem iść, iść bez przerwy. Wyobraźnia moja, jak motyl bez
skrzydeł, legła ranna śmiertelnie i nie zrywała się więcej. Szał odszedł
mię, a zmysły postrzegały wszystko z jasnością przerażającą. Ale nad
wszystkiemi wrażeniami górowała nieprzeparta, w całej krwi rozlana myśl:
iść, iść. Ta myśl wszechmocna dała mi jakąś potęgę ciała,
niezniszczalność mięśni. Szedłem krokiem sprężystym, jędrnym, jak
wyćwiczony żołnierz. Jak długo szedłem, nie wiem. Nie myślałem o niczem,
nie czułem nic. Tylko chwilami zdawało mi się, że po drugiej stronie
ulicy w mroku prześlizguje się cicho taka sama postać błędna, idąca bez
celu, potępiona. I byłem jej wdzięczny, że idzie ze mną i nie trwożyła
mię wcale, jakgdybym ją znał od wieków. Chciałem się zbliżyć do niej i
przeszedłem przez ulicę: przyspieszyła kroku. Począłem iść prędzej:
pobiegła. Zacząłem biedz--i znów rozpoczął się pościg, aż w mroku
gęstszym widmo odwróciło się, spojrzało mi w twarz i znikło. Lecz na
karku jego widziałem swoją twarz, swoje oczy, nienawiści pełne i
pogardy. I zrozumiałem, że to dusza moja uciekła odemnie. Trwoga
nieludzka mię ogarnęła znowu, która ścina krew w żyłach i ciału
kamienieć każe; zdało mi się, żem skonał już i lada wiatr, co kłosa
rosnącego w ziemi nie zakołysze nawet, trąci mnie lekko, zdmuchnie i
rozkruszy.

Nagle z załomu ulicy jakiejś wyleciał wiatr--i zdało mi się, jakgdyby
ktoś ostrze chłodne przesunął mi wzdłuż--między duszą a ciałem. Zmąciło
mi się wszystko; przypadłem do muru. A kiedy omdlenie przeszło i
poczułem, że żyję--zerwałem się i począłem biedz, byle uciec z tej nocy
bezkresnej, zabójczej.

................................

...Przybiegłem nad rzekę. Ognie latarń nadbrzeżnych paliły się w falach
i rzucane wiatrem tańczyły koło brzegów jakieś szalone zaloty. Środek
rzeki był czarny, głęboki, tak że odbite blaski gwiazd zginęły gdzieś w
tej otchłani. Przechyliwszy się przez poręcz, opuściwszy głowę, z
której wiatr strącił mi kapelusz, trzymałem się prętów baryery i nie
mogłem spuścić oczu z rzeki. Kocham i boję się tej głębi. I dla tego że
wiem, że kiedyś muszę się w nią rzucić, że wiem, że woda ta jest zimna,
dławiąca, duszna--trzymałem się rękami mostu i patrzyłem z zachwytem i
dreszczem. Śmierć w wodzie... tak, ona czeka mię na pewne. Gorączce
mojej raz warto dać ochłody. Uderzy mię zimno ze wszech stron,
wstrząśnie mną nagle aż do głębi myśli, a potem zacznie się coś szarpać
wewnątrz mnie i wyrywać i szamotać strasznie, aż mimowoli otworzę usta,
i napiję się wody--i wtedy wszystko zgaśnie. Dobroć jakaś, łagodność,
jasność mię otoczy i w oczach będą mi latały obrazy, szybkie, piękne. I
będę chwilę znów żył tem dzieciństwem, co tak prędko przeszło, i zobaczę
śliczne słońce, które ścigałem dawniej po tapetach mieszkania i pudla
swego zobaczę. A kiedy teatr ten się skończy i zasłona zapadnie, nie
będę już czuł ani zmory, ani zimna, ani opuchlizny, od której
nabrzmiewać będę. Dobrze...

Nie, nie, nie... Wiedziałem przecież, że to nie dziś jeszcze, a jednak
na sam widok tej wody podemną drętwiałem i kurczyły mi się palce koło
prętów. I wtedy, gdy będę skakał z tego mostu--bo na pewno zeń skoczę--w
głębię, w spokój, kląć będę jeszcze i rzekę i siebie i wyciągnę ręce,
aby ją odepchnąć. I wpadłszy, wyć będę jeszcze wszystkimi głosami duszy
o ratunek, i przed wodą zadławi mię strach. A jednak nie mogłem ztamtąd
odejść, i wtedy... znów tam przyjdę.

--Co pan tu robi?

Przedemną stał robotnik, z oskardem i łopatą na ramieniu. Spoglądał na
mnie bystro.

--Przyglądam się rzece.

--Tak... a gdzie pański kapelusz?

--Wpadł do wody.

--A gdzie pan mieszka?

--Na rue des Ecoles.--Nudziły mię te pytania i ciekawe spojrzenia, lecz
doprawdy nie miałem jakoś siły się gniewać. Odwróciłem się od rzeki i
zacząłem sam pytać:

--A pan dokąd idzie?

--Do roboty.

--To pewnie już będzie szósta?

--Jest szósta.

Wreszcie! Tak, musiała być już szósta, bo spostrzegłem dopiero, że
żółknie zlekka wschodnia strona nieba. Rozmowa się urwała.

--Przechodzę przez Boul. Mich'. Panu zdaje się nie dobrze--niech Pan
idzie ze mną.

--Nie, ja wolno chodzę; lubię sam chodzić.

Stał parę chwil bez ruchu i nie decydował się, co ma zrobić. Patrzył mi
badawczo w twarz--miał ogromnie sprytne oczy. Dodałem więc:

--Może pan iść śmiało. Daję panu słowo, _to_ jeszcze nie tej nocy.

Popatrzył chwilę jeszcze. Odszedł. A ja stałem jeszcze długo, dygocąc z
zimna rannego.

Świtało. Niebo przystrajało się do dnia, powoli nasiąkało światłem,
błękitniało, aż powlekło się złotem i czerwienią. Z przepychu tego
ulicom dostawała się tylko grzązka, mglista szarość, w której bez blasku
płonęły żółte latarnie. I ponuro ciągnęły się jednostajne kamienice,
straszne i bardziej martwe niż w nocy, kiedym wieszał na nich swoje
widma. Ale widziałem już dość, a nim doszedłem do końca ulicy,
rozświetliło się wszystko. I mogłem wracać; wróciłem. I oto siedzę w
swym pokoju w szarym brzasku, co jak błoto wciska się zewsząd.

Gdybym wszystkie noce trawił na rozpustę, nie byłbym tak zmęczony,
bezsilny. Poprostu z blaskiem dnia odeszła odemnie cała moc, i znużenie
rzuciło się na mnie, jak na łatwą zdobycz. Mimo chłodu, oblewa mię pot.
Stopy mam poodbijane, ranne i w karku jakieś osłabienie, schylenie, żar,
jakąś chęć rzucenia się na wznak, aby leżeć bez ruchu, bez dreszczu na
czemś twardem, jędrnem, zimnem. Wszystko omdlewa we mnie jakby na śmierć
i znicestwia się.

Lecz zanim spadnie sen, długo jeszcze nad oczami memi trzepotać się
będzie, jakby szelestem skrzydeł uciszyć wpierw musiał myśli--i te,
które szydzą i te, które płaczą, i te które przeklinają. I zanim zasnę,
słuchać będę tych myśli: i tej szydzącej, która szepnie mi, żem podły,
bo od zbawienia uciekłem--i tej płaczącej, która przypomni, żem
nędzny--i tej przeklinającej, która spyta: czemu, czemu?--i odpowie, że
cudzych losów zagadkowy skręt, to jest moja nędza.

A! Spijmy...


_Dnia 12 stycznia._

Uspokoiłem się znacznie. Onegdaj przeleżałem prawie dzień cały,
zapuściwszy story. Wczoraj byłem »normalny«. Miałem nawet gości. Jestem
bowiem dobrym przyjacielem. Odkąd te zaręczyny stały się głośne w naszej
kolonii, postanowiłem wyprawić dla narzeczonych mały wieczorek. Wczoraj
to uskuteczniłem. Miałem wiele zachodów, bo ona jest jeszcze chora i
musi wystrzegać się w jedzeniu. Pół dnia przesiedziałem w kuchni swojej
gospodyni, przeszkadzając jej uwagami i ostrzeżeniami. Ostatecznie
zebranie udało się dobrze i wszyscy, kto miał przybyć, przyszli, bo dla
Turskiego wszędzie są jaknajżyczliwsi. Był Poliński, doktór Korzycki,
Starzewicz, koleżanka Łużecka z Woydówną, Kloss z żoną...

Przy wejściu dałem Zaleskiej bukiet z samych prawie żółtych róż, ale ona
ma takie zamyślenie w oczach, że nie widziała koloru i nie zrozumiała
symbolu. Dzisiaj jestem z tego kontent, bo byłaby zadziwiona i
zirytowana;--choć właściwie wszystko mi jedno, bo tu niema przecież mowy
o »nadziei«. Wznoszono toasty. Rozeszliśmy się dobrze po północy.

Za to wszystko zostałem wynagrodzony. Na pożegnanie, przekomarzając się
niby z Władkiem, podała mnie, tylko mnie, rękę do pocałowania. Ma
niezmiernie delikatną dłoń. Samo dotknięcie tej skóry jest pocałunkiem.
Palą mię trochę usta i czoło, bo zdaje mi się, że jestem już nędzarzem,
któremu rzucono ogryzki z pańskiego stołu.

Z całego jej zachowania, dawniej i teraz--widzę, że ona ma dla mnie
ogromną przyjaźń. Wiem dobrze, że nie zawdzięczam tego sobie, lecz
Władkowi. Władek ma o mnie bardzo wysokie wyobrażenie; wierzy w mój
talent i zdolności, ceni mój charakter i kocha mię rzeczywiście.
Odmalował mię w takich barwach, że i jej udzieliła się jego przyjaźń.

To jednak śmiesznie przykre zawdzięczać odrobinę, którą się ma, temu, co
wydarł nam wszystko. Jestem na łaskawym chlebie z odpadków jego uczuć.


_Dnia 13 stycznia._

Nie dostałem nigdy w twarz--lecz zdaje mi się, że pręgi policzka pieką
mniej od drogi, którą ściekły mi te łzy. Kilka razy podchodzę do lustra,
aby spojrzeć, czy twarz jeszcze gładka, czy nie tryśnie z niej smugami
krew. Wstyd płomienny położył mi na lica rozognione palce, i ciśnie i
pali.

Wczoraj zachęcony moim przykładem Poliński urządził również mały
wieczorek. Ma on tu mniej znajomych, więc byliśmy tylko _en famille_, we
czworo. Przy kolacyi Poliński i ja staraliśmy się zabawić tych gości,
lecz było to niemożliwe: oni najlepiej bawią się sami--pocałunkami.

Dopiero wczoraj zrozumiałem z całą dokładnością, że niczem, niczem nie
zwrócę jej uwagi. Wprost nie tylko nie mógłbym wyrwać jej miłości, ale
teraz nie mogę jej zmusić nawet do tego, aby choć na chwilę zapomniała,
że jest zakochaną. W niej zabita jest do szczętu wszelka ciekawość, ma
raz na zawsze spuszczone powieki. Choćbym głowę roztrzaskał przed nią,
nie zobaczy tego nawet.

Gdy sprzątnięto ze stołu, Poliński u nóg jej położył dużą skórzaną
poduszkę; Władek, niby żartując, ukląkł zaraz na niej, a myśmy się
dyskretnie usunęli w drugi koniec pokoju i paliliśmy papierosy,
słuchając w półcieniu ściszone odgłosy pieszczotliwej ich rozmowy.
Widziałem, że Władek położył głowę na jej kolanach i rękami ująwszy ją
za szyję, przysunął jej usta do swoich. Była to śliczna grupa... z
lichej gliny, bo przecież on jest brzydki.

A myśmy tymczasem z Polińskim rozmawiali po niemiecku--oni nie rozumieją
tego języka--i instynktownieśmy czuli, że trzeba mówić rzeczy
bezwstydne, sprośne, aby znieść spokojnie ten widok. Przynajmniej odrazu
trafiliśmy na ten wyuzdany ton i przy tych zakochanych wspominaliśmy
dumnie najbezczelniejsze nasze wyprawy i doświadczenia. Śmialiśmy się
kilka razy do rozpuku... z naszych wspomnień, z ich miłości. Mimo to,
obaj czuliśmy dreszcz w ciele i pot na skroniach. Mnie przebiegały parę
razy przed oczami czarne plamy; po kawie to przeszło.

Gdyśmy już wychodzić mieli, spotkała mię wielka przyjemność. Dokuczyłem
trochę Władkowi. Ona przed lustrem przymierzała kapelusz. Poliński
świecił jej lampą, ja stałem z drugiej strony, trzymając zarzutkę.
Władek, który się wcześniej był ubrał, chciał się do niej zbliżyć. Pod
pozorem, że będzie pieszczotami przeszkadzał, a czas już iść, nie
dopuszczałem go do niej--pierwszy raz mogłem go nie dopuścić. Pchnął mię
kilka razy, naturalnie żartem. Nie drgnąłem z miejsca. Po tej utarczce
byłem bardzo blady: to z zadowolenia, żem był silniejszy--i z odwagi.
Ściskałem bokser w ręku.

Wyszliśmy we troje od Polińskiego i najpierw odprowadziliśmy Zaleską.
Towarzyszyliśmy jej aż na schody, aby świecić zapałkami. Z Turskim
pożegnała się już w drzwiach pokoju: w ciemności zapałki zgasły. Potem
odprowadziłem Turskiego, który miał zdaje mi się ogromną ochotę mówić i
wywnętrzać się--ale ja byłem milczący i zły, więc rozmowa się rwała.
Mówiliśmy trochę o głupstwach, o Polińskim. Potem zostałem sam i
poszedłem do domu przez Boul.-Mich. Tu jeszcze było gwarno. Studenci
siedzieli po kawiarniach na ulicy; dziewczęta szeleszcząc tanimi
jedwabiami uwijały się z kwiatami w rękach, goniły się po kilka razem
lub zaczepiały znajomych _amis_. Widok ten oblał mię jakby żarem. Odgłos
pieszczot przez wieczór cały rozkołysał mi zmysły, bolesny zawrót
ogarnął je, obudziła się żądza. Ani cienia rozkoszy nie było w tem
pożądaniu: nic, tylko nieprzeparta, maniacka chęć, aby ściskać, chwytać
jakieś ciało, ślizgać się po niem ustami, stopić się z niem, i giąć i
ginąć w nierozplecionych skrętach. Oczy zaczęły mi płonąć i piec
powieki: żar mię owionął duszny, jaki czasem przed burzą spada z
pochmurnego już nieba. Widocznie, że nie mogłem ukryć, co się ze mną
dzieje, bo kilkanaście dziewcząt zaczepiło mię odrazu. Wszedłem do Café
d'Harcourt. Tam gwar był jeszcze większy. W kącie przy stoliku siedziała
z jedną z »koleżanek« i jakimś studentem, Gabryela. Zbliżyłem się do
stolika. Gabryela, widocznie nie mając zamówienia, zerwała się, rzuciła
mi się na szyję, zaczęła mię zasypywać pocałunkami i wymówkami, żem tak
dawno u niej nie był; siadła mi wreszcie na kolanach i zaproponowała,
żebyśmy wypili butelkę Chablis z ostrygami. Powiedziałem jej do ucha, że
nie mam czasu ani ochoty, i że muszę i chcę wyjść natychmiast i żeby
szła ze mną, jeśli jest wolna.--_Pour toi, chéri!_ Zgodziła się wyjść
odrazu. Wyszliśmy; para przy stoliku zaśmiała się za nami w głos: _Vous
êtes bien pressés, vous autres!_

Po chwili byłem u Gabryeli. Mieszka zawsze bardzo blisko: na rue
Tournon. W obu pokojach u niej był straszny nieład i zaduch. Zdejmując
zarzutkę i stanik opowiadała mi, że wczoraj wróciła bardzo późno z
Bullier i musiała przyjąć na noc jedną koleżankę.--_Une amie c'est pire,
qu'un ami, tu sais?_ Wstały bardzo późno i nie było już komu sprzątać.

Gabryela postawiła świecę na stoliku nocnym i zaczęła porządkować i
układać pierzyny i poduszki rozrzucone po łóżku. Siadłem w sypialni na
fotelu i patrzyłem bezmyślnie. Na toalecie leżał rozsypany puder
fiołkowy i woń koło siebie roztaczał... Ta woń sprawiła mi ból prawie i
zdławiła odrazu pół żądzy. Fiołki... ulubione perfumy Zaleskiej.

Tymczasem Gabryela ułożyła łóżko, zakrzątnęła się jeszcze po pokoju,
wypiła zapomniany gdzieś na stole kieliszek likieru i pocałowawszy mię
głośno w usta, zaczęła się rozbierać, ziewając:

--_On est rentré tard, je t'avais dit._

Nie ruszyłem się z miejsca.

Gabryela rozebrana wskoczyła na posłanie i wyciągnęła się jak długa.
Koszula odpięła się jej na ramieniu i prawa pierś wychyliła się okrągle.
Bodaj zrobiła to naumyślnie, bo ma i pierś i ramię prześliczne. Biodra
smukłe rysowały się przez batystową koszulę wyraźnie. Twarz jej
zasłaniał cieniem róg poduszki.

Patrzyłem jeszcze chwilę na nią, i żądza znowu ogniem mię przebiegła.
Zerwałem się ubrany jeszcze, aby całować, ująć, pochwycić to ciało,
które ku mnie wynurzyło się z bieli. Wpijałem usta do jej ust i
piersi... gdy ostatnia zabłąkana smuga fiołkowej woni owinęła mi duszę i
dusić poczęła mi oddech:

Zamiast Zaleskiej biorę prostytutkę...

Żądza zgasła--jak zdmuchnięta świeca. Łzy schwyciły mię za gardło,
wybuchnąłem płaczem, rykiem ohydnym, niepowstrzymanym.

--_Mais qu'as tu donc? T'es fou._

Tak!... Uciekłem, zbiegłem ze schodów, jak szalony--jestem w domu,
zamknąłem się na klucz. Łzy już wyschły--ale palą. Wycisną mi chyba na
licach pod oczami piętno na wieczność całą. Wszystka duma moja stopiła
się w tych łzach. Ktoby chciał, mógłby plunąć mi w twarz, bo tak płacze
tylko niemoc, nędza, miłość, która nawet przed ulicznicą nie wstydzi się
hańby, że jest pogardzona.

Więc ją kocham? Kocham Zaleską?--Zapewne.


_Dnia 15 stycznia._

Od kilku dni kręci mi się przed oczami jedna myśl, decyzya prawie,
zagadnienie. Czy ja mógłbym Zaleską uwieść? Jest-że to możliwe, czy też
nie? Wzgląd na Władka nie gra tu żadnej roli; nie uznaję innego
obowiązku, oprócz swej chęci, i on może tu być najwyżej przeszkodą lub
tryumfem. Idzie tylko o to, czy rzecz jest możliwa.

Badałem szanse. Ona jest zakochaną, prawie bez pamięci--to jest źle; są
dopiero zaręczeni i mają tak zostać długo--to jest dobrze. Jestto bowiem
ciągłe podrażnienie nie zaspokojone, ciągły śpiew na wysoką nutę, który
nuży gardło. Może nadejść taka przelotna chwila, gdy ona poczuje, że
śpiewak jest zmęczony i trzeba go zluzować: to może być podwaliną
zwycięztwa.

Jestem raczej brzydki, niż piękny, ale nie mam w sobie nic odrażającego
i siły mi nie brak. Jestem wymowny i mam pewną aureolę talentu, która
może mi pomódz. Zobaczę, czy muza moja zdatna na stręczycielkę. Jestem
wytrwały... Zdaje mi się, żem sobie nie podchlebił.

Właściwie rozumowanie jest tu niepotrzebne. Nie ma rzeczy niemożliwych,
są tylko bardzo trudne. Im większa stawka, tym większa wygrana. Zacznę.
Jeśli przegram, nie stracę nic, bo nic nie mam. Jeżeli wygram... Tak
cicho, abym sam siebie nie słyszał, szepcę czasem słowa, które wtedy na
usta mi wystrzelą. Może jakaś nowa moc, wielkość zrodzi się we mnie,
krwią i ciałem nasyci me widmo, i stworzy, i przywoła do życia. Może ona
jest życiem--i dla tego bez niej zewsząd jest tylko trwoga, rozpacz i
śmierć. Więc trzeba działać, bo lepszy jest zły czyn od najpiękniejszego
marzenia.

Zastanawiałem się już nad sposobami wykonania planu. Roztrząsam to na
zimno, jak równanie. Droga gwałtowna, zaklęcia, listy jest wykluczona.
Ona jest na to za łagodna, za dobra i trochę... za głupia. Zresztą...
Władek. Działać można tylko powoli, zwolna, krok za krokiem, jak fala,
która pieści i podmywa brzegi, zanim je zatopi. Należy im nie odmówić
tej przyjemności, którą tak lubią, i żyć z nimi, jak najbliżej. Trzeba
wejść do tej rodziny... we troje, aby później zostać można bez
trzeciego.

Ta droga jest przykra i grozi mi paleniem skroni przez czas długi, lecz
jest jedyna, a zatem dobra.

Będzie to... ćwiczenie z algebry psychologicznej.


_Dnia 16 stycznia._

Wczoraj byłem z nimi w teatrze. Kupiłem bilety; dla Zaleskiej
przyniosłem mój zwykły bukiecik. Działałem w myśl swego planu, choć
coraz więcej widzę, że _contra spem spero_. I on, i ona są jakby
opętani; wszystko, co się koło nich dzieje, dochodzi ich, jakby
stłumione i dalekie. Szedłem przy niej, ale wszelka rozmowa, zarówno we
dwoje, jak i we troje rwała się bez przerwy, jak między obcymi. Były
chwile w tej drodze, że mi ręce drżały, jakgdybym chciał schwycić--wroga
lub siebie--za gardło i zadusić. W teatrze oni mieli oczy spuszczone i
trzymali się za ręce pod parapetem. Ja... ja słuchałem opery i na moją
duszę, nie przeszkadzałem im wcale. Wracając mówiliśmy trochę więcej...
o muzyce, o poezyi, o sztuce. Władek, który nieco ochłonął i bardzo
lubi moje wiersze, prosił mię, abym im coś powiedział. Naturalnie
zgodziłem się chętnie i powiedziałem ten smutny, napisany na Wiliją.

    Na niebie mojem chmury...

Wiersz się jej podobał, tylko się dziwiła, czemu piszę takie rzeczy
ponure i rozpaczliwe. Czy mi źle z nimi, wśród przyjaciół? Piekło! Ale
Władek, który mię kocha coraz więcej, ogłosi mię niedługo za pierwszego
poetę w Polsce.

Kiedyśmy doszli do domu, Zaleska przypomniała sobie, że nie kazała
zapalić w piecu i w pokoju będzie zimno. Władek wszedł z nią na górę,
aby rozpalić ogień. Czekałem na niego kilka minut, aż wreszcie znudziło
mi się stać na mrozie, znudziło czysto fizycznie--i odszedłem. Chodziłem
długo nad Sekwaną i myślałem. Myślałem, dla czego Sekwana nie zalewa
brzegów.

................................

Przed chwilą wyszedł ztąd Poliński. Przybiegł z plotką. Spotkał się na
obiedzie z Turskim. Turski był strasznie zgorączkowany: biega po
wszystkich urzędach Paryża, wyrabia dla siebie i narzeczonej dokumenty.
Ślub odbyć się ma koniecznie jeszcze w tym miesiącu.

Czy rozumiesz?

Czy rozumiesz, ty podła, trupia masko!?



HAMLET.


Hamlet.

Dyrektor wielkiej przędzalni Senger & C-ie w Pabianicach wstał, jak
zwykle, o godzinie siódmej. Buty elegancko świecące i ubranie
przygotowane były z należytą punktualnością.

Kawa, której dyrektor wielkim był amatorem, była mocna; masło--świeże i
zimne, bułki--chrupiące; posiłek ranny najmniejszego powodu
niezadowolenia mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor włożył kapelusz,
przejrzał się w lustrze, musnął cokolwiek siwiejące już wąsy, i
widocznie zadowolony ze swej postaci, wolnym krokiem do fabryki się
udał. Tam też wszystko we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny były
w pełnym biegu, robotnicy na miejscach swoich. Dyrektor obszedł
wszystkie sale, wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do wydziału
administracyi, gdzie go o niewielkiej, zawsze jednak korzystnej zwyżce
zawiadomiono; w końcu wrócił do swego laboratoryum, gdzie się główne
jego zajęcie skupiało. I tu miara powodzeń się nie przerwała;
przeciwnie, wiadomości były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce. Zaraz
na wstępie powitał go pomocnik chemika radosną nowiną, że nowa farba
»trzyma«. Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora, który od dawna się
trudził, aby drogą, rektyfikowaną benzynę tańszymi materyałami zastąpić.
Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem udało się otrzymać
równie piękny błękit, jak ten, który znacznym kosztem z zagranicy
sprowadzano. Pozostawało zbadać, czy barwnik da się do tkanin
zastosować. Dyrektor zrzucił marynarkę, wdział ceratowy fartuch, i z
namaszczeniem zasiadł do pracy przed stołem zastawionym próbkami,
kolbami, flaszkami. Robota aczkolwiek nie trudna, zajęła jednak dość
czasu. Trzeba było z każdej flaszki wylać kropel parę na długie
zabarwione nową farbą paski sukna, suszyć je na słońcu, badać przez
szkła, zapisywać i porównywać rezultaty. To też kiedy dyrektor próby
swoje skończył i z lubością na fotelu się przeciągnął--było południe.
Rozległ się dzwon oznajmiający robotnikom obiad i godzinny odpoczynek.
Dyrektor spojrzał na zegarek, przekonał się, że sygnał obiadu dany
został punktualnie i zaczął się namyślać, co robić z dwiema godzinami,
które mu jeszcze do chwili obiadu pozostawały. Pracę skończył, do domu
nieuporządkowanego wracać nie lubił, zdecydował się więc wstąpić do
biblioteki.

Biblioteka była dziełem samego dyrektora, który w początkach swego
dyrektorstwa dość żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując swoje
obowiązki, wymógł na kompanii kapitalistów, że dali na bibliotekę salę i
zgodzili się z rocznego obrotu pewną sumę na zakup książek wyznaczać.

Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo nieźle się wiodło; były
książki, byli i czytelnicy. Powoli jednak, bez widocznego powodu, jad
ospałości się wcisnął; robotnicy wrócili do szynkowni, oficyaliści do
kart, książek kupowano mniej, i już od roku rzadko można było kogo
zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł do sali, pustka tam panująca
niemile go uderzyła: był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia, które od
rana duszę jego otaczało.

Wziął ze stołu »Kuryer« i zabrał się do czytania: warszawska brukowa
gazeta stanowiła jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną
animuszu kronikę polityczną, przerzucił część rozporządzeń urzędowych,
doszedł do doniesień osobistych, gdzie na pierwszem miejscu, wyczytał:
»Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn p. Zygmunt Rosicki na dni kilka
do miasta naszego zawitał. Z Warszawy udaje się na letni wypoczynek do
majątku swojego w kieleckiem«.

Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki był jego uniwersyteckim
kolegą, i dźwięk tego nazwiska odrazu przerzucił mu myśli o dwadzieścia
lat wstecz, w dawno upłynione chwile wspólnie spędzonej młodości.
Napróżno próbował czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak węże, jedno po
drugiem wślizgiwały mu się w duszę. Odłożył gazetę, machinalnie podszedł
do okna, spojrzał na podwórze, gdzie grupami siedząc na cegłach
obiadowali robotnicy, i począł chodzić zwolna po pustej, cichej sali.

Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała nagle w oderwanych
obrazach jaskrawych i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia
przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane i spojone, zda się,
w jedną całość, stanowiło jego przeszłość, jego życie, powstawało
rozbite na części i porozrywane: jedno życie rozkładało się na sceny
obce sobie, jak figury kalejdoskopu.

Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem, pełnym wygórowanych acz
nieświadomych nadziei, niespełnionych marzeń, młodzieńcem, któremu wolno
nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym ciężarem kładących się na duszę! I
wyobraźnia rysowała mu własną jego postać, nie tę, jaką widział w
lustrze i której kłaniali się obywatele pabianiccy, lecz tę, która tam
przed laty, w starych murach akademickiego grodu, myślała i żyła,
cieszyła się z pochlebstw przyjaciół, cieszyła sie z śpiących na dnie
piersi sił, które ockną się kiedyś i pójdą niewiadomo gdzie, lecz zawsze
po zwycieztwo. Młodość jest wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i
nieświadomie upiększa sobie życie potęgą wielkich słów, których
działania zda się niewiedzieć, jak lufa nie zna działania zabójczych
kul, które wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo,
ludzkość--wszystkie hasła, które dla dorosłego człowieka, świadomego cen
życia, rzadkim są pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa. Uścisk
służącej w ważkim korytarzu--to miłość; serdelek pokropiony szklanką
piwa--to rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom--sława. Błogosławione
kłamstwa! ... lecz biada tym, którym ambitna żądza zapomnieć nie da, że
te słowa--to tylko fałszywie ponaklejane etykiety, które odjąć trzeba,
gdy handel idzie na seryo. Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości:
rozkoszy, miłości, sławy ... i życie im nie odmówi: dostaną małżeństwo z
przyzwyczajenia za miłość, drugorzędną restauracyę za rozkosz,
kuryerkową pochwalę za sławę. Rosicki znakomitym uczonym! Dobre to
kadzidło dla tłumu, który zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku
nazwiska, którego nie słyszał nigdy. On przecież wiedział, bo za ruchem
naukowym śledził machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych.
Całe życie spędzone w jednej myśli, poświęcone odnalezieniu jednego
prawa, jednego objaśnienia, cała praca rozpalonego przypływem krwi
mózgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia--zaklęta w długich szeregach
cyfr i wierszów, które przeczyta równy autorowi szaleniec po to, aby
nazwać prawa pierwszego błędem, rachunki--fałszem, oczekiwania--ułudą. A
nad obydwoma za lat parę przejdzie potężnie tłoczący walec czasu; ktoś
jeszcze może o nich wspomni, choć dla niego życia w pracach ich nie
będzie. Minie jeszcze lat kilka i nazwiska ich porosną wiecznem
zapomnieniem, jak zarasta wydeptana w trawie nogą wędrownika ścieżka, po
której nikt nigdy nie przejdzie. Oto był los tego, na kim w młodych
latach zdawał się leżeć promień nieśmiertelności, on to był przecież,
który w ciszy pokoju, oderwawszy się na chwilę od pracy, mówił do siebie
cichemi i drżącemi ustami, że ślad jego nie zaginie, że ręka, która
wyrwie naturze prawdę, sterczeć będzie świetlana z nocy zapomnienia
długo, długo--może wiecznie. A jednak ten homunkulusowy gieniusz był
szczęśliwy; dyrektor widział go przed rokiem: był przekonany o ważności
i potrzebie prac swoich, wierzył w miniaturowe prawdy, które głosił, był
upojony wzmiankami i pochwałami gazet. Był szczęśliwy--szczęśliwością
skazańca, który idzie na nieznaną śmierć z zawiązanemi oczami. Dyrektor
czuł teraz dla przyjaciela swego dziwną zazdrość, której mękę łagodziła
tylko wyrafinowana rozkosz i duma, że on tak szczęśliwym być nie mógł.
On widział teraz, gdy wspomnienia młodości wionęły mu na duszę, jak na
spopielone ognisko, gdy w roznieconym ogniu odżyły dawne marzenia, że
życie ich zawiodło, nie dało im nic, nie zbliżyło na krok do wielkich
świateł, ku którym płynąć chcieli.

Z gorączkową niecierpliwością, zagłębiony w siebie, zaczął rozdzierać na
kawały swe życie, badać każdą chwilę, każdą myśl, każde wzruszenie,
wszystko, co przeżył przez lat dwadzieścia. Badana z nienawiścią,
oświecana blaskiem znów rozgorzałych marzeń powstawała teraz przeszłość
o barwach trupich, o kształtach zgiętych i spodlonych.

Jakiem było to jego życie, za które go chwalono i na wzór dorastającej
okolicznej młodzieży podawano!.. Czyż od chwili, kiedy po raz ostatni z
murów wszechnicy zabrzmiały za nim hasła świetnej młodości, nie był to
jeden nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie w trzęsawisku codziennych
trosk i codziennych rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny
żywot i wstąpił do fabryki, początkowo jako bezpłatny praktykant, miał
chociaż jedną chwilę, które; by mógł powiedzieć: »stój jesteś piękną«? O
tak; przebiegał szybko stopnie hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na
jej niewysokim szczycie; miał coraz, więcej pieniędzy i coraz mniej
marzeń i nadziei, jadał coraz lepsze kolacye, spędzał noce u coraz
droższych dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich czasów; a prace?
Pracował nad farbowaniem perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy
błękit, doglądał biblioteki, założył szkółkę. Pusta sala czytelniana i
szkółka z dziesięciorgiem leniwych dzieci, to było wszystko, co w życiu
swem stworzył i czego dokonał... Później znudziły go kolacye i
dziewczyny, znudziła samotność obszernego mieszkania, więc postanowił
się ożenić. On, którego wyśmiewali trochę koledzy za romantyzm, za to,
że szukał w kobiecie poezyi, niepowszedniego wdzięku, ożenił się z
najprzeciętniejszą panną, córką swego byłego zwierzchnika, ożenił z
nudów i przyzwyczajenia, bo swoją przyszłą codzień przy obiedzie
widywał. O miłości, uczuciu, o namiętnem, pełnem męki pożądaniu nie było
tam mowy. Było to małżeństwo jakich wiele, jakie wszystkie.
Przyzwyczajenie, przyjaźń, oparta na przyzwoitości, sympatya towarzyska
była jedyną treścią ich stosunku. Pożycie małżeńskie płynęło im
spokojnie i szczęśliwie, od chwili kiedy ją, wiedzącą wszystko z książek
i ledwie drżącą wprowadził po raz pierwszy do sypialni, aż do dnia
dzisiejszego, kiedy posuwający się wiek rzadszymi uczynił wybuchy
czułości. Nie zdradziła go żona--wiedział o tem; nawet myśl podobna nie
przesunęła się nigdy przez jej umysł; był że to dowód miłości i
przywiązania? Chłodne z natury miała zmysły--a zresztą na tem pustkowiu,
gdzie się osiedlili, nie miała z kim go oszukiwać; nie upadła, bo droga
jej była równa i prosta.

I poczuł nagle dziką złość do kobiety, która była jego żoną, złość za
wszystkie niedoznane pieszczoty miłości i męki zdrady, za dziesięć lat
spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze ciepłych i zawsze otwartych
ramionach.

Nie, nie miał racyi złorzeczyć jej. Czyż nie dbała o jego wygody, czyż
nie dawała mu dowodów uległości, czyż nie obdarzyła go dwojgiem dzieci,
które od lat ośmiu krzykiem, i kłótniami dziecięcemi zapoznawały go z
rozkoszami ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła mu na pamięć, że
obiecał był wcześniej do domu powrócić i po obiedzie z rodziną udać się
do pobliskiego lasu. Nagle wyobraźnia, jak znarowiony koń rzuciwszy się
w bok, jaskrawo i dobitnie przedstawiła mu obraz takiej rodzinnej
wycieczki...

...Po rżysku, oblanem promieniami zachodzącego słońca, idą dzieci,
prowadzone przez guwernantkę; za nimi w odległości kilku kroków, on, pod
rękę z żoną, której nie ma nic do powiedzenia, prócz zapytań, co będzie
dziś na kolacyę lub jutro na obiad. Słońce rzuca coraz krwawsze blaski,
z ziemi wilgotnej po deszczu powstają fioletowe opary, nadając odległym
drzewom fantastyczne kształty widm; zbliża się pełna uroku godzina
zmierzchu; oni nie widzą, nie czują, wszyscy idą spiesznym krokiem,
skarżąc się na zimno: herbata na wieczerzę przygotowana, wystygnąć może.
Nie takiem okiem i sercem spotykał niegdyś wschodzącą noc!!...

Wzdrygnął się przed tym obrazem dyrektor, i jakby pragnąc odeń uciec
wyszedł gwałtownie z sali. Chciał iść gdziebądź w pole, ale mimowoli
tyloletniem przyzwyczajeniem wiedziony skierował się przez podwórze do
domku swego, naprzeciw fabryki. Nie widział ukłonów składanych mu przez
robotników i oficyalistów, przeszedł ogródek, który dworek jego otaczał,
i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące do mieszkania;
nerwowo, silnie, dwukrotnie zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły. W
drzwiach ukazała się sama pani domu, elegancko ubrana; w ręku trzymała
miotełkę--znak, że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich kłopotów
jeszcze nie ukończyła. Powitała męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń
usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor nie miał jednak humoru do
pieszczot. Na uśmiech nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie bez
zwykłej czułości, i nic nie mówiąc wszedł do swego gabinetu. Żona nie
próbowała nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała, że mąż
najłatwiej sam się uspakaja, zamknęła więc drzwi i do przerwanej roboty
wróciła.

Dyrektor tymczasem dalekim był do uspokojenia; przeciwnie, spotęgowały
się jeszcze rozstrój i niezadowolenie z siebie w domu, gdy codzienne
życie mocniej go objęło. Przeszedł kilkakrotnie pokój szybkimi krokami,
rzucając dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu zmęczony usiadł
przy biurku i znów zagłębił się w ponurą zadumę.

Tak; zmarnował życie; czuł to aż nadto dobrze; zapóźno już teraz, gdy
czwarty krzyżyk do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą, czyż
warto? Gdzież pewność, że nie byłby po raz drugi zawiedziony gorzej, niż
teraz? Gdyby można porzucić szalone marzenia, zgodnie zadawalniać się
tem, co życie dało: spokojnem ciepłem domowego ogniska, względnym
mieszczańskim dobrobytem, tem wszystkiem, co położenie jego dla wielu
zazdrości godnem czyniło! Nie czuć, nie myśleć, nie przypominać sobie...
w bezmyślnym spokoju dobrze karmionego zwierzęcia korzystać z okruszyn
życia byłoby najlepiej! Wszak upływały całe lata, kiedy podobne myśli do
głowy mu nie przychodziły, gdy żył, jak inni, z zimną głową i jak inni
był szczęśliwy. Niestety, spokój długich lat zatruć mogła jedna taka,
jak obecna, godzina.

Bezcelowy wzrok podniósłszy z ziemi, obrzucił nim cały pokój: wstrętnemi
mu były drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka stojące na
biurku, te wszystkie oznaki średniej zamożności, upiększającej swe
siedlisko parodyą bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok jego
przesunął się po biurku i padł na rozłożoną książkę. Książka ta zwróciła
jego uwagę. Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem czytał w
gabinecie, lecz co, nie pamiętał. Wziął rozwartą książkę, spojrzał w
nią--był to tom poezyi Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwilę po
otwartej stronie, w końcu zatrzymały się, jakby przykute: »Trzeba być
Bogiem lub nicością«.

...Tak, gdyby, nawet całkiem inaczej życiem swem pokierował,
niezadowolenie, wieczny wielkich żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani
na chwilę... Teraz zrozumiał się jasno. »Trzeba być Bogiem, lub
nicością«.

Bogiem niemożliwa, nicością zostać łatwo. Jedna krótka chwila bólu,
chwila pasowania się życia ze śmiercią i później wieczna noc: zniknie i
rozprószy się, jak zdmuchnięty płomień.

Pociągnęła go ta myśl. Napróżno? nadludzkim wysiłkiem duszy chciał
odczuć to, co będzie czuł, gdy czuć przestanie, chciał Odczuć siebie,
jako zimnego trupa; wyobraźnia smagana biczem woli, cofała się z
drżeniem przed nieuchwytnością śmierci. A jednak ten przeraźliwy spokój
i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć tak z zamkniętemi oczami, z
rozchylonemi usty, z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy i
zgryzot, które po jego śmierci, jak dawniej, będą dusiły ludzi w
wiecznej z sobą walce, wyrwać się wszystkim myślom, które dręczą, uciec
tam żalowi za młodością, za siłami, które znikły, za marzeniami, które
się rozpłynęły--co za rozkosz! Czyż nie przyjemna, że śmierć jego
zadziwi wszystkich, śmierć człowieka, który był bogaty, młody,
szczęśliwy, że go zaczną podziwiać, zanim nie nazwą głupcem, łub
waryatem, bo rozumieć nie będą?

Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały błyszczący rewolwer i z uwagą
zaczął mu się przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden otwór bębenka
ukryty w lufie, pięć innych świeciło niklowymi stożkami kul. Dość
zbliżyć lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie, jeden błysk i
grom, jedno uderzenie krótkie i druzgoczące, a kula przebije skórę,
wciśnie się w warstwy mięśni, strzaska szaniec kości, aż zmęczona walką,
obmytą w krwi odpocznie w miękkich zwojach mózgu. Z dziwną lubością
zatrzymał się na tym obrazie. Widział się leżącym na kanapie z ustami
szeroko rozwartemi, pełnemi na wpół skrzepłej krwi, z rysami
wykrzywionymi przez ból, z ręką daleko odrzuconą, z rewolwerem w
kurczowo zaciśniętej dłoni. Widział naokoło siebie domowników, zbiegłych
na odgłos strzału, żonę ze łzami w oczach, dzieci przerażone nowością
widoku, sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone drzwi, i gdy naokoło
niego krążyć będzie ten cały tłum, pełen zgryzot i kłopotów, które jutro
już inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego na prędkie
pocieszenie, on leżeć będzie spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, która
często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć--to ostateczny koniec jego
istnienia, przerwanie gwałtowne jego ja, które myśli, czuje i chce,
nawet ta myśl, która dziś jest w nim nie przeciśnie się przez spokój
grobu.

Dyrektor zanurzał się w otchłań śmierci, jak pływak nierozważny idący w
morze, które falą ruchliwą i wiotką, pieszczotliwą a figlarną otacza mu
kolana i biodra, łechce piersi, szyję całuje, to zbliża się, to ucieka,
a wabi zawsze. Za zmienną falą idzie odurzony pływak coraz dalej; nie
widzi, że uciekła mu już ziemia, nie czuje, że noga dna nie chwyta, że
fala do ust mu się skrada, tysiącem pereł oczy mu oślepia, do uszu
rozkoszne obietnice szepce. Jeszcze jeden krok--i roztwiera się toń,
która ma go schłonąć. Dyrektor zbliżył się już do tej granicy. Żądza
spokoju, niebytu, coraz potężnie; ogarniała mu duszę; błyszcząca lufa,
świecące ostrza kul zdawały się go hypnotyzować i usypiać zwykle nie
drzemiącą chęć życia. Wolną bezmyślna ręka zaczął kręcić bębenek
rewolweru; słuchał chrzęstu, jaki wydawała każda kula, stając przed
otworem lufy i znów przysuwał do lufy następną, jakby nie wiedząc,
której poruczyć wykonanie nieświadomego jeszcze, choć już zapadłego
wyroku. Znów obrócił bębenek dokoła; teraz wybierze trzecią kulę. Trójka
była zawsze jego ulubioną liczbą.

Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy głosik odezwał się: »Tatusiu,
mama prosi na obiad«.

Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer prędko rzucił na stół,
jak żak schwytany na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek. Była druga:
obiad podano punktualnie, godzinę już rozkoszował się przedsmakiem
śmierci. Ale teraz wykonać zamiar jawnem było niepodobieństwem: cały
obraz, który sobie wymarzył i ukochał, mógłby ulec zmianie: zresztą
dziecko przeraziłoby się strzału i strasznego widoku trupa. Nie iść na
obiad nie można; przyjdzie żona, zapyta o powód, zobaczy rewolwer; jeśli
się domyśli lub przeczuje, zaczną się płacze i spazmy. Najlepszem więc
zdało mu się udać spokój i siąść do stołu a zamiaru zaraz po obiedzie
dokonać.

Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu ułożył, rewolwer schował i
wyszedł do jadalnego. Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły gwałtownie
wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia mimo jego woli przyjemne na nim
sprawiła wrażenie: uderzyły go mile jasne tapety, których barwę
podnosiło łagodne światło słoneczne, przecedzone przez gęste story,
uderzył go zapach róż z bukietu, stojącego na kredensie. Duży stół
czysto był nakryty i symetrycznie zastawiony srebrnymi przyborami; na
środku pyszniła się waza; pokrywa broniła jeszcze parze wydostać się z
ukrycia i roznieść po pokoju woń podanej zupy.

Cały ten widok zamożnej jadalni podczas smacznego obiadu bił żywo w
najgłębsze struny ludzkie; zwierzęcości, zdawał się wysławiać wszystkie
rozkosze jedzenia... jak zachwycone nozdrza rozszerzają się z lubością,
aby wciągnąć podniecający aromat; język wybredny kochanek, krótko się
pieści z każdym kąskiem, lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą
skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki zadawalniać się musi
odpadkami języka, aż wreszcie zlekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie.
Ciepłe strumyki rozchodzą się po całem ciele, tysiącznemi korytami do
serca i mózgu, do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna wieść, dobra
nowina: »jestem zdrów i pełen«. Serce chciało kochać i cierpieć,
mózg--zwyciężać i ginąć, ręka--tworzyć i opadać; żołądek zmusił ich do
milczenia, on sam tylko jest panem.

Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, które w głowie ułożyły się w systemat i
żądały wniosku, pierzchnęły, jakby wsiąkły w parę, buchającą z wazy i
jak mgła rozprószyły się w nicość; czuł, że _ten on_, który z zimną
krwią przykładał rewolwer do ust, wymykał mu się; napróżno go
przywoływał; czuł, że gdyby nim był teraz, wśród żony i dzieci, udawałby
tylko. Chciał się gniewać na siebie i oburzać--nie mógł.

Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze i najcieńsze uszka.
Machinalnie wziął łyżkę, zanurzył w talerz i poniósł do ust. Gorący,
ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jaki bardzo lubił, połechtał mu
podniebienie. Myśli, które jak ćmy płomień otaczały go przed godziną,
pierzchnęły jeszcze dalej; jeszcze jedna łyżka--już ich nie widać, tylko
cień ich padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna--i cień zniknął, jak
ostatnia chmura po letniej burzy.

Dyrektor się uśmiechnął: był to znak pożegnania dla znikomych
przywidzeń, pobłażania dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz w
przeszłość.

Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do żony, poklepał ją po ramieniu i
do dzieci zawalał: »No dzieci zaraz po obiedzie mi się ubrać i marsz na
spacer«.

Barszcz był tak smaczny.



PRZYSIĘGŁY.

Przysięgły.


_Dnia 5 maja._

Skazaliśmy go na śmierć. Sprawa była tak prosta, że obrady nasze, nie
wiem czy pół godziny trwały. O piątej popołudniu przewodniczący wręczył
nam pytania i objaśnił, co każde z nich znaczy i jakie za sobą pociąga
skutki, a już przed szóstą oddaliśmy nasze głosy. Na wszystkie pytania
odpowiedzieliśmy _tak_, jednomyślnie. Nawet doktór Kuczyński, który od
czasu, jak się hypnotyzmem zajął, wszędzie upatruje suggestyą, nawet ten
musiał odrzucić swą łagodność i skrupuły. Bo też rzeczywiście ani jednej
okoliczności, zmniejszającej winę. Chłopak 25-letni, nicpoń, leniuch
wypędzony z warsztatów za ciągle awantury z majstrami i kolegami,
dręczył matkę, która go napominała; ostatni, ciężko zapracowany grosz od
niej wyłudzał, aż wreszcie, aby sprzedać resztę jej rzeczy, których
oddać nie chciała, zabił ją trzykrotnem uderzeniem siekiery. I żeby choć
cień skruchy. Wiedział, że kary nie ujdzie, więc, aby korzystać z
czasu, rzeczy za bezcen sprzedał i poszedł pić do szynku ze znajomemi
prostytutkami; u jednej z nich go znaleziono. W sądzie opowiadał o
zabójstwie z krwią najzimniejszą, choć rozumiał dobrze co go czeka, bo
siostrze, gdy zeznawała, pokazywał wciąż na gardło swoje, jakby chciał
rzec: »ostrożnie ze słowami, bo powieszą«.

Zresztą był spokojny. Zupełne zwierzę: zgoła uczuć moralnych; wrażliwość
nawet zmysłowa osłabiona, dotyk nieczuły, zwyrodnienie najwidoczniejsze.

Wyszedłem z gmachu sądowego z radcą Tańskim; spieszyliśmy się bardzo: o
godzinie 12-stej zaczęło się to ostatnie posiedzenie, do godziny 6-tej
pozostaliśmy bez jedzenia. Regulamin zabrania jadać w sądzie. Z
prawdziwą rozkoszą wyobrażałem sobie powrót do domu. Sprawa ciągnęła się
tydzień i przez ten czas prawie wcale w domu nie bywałem. Nie wiedziałem
jak dzieci stoją w naukach; mały Franuś trochę kaszlał, nie zdążyłem
nawet posłać po lekarza, z żoną od dwóch dni chyba nie mówiłem nawet.
Wyobrażałem sobie szczekanie psa w przedpokoju, radość dzieciaków,
uśmiech żony, że wreszcie do nich wróciłem. O samej sprawie już nie
myślałem.

Przechodząc koło sklepu z zabawkami, kupiłem dla Jasia pałasz, dla Zosi
i Franka--łamigłówkę. Toż będzie uciecha!...

Kiedy w końcu dostałem się do swego mieszkania i zadzwoniłem, zdziwiłem
się, bo długo kazano mi czekać. Czyżby wyszli? Zadzwoniłem raz, drugi.
Po chwili dopiero otworzono. Ani światła w przedpokoju, ani dzieci nie
widzę, tylko słyszę z kuchni lament i płacz. »Co się stało?«--zapytałem
przestraszony.

--Hektora tramwaj przejechał i dzieci tak po nim lamentują.

Odetchnąłem lżej, choć psa żal mi było bardzo, bo dziewięć lat był u
mnie i do dzieci się przywiązał. Wszedłem do kuchni. Na ziemi leży
Hektor z otwartym brzuchem i połamanemi nogami; dzieci nad nim
szlochają, a żona napróżno stara się je pocieszyć, bo widzę, że sama
zmartwiona i gdyby nie dzieci, też by się rozpłakała.

Dzieci nawet nie zwróciły na mnie uwagi; zbyt były zajęte swym
bólem.--Zły byłem, że mi się popsuła cała przyjemność, które; się
spodziewałem. Psa mi też żal było: dziewięć lat trzymać zwierzę, to
można je prawie pokochać.

--Weźże dzieci; to nie dla nich widok, rzekłem do żony. Przemocą prawie
trzeba je było wyprowadzić. Słyszałem przez drzwi, jak płakały.

Pochyliłem się nad Hektorem, chcąc zobaczyć, czy nie możnaby go
uratować. Żył jeszcze; widocznie bokiem na szyny upadł, bo obie tylne
nogi były w kilku miejscach złamane i brzuch miał rozpłatany brzegiem
koła, i trzewia przecięte zupełnie prawie z jamy brzusznej wypadły; krwi
naokoło wylała się kałuża. Dotknąłem go ręką; drgnął, lecz już nie
jęknął wcale. Nie ma co myśleć o ratunku. I żal mi się go zrobiło tak
bardzo, że sam uczułem łzę w oku. Mój biedny Hektor!

Trzeba go było dobić, bo inaczej mógłby parę godzin konać. Poszedłem po
rewolwer; nie wiedziałem jeszcze, czy będę miał odwagę do psa strzelić.
Przy pomocy służącej włożyłem go do drewnianej wanienki. Zawył, gdyśmy
go przenosili. Na ziemi, prócz krwi, została kupka skrwawionych kiszek.

Służąca wyszła z kuchni; nie chciała na ten widok patrzeć. Nabiłem
rewolwer; czułem, że mi się mdło robi i ręka mi skacze i rewolweru
prawie nie trzyma. Jak mogłem, psu w ucho lufę wsadziłem i zamknąwszy
oczy, strzeliłem. Po strzale nie śmiałem otworzyć oczu. Słyszałem, że
drzwi skrzypnęły; spojrzałem, to żona weszła. Kula rozbiła psu czaszkę;
nie drgał już, tylko mu skóra na szyi dygotała i nozdrza trochę się
ruszały. Trwało to chwilę--ustało w końcu. Nie żył.

Wróciłem do pokoju. Słyszałem jak się żona krzątała w kuchni,
rozmawiała ze stróżem, potem z kucharką, kazała dać obiad. Nie ma co
mówić, ładny obiad! A ja się tak spieszyłem na ten rodzinny obiad z
wesołymi memi dzieciakami. Dzieci wciąż ucierają nosy, jedzą, ale do
łyżki łzy im kapią; są tak smutne, że nawet moje podarki ich nie
pocieszyły. Żona siedzi chmurna; widzę, że jej psa żal. I mnie żal
Hektora i zły jestem, żem sam smutny i że inni naokoło mnie smutni.

Wreszcie się ten ponury obiad skończył. Wyszedłszy z sądu, cieszyłem
się, że wieczór w domu spędzę. Nie mogłem jednak teraz usiedzieć.
Poszedłem do kawiarni na gazety. Rzeczywiście dobrze mi się wiodło! W
domu zmartwienie, a tu wpadli na mnie dwaj znajomi i kazali opowiadać
wszystkie szczegóły przeklętego procesu. Przecież to była _cause
célèbre_! I znów musiałem przeżywać te wszystkie obrzydliwości, któremi
mi cały tydzień zajęto. Trzymali mnie do pierwszej po północy. Musiałem
im opowiadać dokładnie akt oskarżenia, zeznania świadków, odpowiedzi
oskarżonego, wszystko. To nieznośne. Na drugi raz po takim procesie, na
miesiąc w domu się zamknę, o ile mi naturalnie psa znów nie przejadą.
Wróciłem późno do domu, z bólem głowy, zły na wszystkich.


_Dnia 6 maja._

Nie wiem, czy mnie śmierć mego ulubionego psa tak rozstroiła, że dotąd
się wzdrygam, gdy na rewolwer spojrzę, czy też dlatego, żem wczoraj do
późnej nocy o tym procesie mówił, ale dziś od rana z myśli mi nie
schodzi. Jestto tak męczące, to zwrócenie wszystkich myśli na jeden
punkt, którego żadną siłą ruszyć nie można, że doprawdy mam zawrót
głowy, jak ten, kto tak długo w jedno miejsce się wpatrzy, aż mu barwne
kółka przed oczami skakać zaczną. i nie tylko myśli mam jakby
zaczarowane, na zmysłach moich jakieś przekleństwo. Widzę, ależ
najrealniej wyobrażam sobie tego Pułkowskiego zabójcę i te całe hordy
jego przyjaciół i przyjaciółek, których tam za świadków spędzono. Nie
jestem muzykalny, melodyi zapamiętać nie umiem, a teraz zdaje mi się, że
mógłbym odtworzyć każdy ton jego chrapliwej mowy. Musiałem bacznie
czuwać nad sobą, abym nie spróbował _jego_ głosem mówić. Przypominam
sobie najdrobniejsze szczegóły sprawy; z pamięci mógłbym chyba powtórzyć
wszystkie akty.

Co to jest? Przecież między nami skończone wszystko. Spełniłem swój
obowiązek; wybrano mnie, osądziłem według sumienia, nie miałem żadnych
wątpliwości, powinienem wrócić do swych zajęć, a nie myśleć o tem,
gdziem wszystkiego, czego odemnie żądano, dokonał. Stanowczo muszę być
niezdrów, to tylko mnie ten proces tak dokucza. Po obiedzie był u nas
Tański; mówił wciąż o swej podróży do Wiednia i o tem, że zapewne
dostanie tam awans; przecież, gdyby go coś dręczyło, mówiłby o tem ze
mną najprędzej. Gdzie tam... Zacząłem mu wspominać o wczorajszym sądzie,
ale widziałem, że go ten przedmiot wcale nie zajmował. Muszę się
przezwyciężyć. Zresztą to samo przejdzie; nie wiem, coby mnie zmusić
mogło, abym bez przerwy, jak ćma koło świecy, kolo tego zabójstwa w
myśli się kręcił. Matkę już pochowano, jego powieszą. Co mnie to teraz
obchodzi?


_Dnia 8 maja._

...A jednak myślę wciąż o nim. Przedmiot ten jedyny tak mnie ciągnie,
tak zajmuje, że już nie staram mu się oprzeć. Przeciwnie, wczorajsze
rozumowania moje były błędne. Ja rozstrzygałem o jego losie, słuszną
więc jest rzeczą, abym dopóki on jest jeszcze, o niego się troszczył.
Nie należy przecież obowiązków swoich zbywać machinalnie. To dobre dla
panów urzędników, radców i nadradców, podpisać papier i sądzić, że już
cały obowiązek wykonali. Nie, papier podpisywany przeczytać, rozkaz
wydany śledzić należy, wtedy jest się wzorowym działaczem. Ja takim
chcę być, dlatego śledzę i śledzić muszę.--Tembardziej, że ten człowiek
mnie obchodzi, obchodzi bardzo żywo. Cały tydzień się z nim spotykałem,
zadawałem mu pytania, zaglądałem mu w duszę i... poznałem ją trochę.
Chcę więc wiedzieć, co się z nim dzieje. Przyjść do sądu, słuchać, potem
wydać wyrok, choćby na śmierć i wyjść i o nic więcej się nie
troszczyć--to nie dosyć. Przecież słowa nasze, to nie Jowiszowe gromy,
nie zabijają od razu. Od wyroku naszego, od chwili, kiedy przewodniczący
odczytał: Pułkowski Jan skazany jest na powieszenie--do samej śmierci
ten człowiek żyje. Ja powinienem wiedzieć, czy to trochę życia, które mu
zostaje, czy to rozkosz dla niego, czy kara.

W imię sprawiedliwości, ja powinienem wiedzieć, co on teraz czuje,
powinienem z nim być.

Pójdę do prezydenta i zażądam, aby mnie do jego celi wpuścić kazał. Ja
muszę go widzieć, muszę zobaczyć, czyśmy go rzeczywiście ukarali.


_Dnia 9 maja._

Prezydent zdziwił się mojemu żądaniu. Argumenty moje są przecież jak
najściślejsze i nie do zbicia, a on doprawdy nie rozumiał. Już to
prezydent orłem się nie urodził. W końcu mi oświadczył, że nie może nic
dla mnie uczynić, albowiem skazany na śmierć z nikim, prócz dozorcy,
widywać się nie ma prawa; ostatniego dnia wolno skazańcowi zażądać do
celi, kogo zechce. Potem mi mówił, że moja chęć jest wysoce
niehumanitarna: wyzyskiwać dla swego kaprysu tak wyjątkowe położenie
człowieka. Czyż mu się zdawało, że ja chciałem tam studya powieściowe
robić? Ja chcę zbogacić kodeks o jedną grozę nową, a znieść tę krew,
która się tam leje. Bo kto wie... jeśli ten czas przedśmiertny jest
straszną karą, to będzie można skazywać już nie na śmierć, lecz na
krótszą lub dłuższą obawę śmierci. Oto skazujemy Pułkowskiego na 5 lat
ciągłego lęku śmierci. Przez 5 lat w każdej chwili może wejść oprawca i
zażądać swej ofiary, a ona przez 5 lat nie wie czy kat wejdzie--i umiera
przy każdem skrzypnięciu rygli, przy każdym odgłosie kroków,--a jednak
żyje.

Rekursu nie założył, zrzekł się więc już wszelkiej nadziei.

Chociaż mnie do więzienia nie wpuszczono, ale ja znajdę sposób. Tak mi
się ten Pułkowski blizkim wydaje, tak znanym. Cóżby mi jego słowa
powiedzieć mogły?


_Dnia 10 maja._

Co on czuje, nie wiem. Wysilam się próżno, a jednak powinienem i muszę
wiedzieć.


_Dnia 11 maja._

Nie wiem nic, ani wczoraj, ani dziś. Te daremne wysiłki mnie męczą.
Jestem zdenerwowany, silnie zdenerwowany. Unikam wszystkich; siedzę w
swoim pokoju. Mam odszukać duszę, która zniknąć musi, i uczynić ją
swoją.


_Dnia 13 maja._

To, co się ze mną zdarzyło, jest tak straszne, tak niesłychane, a jednak
tak naturalne, że nie wiem czy znajdę siły, aby o tem pisać. Łudziłem
się, łudziłem się jeszcze dziś rano. Jak mogło mi się zdawać, że to mój
obowiązek, obowiązek sędziego pcha mnie, żebym szedł wolny do jego celi
i dygotał z nim razem w przedśmiertnych drgawkach? Kto niewinny mógłby
sobie zadać taką tytaniczną, a próżną katuszę? Komuby to na myśl
przyszło? Dziś wiem, że to była obłuda, przed samym sobą obłuda.

Dziś czuję, co on czuje, rozumiem, szaleję, bom sam zbrodniarz, bo on
mnie duszą swoją zaraził. I jak mogą ludzie się nie domyślać, że tak
być musi, że na duszę też przyjść może zaraza? Marnej choroby, tyfusu
lub ospy strzeżemy się, uciekamy, gdy twarz rażoną krostami widzimy; a z
dotknięć zbrodni--tego krwawego karbunkułu duszy, wyjść chcemy czyści i
zdrowi? Zamiast uciekać od zbrodniarza, jak psy przed widmem, wiążemy
go, sprowadzamy do sądu, wybieramy przysięgłych: czoło obywateli,
najzacniejszych ojców rodzin posyłamy i każemy im iść w tę zarazę.

I narażać musiałem to, co mam najświętszego--czystość swoją, nie dla
bliźnich, lecz dla słowa, dla bezkształtnego bałwana, dla
sprawiedliwości. Kogo śmierć tego człowieka obchodzi? Ta, przed którą
zawinił, już zgniła i może błogosławi mu z nieba. A ja obcy, ja,
którybym go nigdy nie spotkał w życiu i nie widział nawet, i dwunastu
takich jak ja, poszliśmy i zabiliśmy go...

Dziś rano stanąłem przed lustrem, jak zawsze, aby zaczesać włosy i
odrazu zobaczyłem, jak jestem do Pułkowskiego podobny: te same rysy, te
same wydęte wargi i czoło cofnięte w tył--dziedzictwo po przodkach
naszych dzikich. I kiedym ujrzał tam w lustrze siebie, zabójcę, jak
szalony wybiegłem z domu. Uciec, uciec gdziebądź, gdzie nie ma
zwierciadeł, nie ma szkieł, nie ma wody, gdzie zobaczyć się nie można!
Ale to napróżno. Potwór mój szedł ze mną i każda twarz ludzka była mu
zwierciadłem. Czułem dobrze, jak każdy przechodzień musiał we mnie
zbrodniarza widzieć, tem nikczemniejszego, że go kara nie dosięgnie.
Wiem dobrze, żem dla sądu niewinny, żem jeszcze ten sam szanowny
obywatel. Bo dusze nasze są wolne. Świat do myśli się nie wtrąca; byle
czyny dobre, nikt się nie troszczy, jaka zgnilizna wewnątrz? Kto
pomyślał o zbrodni, może być zbrodniarzem. Ale ludzkość na łąkach
zbrodni ścina tylko kwiaty czerwone od przelanej krwi; korzeni nie
dotyka: to też o bezkwiatowe, zielone badyle ranimy się, jak o stalowe
rżyska.

Nie zabiłem matki i nie zabiję jej; dzięki Bogu umarła. Ale, gdyby żyła,
czyż nie zabiłbym jej? Wszak mogę o tem myśleć, mogę ją sobie tu, pod
moją siekierą, wyobrazić z rozpłataną czaszką, z okrwawioną twarzą. Kto
mi dowiedzie, że nie mógłbym tego uczynić, kto?

A zresztą, choć skonała we własnem łóżku, choć płakałem po niej, czyż
codzień nie wpychałem je; w grób? Gdym się rodził, rozdzierałem jej
wnętrzności; gdym żył, rozdzierałem jej serce. Pułkowski zabijał minutę,
ja--lat 30. He razy w duszy życzyłem jej śmierci, ile razy chciałem, aby
tą siekierą, której udźwignąć nie mogłem, ugodził ja ktoś z góry, szatan
czy Bóg--wszystko jedno! A przecież nie kląłem jej, kochałem ją;
zdawała mi się tylko, jak każdemu, raz za złą, raz za głupią, raz za
starą, i chciałem ją mieć lepszą, mądrzejszą, młodszą, inną; nie
chciałem je; mieć taką, jaką była, chciałem, żeby ta istniejąca, ta
żywa, ta matka, żeby skonała... dla zmartwychwstania wprawdzie; lecz
śmierć jest, a w zmartwychwstanie kto dziś wierzy?

Zbrodnia jest jak szczyt w chmurach: sępy na skałę lecą, a nietoperze o
miękkich skrzydłach u stóp je; się kręcą, ku górze patrzą, łzy mają w
oczach, a wzlecieć nie mogą, więc zataczają kręgi nisko, a gdy na ziemię
spadną, chowane są ze czcią. Lecz kto więcej chmury kochał, kto silniej
do skały się rwał, czy sęp, który na niej siedział, czy nietoperz, który
na nią wzbić się nie mógł? Ja dziś wiem, że nietoperz, że ja, że my. I
pod ciężarem wiedzy tej upadam.

Zaraził mnie, zaraził nas wszystkich. Widziałem ich, kolegów
przysięgłych, uśmiechniętych, zdrowych, szczęśliwych. Nie wierzę im: już
jad w nich krąży; że na twarz im nie wybiegł, świadomości nie
zmącił--cóż to znaczy; wybuchnie. Osłabiony jestem, praca mnie
wycieńczyła, więc prędzej uległem; na nich też przyjdzie kolej.

Zbrodniarzem jestem, zbrodniarza też teraz rozumiem. Jeszcze wczoraj
nie mogłem odgadnąć jego myśli, dręczyłem się próżnem usiłowaniem, a
dziś wiem, co on czuje, z nim jestem, jego męczarnią się męczę.

On wie, że żyć będzie tydzień, że po siedmiu dniach otworzą się drzwi i
kat go poprosi, żeby wyszedł z nim... na szubienicę. Może zliczyć w
każdej chwili, ile mu zostaje nocy do przespania, godzin do oglądania
słońca, może zliczyć, ile jeszcze razy puls uderzy, a że myśli wolno,
wie, ile razy jeszcze myśleć będzie mógł. W każdej chwili powiedzieć
sobie może: oto np. trzysta siedemnasta przed śmiercią myśl moja; a że
nie chce kończyć, lęka się myśleć, lęka się tej następnej myśli, która
już trzysta szesnastą będzie, i nie myśli. A jeśli nie myśli, nie żyje.
Czy tak, czy tak umiera.

Każda sekunda, każdy krok zegara przybliża go do grobu, i chociażby z
czasem całą siłą woli się borykał, ani jednej chwili nie powstrzyma. To
też spadają one jednostajne, nieubłagane, zimne, wolne. Tak, bo czas mu
wolno płynie. W sobie rozdziera go na niteczki tak cienkie, że wydłuża
mu się stokrotnie, tysiąckrotnie, lecz jeśli niteczka taka, cienka
niteczka pęknie--to jego śmierć.

Ale nie to jest straszne.

Straszne jest, że on to spadanie chwil słyszy i czuje. Każda chwila
zdaje się żelaznym ciężarem, który na wieko jego trumny--spada i
dzwoni. Dzwoni tak głośno, że on zatyka uszy i głowę w poduszkę chowa,
ale głos ten słyszy: dzwon, dzwon, dzwon... A każdy nowy ton łączy się z
echem poprzednich i biją coraz dźwięczniej, coraz silniej, aż dusza
rozkołysana ich dźwiękiem drga i odrywać się poczyna. O żelazne chwile!

I czuje je. Zdarto mu skalp z głowy i na nagą kość z góry padają krople,
pluszcza i zalewają mu oczy. Spadają te krople wciąż: raz, dwa, trzy...
raz, dwa, trzy... Dłużej liczyć nie może. On szaleje, lecz umrze. Ja
szaleję... a pewno żyć będę.

Myśli moje, zostańcie zemną!!


_Dnia 16 maja._

Obawiam się pomieszania zmysłów. Nie mogę wyjść z pokoju, nic prawie nie
jem, głowę mam rozpaloną. Zdaje mi się wciąż, że jestem z nim pod
kluczem, że z nim razem przed śmiercią... konam. Żona jest niespokojna;
chciałaby posłać po lekarza, lecz boi się; dobrze robi, że się boi.
Przysłała mi dzieci do pokoju; wypędziłem je. Ja nie mogę, nie
powinienem mieć dzieci. Dzwony w uszach dzwonią; krople spadają i
pluszczą, pluszczą, pluszczą.

Głowa mi pęka. Nie sypiam. I czegóż się lękam, jeśli wiem, że nie umrę
na szubienicy? czemu się dręczę, jeśli wiem, żem nie zabił? Ale umrzeć
mogę, zabić mogę! Chciałbym oszaleć!


_Dnia 18 maja._

Nie, śmierć jest inna, straszniejsza, groźniejsza, niż dotąd pojąć
mogłem. Teraz ona jest bliżej i lepiej ją widzę. I tragedya ta leży w
tem, że to nie śmierć nieubłagana, ponura ku nam się zbliża; to byłaby
rozkosz jeszcze. Śmierć czeka spokojna, nieruchoma, a on żywy jeszcze ku
niej schodzi po szczeblach, coraz niżej. Jak grzechotnik na spętaną
czarem wiewiórkę, utkwiła w nim swe oczy i stalowe sznury z oczów tych
wychodzą, wiążą i ciągną ku sobie. I czuję, że żadna wola nie pomoże, że
próżno szamotać się w tej pajęczynie, która zwiąże, ściśnie, ściągnie.

Choć chwilę snu!


_Dnia 19 maja._

Jutro go powieszą, a wieszanie odbędzie się tak:

Ranek. Siódma godzina dzwoniła ledwie na wieżach: śpi jeszcze, bez
marzeń, bez widziadeł, słodkim, czarnym snem. Otwierają się drzwi,
klucze brzęczą, zawiasy skrzypią. Budzi się, ale nie wie, nie czuje
jeszcze nic. Wchodzi cały szereg ludzi, cały tłum bez końca.
Prokurator, dyrektor więzienia, pisarz, ksiądz, stróż, żołnierze,
ludzkość cała się zbiegła: jak oni się tam pomieścić mogą? On wstaje;
jak przed tyloma panami nie wstać? Prokurator czyta dźwięcznym, zimnym
głosem: Wyrok z dnia... zatwierdzony... wedle prawa... dziś o siódmej i
pół wykonanym zostanie. On słyszy doskonale; mógłby powtórzyć wszystko,
choć pamięć ma nędzną--ale nie rozumie, nie wie co to ma znaczyć; wie,
że się zdarzyło, że się zdarzy coś wielkiego, strasznego, nic więcej.
Pytają go, czy niema jakich życzeń. Nie odpowiada. Życzenia? Pytają raz
drugi. Nie odpowiada; sylabizuje po cichu: ży-cze-nia.

Wychodzą wszyscy,--nareszcie--ryglują znów drzwi. To chyba sen. Zostaje
tylko ksiądz--wysoki, cienki, chudy. Bierze go za rękę, mówi coś
jednostajnym, bezmyślnym głosem. Nagle on pada na łóżko, z ust wybiega
mu jakieś krótkie, gardłowe chrypienie, niby śmiech, niby zdławiony ryk.
Zrozumiał. I znów cisza, tylko ksiądz dalej mówi swe pociechy. Teraz on
nic nie widzi, nie słyszy, rozumie tylko. Jest mu tylko ciężko w głowie,
w piersiach; nawet wnętrzności mu coś ciśnie, rozpiera; rozluźnia się w
nim wszystko, rozrywa. Chciałby się wyprostować, odchylić głowę,
odetchnąć, krzyknąć, nie może; tak duszno, tak ciężko.

Ruszyć się nie może; żaden mięsień woli jego nie usłucha. Jest
bezwładny; nawet serce bezwładnieje i wolniej, trudniej się kurczy.
Ciężko, duszno--tylko ksiądz wciąż mówi.

Jak długo to trwa, nie czuje. Tak się boi, tak drży, że nawet nie wie o
tem; nie została mu taka cząstka świadomości, któraby na ten strach
spojrzeć mogła. Czego się boi, nie wyobraża sobie. Będzie _coś, coś_
musi być. To coś już jest.

Minęło pół godziny. Wchodzą znów ci sami, te same tłumy. »Czas
iść«--mówi dozorca. Znów wstał bezwiednie. Kolana ma tak miękkie, że gną
się pod nim. Ksiądz bierze go pod pachę z jednej,--dozorca więzienia z
drugiej strony. Podparty stoi--bezsilny, bezmyślny, prawie martwy.
Takiego trupa nie można wlec. Dyrektor każe podać napój wzmacniający.
Czekają wszyscy, milczą.

Sługa więzienny wnosi napój: mocny arak, gorący, z korzeniami. Nie pije.
Nie wie, czego od niego chcą. Sługa bierze kieliszek i wlewa mu do ust.
Nie wypluwa, połyka--wszyscy czekają i milczą.

Mija chwila; wódka działa; zmysły zaczynają żyć; przedtem był ślepy i
głuchy, teraz widzi i słyszy, jaskrawo, dobitnie; może się poruszyć.

Dyrektor komenderuje znów: »Iść«. Wychodzą: naprzód prokurator, potem
dozorca, potem on między księdzem a sługą, potem 12 żołnierzy z
obnażonemi szablami. On idzie wprawdzie; stąpa, ale przewróciłby się,
gdyby go wypuszczono z rąk. Idą wolno, więc ma czas przyjrzeć się
wszystkiemu, a zmysły od wódki ma żywe.

Korytarz długi, trzykrotnie zagięty, jasny, tak jasny mu się zdaje.
Okienka są małe, ale dzień jest letni, słoneczny, i na przeciwległej
ścianie okna występują jak złote plamy. Bawią go te świeciste plamy,
które z oknem drgający pył łączy; cieszy się, że przez te pyty iskrzące
przechodzić musi. Obejrzałby się za siebie, gdyby więcej miał życia w
karku... i gdyby nie wiedział, że ten korytarz nie ma końca, bo nie
wierzy, żeby się ta droga kiedy przerwać mogła: tak bez ustanku, wciąż
krążyć będą wszyscy, między temi murami, to kąpiąc się w cieniu, to
nurzając znów w złotych blaskach. Idzie więc coraz śmielej i za siebie
się nie ogląda, bo wie, że to wszystko jeszcze setki, tysiące razy
zobaczy. Idzie na śmierć spokojnie...

Nagle wszystko się zapada, wszystko tonie w szumiących jasnych
kaskadach. Jak kamień rzucony w wodę, opada ku dnu w głąb fal. Dobrze,
że z tyłu podbiega dozorca i chwyta go za rękę, bo ksiądz i posługacz
nie unieśliby nagłego ciężaru. Korytarz się skończył: są u wrót
podwórza.

Podwórze jest uśmiechnięte, jasne, wesołe. Słońce obryzgało światłem mur
sąsiedniego domu i wapno bieli się tam i błyszczy, jakby srebrne. Niebo
szafirowe, lśniące. Powietrze ciepłe, świeże, wonne. W powietrzu słychać
jakieś szmery z miasta, z pól, z życia.

Zatrzymują się wszyscy. On nie może jeszcze iść naprzód. Ksiądz szepce
mu do ucha. On pociech jego nie słyszy. Patrzy, patrzy w niebo, potem
spuszcza wzrok na mur przeciwległy. Kominy pobliskiego domu ostremi
cieniami odbijają się w słońcu. Te silne, ciemne linie podobają się jego
oczom. Opuszcza wzrok; na prawo od muru... Ten widok mąci mu mózg; w
głowie ma zawrót, zamęt, druzgotanie; mdłość go ogarnia, wymiotowałby
prawie, gdyby był co jadł. To szubienica. Dwie belki, na nich poprzeczna
trzecia, w poprzecznej hak, na haku długi, skręcony w pętlę rzemień. Pod
szubienicą para schodków: dla niego jedne, dla kata drugie. Przy
schodkach orszak katowski w odzieży czarnej, jak żałobnicy; pięciu
ludzi: kat główny, który wiesza; czterej pachołkowie, którzy trzymają
ciało, nim trupem się stanie. I to wszystko widać jasno, o trzydzieści,
o dwadzieścia kroków--na tle błękitu, zielonych drzew i białego muru.

Patrzy, stoi. Wszystko mu mętnieje w oczach, szubienica zaczyna tańczyć
i w podskokach ku niemu się zbliża. Nie cofa się; żaden mięsień twarzy
mu nie drga, źrenice utkwione spokojnie, tylko dusza, nawpół wyrwana z
ciała, dygoce. Ktoś z obecnych powiada półgłosem, że skazaniec jest
nieprzytomny. Stoi wciąż.

Niepodobna czekać i przedłużać egzekucyę. Dyrektor daje znak--kilku
żołnierzy się zbliża; jeden pomaga księdzu, drugi bierze za rękę, trzeci
podpiera z tyłu. Popychają go raczej, niż prowadzą. Początkowo daje się
posuwać, jak martwy; za trzecim krokiem machinalnie podnosi
nogi--przecież jeszcze żyje; idzie wolno, bardzo wolno, ale idzie. Ma
tylko dwadzieścia kroków do przebycia: kto mógłby żądać, żeby się
spieszyć miał?

Obserwuje każdą piędź ziemi; oczy ma spuszczone na dół. Zbyt osłabiony
jest, aby źrenice ku górze podnieść. Spogląda pod siebie, widzi każde
ziarnko piasku, każdą wśród kamieni trawę. Każdy krok naprzód boli go
fizycznie...

Nad uchem zabrzęczała mu mucha i siadła na czole; schodzi teraz od
włosów ku brwiom. Swędzą go dotknięcia je; łapek, lecz nie odpędza jej;
niech chodzi--przecież są równi: ona żywa i on żywy. Za chwilę przylecą
doń cale roje much i pieścić go będą skrzydełkami, a on nie będzie ich
czuł, tak jak teraz tę jedną małą czuje... Te muchy będą żyły. Idzie.
Nagle ci, którzy go prowadzą, stają--i on staje. Unosi trochę oczy:
przed nim żółte schodki... Więc już przeszli, dwadzieścia kroków
przeszli! To nie może być, szubienicę przysunięto! Wrócić, wrócić! Chce
obejrzeć się za siebie, brak mu sił, aby wykręcić ciało, pochyla się
więc tylko trochę, i ciężej na żołnierzu opiera. Podchodzi kat z
pachołkami: on teraz do nich należy; żołnierze czynność swą skończyli...

Dwaj pachołkowie stają po bokach schodków; dwaj biorą go pod pachy,
wchodzą na pierwszy stopień i jego tam wciągają. Na szczeblu tym ocknął
się: dotąd był równy wśród równych--wszyscy szli, pełzali po ziemi;
teraz on o głowę wyższy od nich. Dotąd, gdzieś w duszy, pod duszą,
głęboko było coś, niby nadzieja, że ta śmierć nie przyjdzie, że zerwie
się jakiś huragan, wichry, gromy i deszcze rozbiją, rozsypią, rozniosą
więzienie, ziemię, świat... Niebo szafirowe, powietrze ciepłe, słońce
złote, tak blisko nad głową, że gdyby podniósł rękę, umaczałby palce w
promieniach. To śmierć przyszła.

Z sąsiednich schodków kat mówi cicho: _schneller!_--Wnoszą go na następny
szczebel. Stal jakaś ściska mu mózg i trzewia. Czczość go mdli, czkawka
wstrząsa mu gardło. _Schneller!_ Są na szczycie. Kat bierze pętlę,
próbuje w ręku, zakłada mu na szyję, poprawia węzeł z tyłu, wprost na
kręgi. Ścisnął, rzemień dotknął skóry. Rzemień zimny, tak zimny, że go
parzy. Dotknięcie pętli wyrywa mu duszę. Dusza szaleje z lęku: tłucze w
ściany czaszki, rani skrzydła swoje, zrozpaczona upada i znów zrywa się,
jak przerażony ptak i wali w czaszkę nieprzytomna, wściekła...

_Fertig!_ Pachołkowie zeskakują z schodków i wytrącają mu je z pod nóg.
Opada pół łokcia niżej. Naprzód brak powietrza, usta otwierają się
szeroko i drgają, oczy wyskakują z orbit; potem lubieżny dreszcz--węzeł
ruszył rdzenia--naga halucynacya przed nim, potem trzask, jakby świat
się zwalił, tuż pod uchem, pod mózgem: czaszka pęka, wszystko się
rozkrusza, węzeł lamie kręgi--i potem nic, nic... drgawki. Kat jedną
ręką oparł mu się na ramionach, drugą zakrył mu usta; pachołkowie
trzymają ręce i nogi; nie łatwo utrzymać, bo kurcze miotają ciałem
silnie. Wreszcie kurcze słabną, można puścić. Wisi prawie nieruchomy.
Skończone.

Widzowie rozchodzą się do swych zajęć; prokurator do sądu, żołnierze do
koszar, dozorca do biura. Wszyscy z tym widokiem w oczach będą żyć,
jeść, pić, całować, mordować.

Trup zostaje na szubienicy sam; grzebać wolno dopiero po sześciu
godzinach. Nie... nie sarn, bo słońce wtargnęło wyże; na niebo i z za
muru zagląda mu ciekawie w twarz. Słońce, bezmyślne słońce, wszystkim
równie jasne, patrzy oko w oko sprawiedliwości ludzkiej, promienne,
obojętne, pogardliwe.

To jest wieszanie. Światu się zdaje, że jednego dostał trupa, a przecież
posiał śmierć w dziesiątkach ludzi. Aby ukarać jednego
zbrodniarza--dziesięciu, stu mniejszych stworzył. Ci wszyscy, którzy
jutro na to patrzeć będą, czy zapomną? Zagłuszą! ale nie zapomną!
Ściskać będzie który pierś, szyję kochanki, pieścić dzieci swoje--i
nagle jak rekin, wynurzy żarłoczną paszczę ten obraz: otwarte usta,
łaknące powietrza, wysadzone przeraźliwie źrenice--i szepnie: mocniej
całuj, silniej ściśnij. I ręka bezwiedna, nieubłagana posłucha, ulegnie,
ściśnie i zadławi. Ten widok tam u tych ludzi, żywy w mózgu--to Moloch,
który zażądać kiedyś może i zażąda swe; krwawe; ofiary.

A kat, pięciu katów? Ja, matkobójca, gdym dobijał swego chorego,
martwego psa, drżałem i płakałem. A oni zabijają człowieka spokojnie,
fachowo, trzymają mu ręce, zatykają mu usta. Kat wraca do domu z
odciśniętemi na dłoni zębami skazańca! Te fioletowe plamy w ręce się nie
wryją, znikną. Biedna lady Macbeth! Myśli, które się w ich mózgach
kojarzą, muszą się o siebie zaczepiać jak rzemień o hak, jak pętlica o
szyję. Myślenie tych ludzi, to syllogizmy z szubienic, stryczków,
trupów. I zbrodniarzy tych, zbrodniarzy płatnych, stwarza sobie
społeczeństwo przez mój wyrok, przezemnie. To los mój, konieczność. Ślad
swój znaczyć muszę trupami, których nikt nie dojrzy, nie pomści. A ja
się tych niewidzialnych trupów tak lękam; lękam się, że staną kiedyś w
urocznej godzinie te białe upiory, widome oczom wszystkich i zduszą
mnie, wołając: »tyś nasz morderca!« Jam ich morderca!


_Dnia 19 maja, wieczorem._

Ocalę Pułkowskiego, ocalę wszystkich, odmienię wyrok, własną bronią
pobiję tych, co go wydali. Bo przecież oszukano nas, przysięgłych,
oszukano haniebnie. Jak mogłem odrazu tego nie spostrzedz!

My, sąd, skazaliśmy go na śmierć, lecz nie na umieranie. Kazaliśmy mu
nie istnieć, nie kazaliśmy mu przestać być. Niech go nie będzie, lecz
niechaj nie znika. Śmierć, nieistnienie, jak wielkość ujemna jest też
rodzajem bytu, ujemnem życiem--tylko zero, przejście, zgon jest niczem,
przerażającem niczem. A przecież katowska kara, którą jutro spełnić
miano, jest tylko umieraniem, męczarnią. Tego w wyroku naszym nie było.
Niech geniusz ludzki znajdzie środek; niech go wtrącą w grób, tak, aby
ani jednej chwili nie umierał, zgoda! Trzeba tłomaczyć wyrok dobrze i
wykonać go ściśle. Niech szukają sposobu, niech wyplączą się z sidełt,
które obłudnie na nas zastawili!

Biegnę do sądu.

................................
................................

Wyśmiano mnie. Ha! ha! ha! ha!


_Dnia 1 czerwca._

Powracam do zdrowia. W nocy, przed tym dniem, kiedy go powieszono,
dostałem gwałtownej gorączki. Majaczyłem, byłem cały tydzień
nieprzytomny. Żona mi mówi, żem krzyczał wciąż: »nie dajcie mnie
powiesić«; podarłem wszystkie koszule, każde dotknięcie do szyi
wprawiało mnie w szał. Musiano mnie posadzić na niskim fotelu, ubrania i
kołdry podwiązano mi pod ramionami. Lekarz sądził, że umrę; nie umiał
mnie leczyć, bo takiej choroby jeszcze nie widział. Przeżyłem. Będę
zdrów, bo tylko dusza we mnie umarła, nie cała. Zostało mi jej właśnie
tyle, ile trzeba, by wolno, zdrowo dojść do grobu. I tym ułamkiem będę
musiał wystarczyć sobie i... światu. Bo społeczeństwo ma swoje
wymagania; jestem zdrów, mam żonę i dzieci, obowiązki. Muszę dzieci
chować, z żoną żyć, z ludźmi handlować, myśleć, działać. Zabijałem
matkę, lecz bez przelewu krwi--nikt, nawet Bóg mnie za to nie ukarze:
zabiłem Pułkowskiego w sądzie--wszyscy mnie za to pochwalą. Kodeks
milczy i serca moich bliźnich milczą. Nie jestem więc w więzieniu. A że
ten okruch duszy zdrowej, który mi pozostał, nie wyplątał się z kajdan i
idzie drogą innych--nie jestem szaleńcem. Gdybym oszalał był, gdyby
świadomość w tych mękach zatonęła, byłbym wolny, chociażby... w
szpitalu; dzisiaj w domu, na ulicach miasta jestem niewolnikiem... nawet
logiki własnych myśli. I muszę drżeć, kiedy dotykam żony lub całuję
dzieci, abym ich niewinnie nie zadusił, muszę się bać każdego swego
czynu, bo może być sprawiedliwy, a ja wiem teraz, że sprawiedliwość jest
większą zbrodnią, aniżeli mord.

Jak będę żył?...



SPOTKANIE.


Spotkanie.

Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie żądzę pogrążyć się w
błocie, duszą i ciałem wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym
podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej kuracyi leży brutalne
zadowolenie egoizmu, ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki widokiem
istot bardziej upadłych, bardziej podłych.--Zkąd nagle rodzi się to
głębokie niezadowolenie z siebie, które kładłoby nam rewolwery w ręce,
gdyby nie zawsze gotowe ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto
obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem nic takiego, czegobym
się wstydzić potrzebował, a jednak... niezadowolony jestem z siebie, i
chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć. Lada drobnostka, lada błahe
zdarzenie może być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi dym,
zwykle tłumiony w głębi.

Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak »bez powodu«, w słotnym
październiku, kiedy bez ustanku spadające krople roztapiały, zda się,
mury domów i mózgi ludzi. Wiatr wył po ulicach, zrzucał czapki i
płaszcze, podnosił suknie i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele
rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi się, że październik ten
nie będzie miał końca--tak dawno zaczęły się niepogody--że stanął bieg
czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym samym październiku, tego
samego dnia. Obrzydł mi spokój i komfort domu, ładnie umeblowany
gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek, obrzydło mi życie
codzienne, obrzydła mi nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz
sądziłem się jej niegodnym, i dąsałem na nią, że podchodziła do mnie z
pieszczotami, to znów upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem w
sobie, że mię unieszczęśliwiła.

Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej było mi męczącem, że
dwie pęknięte moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały się
sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem, wydawało mi się, jakby
robionem przez kogoś innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje, i
widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią mówiłem do siebie: patrz,
to ty zrobiłeś. I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na każdym
kroku.

Wyszedłem późnym wieczorem z domu, i pomęczywszy się trochę po ulicach
wstąpiłem do knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku znajomych,
dawnych kolegów, nieżonatych jeszcze, więc korzystali z pełni swobody.
Zwykle towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności, unikałem ich
nawet, mając za ludzi głupich i nie wiele wartych. Wtedy jednak kontent
byłem, że ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię okrzykami:
»Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu ucieka« i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje
mi się, że pozwolili sobie kilku docinków dla mojej żony, za które
zwykle bym wypoliczkował; wtedy jednak znosiłem spokojnie... sam się
śmiałem. Kazaliśmy podać wódki, potem piwa, potem znów wódki, potem
likieru, i tak siedziałem w nocy, słuchając banalnych dowcipów i starych
plotek, któremi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli. Była już późna
noc.

--Pojedziesz, zapytał jeden drugiego.

--Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to można się wysypiać.

--To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie.

--Dokąd pojedziecie, zapytałem obu.

--Eh! Niby to można, odpowiedział twórca projektu, przy
żonkosiu--żonkosiem stale mnie nazywali--o tem mówić, jeszcze się
pogniewa i obrazi.

--Ależ mówcie, cóż to szkodzi, rzekłem trochę zirytowany.

--Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.

--Mówcież, bo się pogniewam, u furgonów mil beczek--miałem dobrze w
głowie.

--Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego jednocześnie.

--Mów; i jeden nachylił mi się do ucha i zaczął szeptem: »pojedziemy do
... Loli. »Loli« wrzasnął prawie na całe gardło.

Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia, jakie to na mnie wywrze.
Przeszedłem ich oczekiwania.

--Pojadę z wami, rzekłem.

Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich czasów chodziłem tam rzadko.
Wnet posypały się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu tem
głośniejsze, że dwie butelki wódki były próżne, a piwo poodnosił już
kelner, bo inaczej cały stół byłby zastawiony.

--Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy żonkosia zdrajcę.
Zapoznamy go z Lolą. Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...

Pocałowaliśmy się.

Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano, że zakład zamykać
muszą. Dorożka była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując z
rozczulenia przez całą drogę.

Na miejscu nie zastaliśmy wiele osób. Było dość późno i dzień powszedni:
pięć czy sześć dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych
kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy jegomość umawiał się z jedną w
kącie sali; jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu: oczy
szklane, bez wyrazu utkwione w jeden punkt sufitu, mówiły, że mu już nic
do szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze trzeci mężczyzna oprócz
nas--siedział na kanapie, tyłem zwrócony do mnie. Nie widziałem jego
twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa i bujne krucze włosy, które,
niestrzyżone widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na nim było
obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach siedzącą wątłą, szczupłą
blondynkę i mówił je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze i nie
każden w takiem miejscu mówi. Moi towarzysze przywitali się z nim; podał
im rękę obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie. Zapytałem ich,
kto to taki.

--Widać, że tu nie bywasz; toć to stały gość, niejaki Rysiński, literat
podobno i adwokat.

--Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem raz jeszcze uważnie na
tego, który mi się dotąd nieznajomym wydawał.

Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać! Wszak to jego wzrost i zarost i
twarz nieprawidłowa, powykręcana, a jednak prawie piękna, i te usta
ogromne, czerwone, jakby rozkazujące kiedy mówić zaczynały. Nie
widziałem go lat tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości--to on.

Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię, zawołałem po imieniu.
Obejrzał się na mnie, trochę zły na intruza, który mu przeszkadzał; nie
poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się znacznie od chwili ukończenia
gimnazyum.

Przedstawiłem się.

Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie uścisnął mi rękę.
Teraz, gdy widziałem go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go jeszcze
lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił, tylko zarost miał bujniejszy i
we włosach nad skronią--czego nie mogłem dostrzec z tyłu--przeświecała
gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.

To on! Mój dawny antagonista ze szkolnych czasów, któryby zawsze w
niwecz obrócił pracowitość mych domowych godzin, gdyby nie sprawowanie.
Zawsze z nauczycielami miał zatargi, a gdy się uniósł, na słowa nie
zważał, więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze sprawowania dawano.
Ileż razy chciano go wydalić! Ocalił go tylko nasz filolog--ważna figura
w gimnazyum--który dyrektora upewniał, że czterdzieści lat uczy, a nie
spotkał ucznia, któryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku miał
przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy
miał zawsze jakieś swoje fakty i poglądy, o które się spierali.

Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się. Studyowałem zagranicą,
podróżowałem, długi czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim działo,
słyszałem tylko urywkami. Z trudem przeszedł przez wydział prawny,
został adwokatem, gwałtowną mową w jakimś skandalicznym procesie zyskał
sobie imię i wziętość. Pisał trochę; parę utworów jego czytałem; były
może nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle, jakich dotąd u nas
nie spotykałem. Nawet urzędowa krytyka chwaliła go, choć nie zbyt
chętnie. Lecz wszystko to były wspomnienia dawne. Od pięciu, sześciu lat
straciłem go całkiem z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie
się obraca.

I oto spotkałem go tam...

--Tyle lat, co za szczególny traf. Ale mówże, co się z tobą dzieje. Od
nikogo wiadomości o tobie dostać nie można.

--Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy.

--Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu się o ciebie dopytywać.

--Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej ręki płynie.

Rozmowa nasza była co najmniej dziwną. Stałem też zmieszany prawie, nie
wiedząc, czy się żegnać, czy dalej rozmawiać.

--Ale czegóż stoisz, siadaj.

Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić. Po gwałtownem,
nieelastycznem szarpnięciu poznałem, że musiał był pić dosyć.

--Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą. Weź klucz--zwrócił się do
dziewczyny--i chodź z nami na górę, tylko każ przynieść piwa.

Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy nie zdradzał wcale osobliwej ku
mnie antypatyi. Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się zapewne
jego manierą w stosunkach towarzyskich.

Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie. Zobaczyłem teraz, że była
ubrana w półkrótki kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach
delikatnemi liniami zarysowały się po kolana.

--Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym wzrokiem.

--Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie inna.

Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami moimi nie pożegnałem się nawet.
Od nowych wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo ich znów stawało
mi się wstrętnem. Byłem kontent, że przy kuflach o mnie zapomnieli.

Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych małych pokoików na trzeciem
piętrze, jak zawsze w takich domach. Przed nami na stole paliła się
lampa, naokoło obstawiona butelkami, które wniósł posługacz. Za
wychodzącym nasza gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem zdjęła stanik
i chciała odwiązywać spódnicę; gotowała się widać na zabawę. Jerzy
przerwał jej i podchodzącą ku nam podniósł w górę, i nieruchomą,
zduszoną posadził sobie na kolanach. Piwo było w naszych trzech
szklankach.

--A ty ciągle to samo; pisujesz do dzienników?

--Tak, jestem współredaktorem Przeglądu;

--Cóż? Podobają ci się twoje artykuły, co?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

--Przecież mój drogi, nie są gorsze ...

--Tak, tak, ale pocóż je pisać? Niby nie wiesz, co się robi z
zeszłotygodniową gazetą. Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby
inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem.

--Przyznam ci się...

--Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe żarty; obraź się, obraziło
się już tylu; dlaczego ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się wolno,
tylko nie wolno ci udawać, że wiesz, poco pracujesz. Ot, jak stare konie
w kieracie, jeden za drugim ślepy, zawsze w kółko obraca swe jarzmo i
powiada: pracuję dla ludzkości, dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa,
kłamstwa!

Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu przed siebie, jak gdyby
szukał słów, które oddawna miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle ich
zapomniał.

--Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby chęć droższej kolacyi, to
was pcha da roboty. Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek,
któryby chciał być altruistą, musiałby od tego zacząć, żeby przestał
istnieć. Spróbuj pracować, gdyby każde słowo prawdy--tej prawdy, która
wiesz, że nie istnieje--miało cię kosztować jedną ranę. Co? Pracowałbyś?
Ale dla was to waryackie myśli; wy macie swoje teorye, zgodności
społeczne: jednostka i ogół, egoizm i altruizm, wszystko się ze sobą
godzi; jednego mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto wyjdzie.
Istne z was centaury. Głowy kawałek w was ludzkiej, lub małpiej, lecz
reszta nawet nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi, za całych
ludzi, kiedy zręczny nóż tak zawsze wykroić was może, że wam człowieka
wytnie, a zwierzę na cztery wiatry światu puści!.. Ale krótki macie
wzrok, nie widzicie własnych racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się
za człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie.

--Może swoje postępowanie wystawiasz za wzór ludzkiego życia, odparłem
trochę zirytowany.

Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była zbyt serdeczną.

--Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać się w pielusze waszej
moralności. Świetna ta stara bajka o lisie, któremu ogon odcięto:
obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma sił. Wybyście wszyscy tutaj
przyszli, nie wychodzilibyście ztąd, i z gorszych jeszcze nor, gdyby wam
sił starczyło. Przyjdą, popatrzą, i spluną, jak lis na zielone
winogrona. Przychodź tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy, czy będziesz
tak wyglądał.

Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo zmęczonych oczu i cery,
widać było, że mięśni swych nie stracił.

--Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy używacie zawsze umiarkowanie, po
ludzku. Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko w takiej samej
miksturze, jaką wy jesteście. Gardło mi zaschło.

Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się w tył na fotelu. Ruch ten
rozbudził dziewczynę, która znudzona rozmową, zasnęła mu była na
kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy, ziewnęła, ale wnet przyszła
do siebie.

--Pójdę spać, rzekła do Jerzego.

--Dobrze, odpowiedział jej krótko.

Dziewczyna wstała, podeszła do łóżka, obojętnie zrzuciła spódnicę,
zdjęła pończochy; położyła się pół naga na kołdrze. Po chwili miarowy,
głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła. Milczeliśmy w tej ciężkiej
ciszy, przepełnionej zapachami perfum i ciał.

Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna tęsknota za żoną, za tak
nikczemnie poniewieranem domowem ogniskiem mnie opanowała. Obrzydzenie
do wszystkiego, co mię otaczało, rosło z każdą chwilą.

--Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy ci na miesiąc, na rok...

--Starczyło już na pięć lat.

--Wszystko jedno, ale co później? Co będzie, gdy się ockniesz z swego
zaślepienia, bo inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można? Gdyby
tylko już o zmysłach mówić, co za przyjemność żyć z taką dziewczyną,
która dziś z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym? Czyż nie mógłbyś
nawet znaleźć większego upojenia zmysłów z żoną, kochanką? Marnować,
młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...

--I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu przecież tu przyszedłem. Raz
chciałem się żenić, a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie.
Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to? na co? Aby skończyć na
tym samym, zawsze niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz, że
to wszystko blaga. Są kobiety, które tu nie były i nie będą, nie ma
żadnej, któraby tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest
naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja się w waszych
kołnierzach i kaftanach duszę!

Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem upojeniem, które do mózgu
bije i nadmiernem pobudzeniem myśli i ruchów się objawia.

Milczałem. Cóż miałem mówić?

--Mówią, że ja się marnuję, że gubię karyerę swą i sławę. Ja się chcę
zmarnować! Ja nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś umocowaną
cegiełką się pysznić. Jestem dumny, że mogę być czemś, a będę niczem,
ale nie takim podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc
jestem jak wielki pan, bogacz bez granic, który za każdy kęs chleba
płaci garścią złota. Inni tu zostawiają ruble, ja siebie całego po
kawałku. I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie będę, jak podły
parweniusz, szczycił się tem, com zbudował i co stoi nieudolne,
zlepione, nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych czynów. A
to bydło mówi, że ja nie mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem
zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować bez celu. Ja się
zmarnuję, jak oni mówią, ale się zmarnować chcę, chcę!

To »chcę« wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą już szklankę piwa.
Przestał mówić, i jakby ciężki nagle od wypitych trunków osunął się
głębiej na fotelu, milcząc.

Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte chmurami, zkąd pruszył
drobniutki deszcz, zdawało się dalszym ciągiem czarnych dachów. Dziwna,
że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało jakimś smutnym
grobowo-zimnym świtem. Pokój w tem oświetleniu, które kłóciło się z
żółtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym mi się wydawał. Rozróżnić
już można było i tapety, odpadające od wilgotnych ścian, i puder,
pościerany na pięknej może niegdyś twarzy dziewczyny. Czułem, że
powinienem, że muszę iść do domu.

--Żegnam cię--powiedziałem, podając rękę Jerzemu. Zajdź do mnie.
Mieszkam na Senatorskie; pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię w innej
chwili widzieć.

--Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam nigdzie. Ja nie mogę bywać w
porządnym domu.--Zaśmiał się ironicznie.--Bądź zdrów!

Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał: Franka! Franka! Widocznie
budził uśpioną dziewczynę.

Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść przez salę. Na szczęście
kompanionów moich już nie było. Zadowolony, że będę mógł wrócić sam, bez
ich głupiego szwargotu, znalazłem się na ulicy. Przejmujący, cienki,
zimny deszcz orzeźwił mię z resztek trunku i niezdrowych zapachów.
Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy, szedłem wolno, wdychając
wilgotne powietrze najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym czułem
jakąś błogość miłą, jaką odczuwa podróżny, gdy z dalekiej drogi wraca w
rodzinne, ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej błogości była
zadowolona duma, że oto ten rywal dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com
mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał, dziś redaktor i
pisarz, człowiek ceniony i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane
trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone. A zresztą, kto tam wie, z
temi zdolnościami! W tej trudnej sprawie nieocenionych lub niedoszłych
geniuszów, najlepsza może ta surowa, lecz krótka zasada: co nie jest,
nie mogło być.

Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej zbliżałem się do domu. Błoto
na ulicy zaczynało mi już trochę dokuczać. Jak dobrze będzie rozebrać
się w ciepłym pokoju, zrzucić zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem
łóżku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi już zapewne szklankę
lemoniady i moje ulubione papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla
ostrożności, aby żony nie obudzić, buty zdjąłem w przedpokoju i po cichu
na palcach wszedłem do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie pokój
oświetlała. Zbliżyłem się do łóżek; żona spala. Długie opuszczone rzęsy
nadawały uśpionej twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już dawno nie
wydała mi się tak piękną. Umyślnie rozbierałem się jak najciszej.
Położywszy się już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając tę śliczną
twarz przed oczami, gdy wtem na głos prawie wybiegła mi na usta myśl,
której na pozór w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd się wzięła: _Das
Laster ist doch schön..._



W PEŁNEM SŁOŃCU.

(SIELANKA).


W pełnem słońcu.

--Jakaś ty śliczna, jaka śliczna, śliczna--powtarzał prawie bezwiednie,
wpatrzony w jej twarzyczkę zgrabną, w oczy żywe i radosne, w usta
drobne, pulchne, jakby uśmiechów pełne i pieszczoty. Tyle razy spotykał
ją tutaj i za każdym razem odnosił to wrażenie, że ona nie jest
właściwie piękna, ani nawet może ładna, ale właśnie śliczna: tak jakoś
dziwnie zestrojona z tą przyrodą, która ich otaczała, tak jasna, jak
jasnem jest światło, i tak uśmiechnięta, jak uśmiecha się błękit, i tak
nęcąca, jak nęci sina dal przezroczej przestrzeni, i tak nieprzeparcie
pociągająca, jak ciągnie zieleń lasów i szmer strumieni. Chwilami
wierzyć mu się nie chciało, że przyszła tu z domu, a nie wyrosła, jak
kwiat, na polu.

Objął ją wpół i szybkimi pocałunkami obsypywał jej oczy, skronie, włosy
ciemnozłote, jedwabiste, miękkie. Głowę położyła mu na ramieniu,
zmrużyła oczy, oparła się na nim cała, bezwładnie zdawała się roztapiać
pod pieszczotą całunków i słońca. Dreszcz po niej przebiegł.

--Dosyć, dosyć... chodźmy.

Nie odrazu jej usłuchał. Oderwał się wreszcie.

Wzięli się za ręce i, nie mówiąc do siebie nic, poszli.

Szli miedzą.

Złotozielony owies ścielił się im do stóp; chabry błękitne, białe
rumianki, kąkole krwiste wychylały się ku nim. Nieopodal, na wzgórzu
jasnoniebieski łan lnu kołysał się lekko, jakby rzucony na trawę szmat
nieba i jeszcze drżący. A dalej znów lśniła w słońcu jasna zieleń
dojrzewających zbóż, gdzieniegdzie prawie czarne wystrzelały z ziemi
jodły wysmukłe; na krańcu, jak gęsty cień, ułożyły się góry. Lekka mgła
srebrzysta wieszała się na skałach, a niżej w świetliste zasłony
przystrajała ciemne plamy lasów, łagodziła ostrość załamów, a nie
odbierała światła. Jasność ogromna, szczęśliwa, słoneczna unosiła się w
błękitnem powietrzu, trącała rozłogi pól, i lasy i skały, i odbita
wracała znów w przestrzeń, jaśniejsza.

Była cisza. Wiatr zasnął i nie ocierał już z szumem skrzydeł swych o
trawy. Kiście mietlicy nie uderzały o siebie, i nawet lekkie drżączki
stały nieruchome. Tylko dwa białe motyle okręciły się kilka razy w
gonitwie, lecz jakby zmęczone nagle i ciężkie spadły cicho na jeden
kwiat chabrowy. Tylko z dali, z dali dobiegał szum potoku, radosny
zgiełk fali, skaczącej po kamieniach, tak jednostajny, że niknął wnet
dla ucha i zdawał się jednym z tonów wielkie; ciszy.

Z kwiatów i ziół, z ziemi rozgrzanej i zbóż buchał odurzający miodowy
zapach południa. Z najtajniejszych soków żywych upał wydobył wonie mocne
i ciepłe. Pachniało życie w powietrzu... i chęć życia.

Gdy szli tą miedzą, zdawało się im, że doprawdy tyle tylko jest świata,
ile wzrok ogarnie, i tyle szczęścia, ile jest w tej chwili.

Miedza się skończyła; wyszli na większą drożynkę wśród łąki. Zatrzymali
się mimowolnie i spojrzeli na siebie. Rozmarzył ich żar. Opasał ją nagle
rękami, przycisnął ku sobie i przytulił, jak dziecko. Czuł przy sobie
jej postać wiotką i miękką; przez lekkie suknie przenikało doń zbliska
ciepło jej ciała. Patrzyli na siebie jeszcze. Usta ich złączyły się w
pocałunku długim, głębokim. Po chwili chciała usunąć odeń głowę. Nie
mógł oderwać się od niej, upajał się jej tchnieniem.

--Daj mi odetchnąć sobą, daj mi odetchnąć sobą... Pił oddech jej ust,
jak woń kwiatu. Świat zakręcił mu się w oczach.

Usiedli na trawie. Nie prowadzili nigdy ze sobą rozmów długich. Wśród
tej przyrody, szczęśliwi jak ona, stawali się też, jak ona, cisi.
Położył się na wznak, głowę na jej kolanach. Na tle jasnego błękitu
widział nad sobą owal jej twarzy i złote płomyki jej włosów. Otulało ją
powietrze błękitne, rozgrzane, przenizane nitkami światła i czyniło ją
samą podobną do światła. Cisnęła się do niej zieleń murawy, wszystko się
ku niej chyliło miłośnie.

--Śliczna ty moja--szepnął.

Uśmiech radości przeleciał po niej. Nakryła mu jednak usta dłonią. Od
dotknięcia tej ręki gładkiej a drżącej, jak schwytany ptak, przebudziły
mu się w krwi ogniki. Spojrzał na nią. Rumieniec ją oblał. Odwróciła od
niego oczy, czuła na sobie jednak wzrok gorący, nieruchomy, chciwy.

--Nie patrz na mnie, nie patrz...

Uniósł się na rękach i schował głowę na jej piersiach; w skroniach i
czole czuł dreszcz i ciepło.

Ujęła mu głowę w ręce, odsunęła od siebie nieco i patrząc prosząco, a
zalotnie w oczy, powiedziała pieszczotliwie:

--Kochany mój, nie... nie, drogi.

I pocałowała go w usta.

Wstał na chwilę, wyprostował się, usiadł obok niej.

--Chodźże bliżej.

Przybliżył się. Podjęła kapelusz pilśniowy, który był rzucił na ziemię,
zgniotła go, położyła sobie pod głowę, wyciągnęła się na wznak.

--Lubię patrzeć w niebo.

Mimowoli pobiegł oczami za jek wzrokiem.

Błękit był bezchmurny, jasny i bardzo głęboki. Wzrok, wpadłszy tam, wnet
uczuwał znużenie, jakgdyby jasność ta była dlań zbyt lekka i subtelna.
Zaraz też nadbiegała siatka drżąca, czarna, i rozpościerała się po
niebie, jakby na ratunek oczom. Lub też głębia nieba zdawała się
skrysztalać, twardnieć i odrzucała od siebie wzrok ku ziemi, nie
pozwalając mu wybiedz tam, w przestrzenie. Ale już po chwili złudzenia
lazurowy kamień nieba rzedniał, kryształ stawał się znów podobny do pary
bardzo lekkiej i tak zupełnie przeźroczystej, że przez nią silny wzrok
starał się dostrzedz... nieskończoności.

Położył się przy niej bez ruchu; do uszu z gęstwy traw dochodził czasem
tylko trzask świerszcza lub szelest mrówek, ciągnących do gniazda
ciężary.

Nieruchomość skuła mu mięśnie i uśpiła na jawie krew; odbierała mu życie
własne, i zespalała natomiast z życiem ziemi. Kilka mgnień zdawało mu
się, że nie potrafi już sobą ruszyć--ale w dreszczach ciała czuł za to
pęd ziemi, rwącej w przestworach. Zapomniał, że nie jest sam i milcząc,
pogrążał się w rozkosz unicestwienia.

Na powiekach uczuł nagle jej palce. Zasłoniła mu oczy ręką.

--Co widzisz teraz?--zapytała go z uśmiechem w głosie.

--Krew twoją.

--Bardzo czerwona?

--O nie, różowa ledwo, jak...--Urwał.

--Jak... no... powiedz.

--Jak u ryb.--Uśmiechnął się.

Odwrócili się nagle ku sobie, nie wstając z ziemi. Na wpół rozplotły się
jej włosy i na czarną pilśń, na której opartą miała głowę, ściekały, jak
strumień złota pociemniałego w ogniu. Od przypływu krwi rozpaliły się
jej na licach rumieńce i usta pokraśniały żywiej. Czuł jak z pod rzęsów
długich padało nań spojrzenie rozmiłowane, pieszczotliwe.

Leżąc przysunęła się ku niemu trochę, i z groźnym niby wyrzutem w oczach
szepnęła: Ty, ty...

Zaczął całować jej usta, rozchylone w tym uśmiechu; zarzuciła mu ręce na
szyję, tuląc ku sobie.

................................

Z łąki spędziło ich słońce. Zatoczywszy kawał kręgu, stanęło wprost nad
nimi, oblało ich żarem, świeciło w oczy.

--Trzeba iść.

--Ale dokąd?--Zamyślili się oboje.

--Chyba ku potokowi: Tam cień jest napewne.

Zgodziła się odrazu.

Trudno im było wstać; osłabił ich upał. Podnieśli się jednak i poszli.
Wzgórze niewysokie, lasem świerkowym porosłe, wznosiło się przed nimi
tak blisko, że wierzchołkami swych drzew sięgało połowy nieba prawie. Ku
stronie gór pochylało się zwolna na równinę: urywał się las i ciągnęły
zagony zielonych i złotych zbóż. Małe, do gniazd podobne, chaty,
rozrzucone tu i owdzie, czerniały na skrajach lasu.

Pod wzgórzem strumień szumiał. Ścieżynka polna gubiła się wnet wśród
gęstwy krzaków, którymi porastał brzeg parowu. Weszli w wilgotny cień i
krętą drożyną schodzić poczęli w dół. Minęli mały lasek osiny i zbiegli
już prawie pędem na polankę, nad brzeg potoku. W zamkniętej kotlinie aż
huczało od kłótni fal.

Przeciwległa ściana wzgórza wyrastała teraz tuż przed nimi, prostopadle.
Nie widać już było ani pól na stokach dalekich, ani chat, tylko świerków
zieleń, jakby zwieszoną z nieba zasłonę ciężką. Błękit zdawał się
ciemniejszym i bliższym, jakby na szczytach drzew tych się rozpostarł.
Był cień, i tylko gdzieniegdzie przekradał się promień słoneczny,
zaigrał na liściach, plamą jasną zadrżał na trawach, lub przejrzał się
w pianach i snopem iskier strzeliwszy, zagasnął z sykiem na dnie wód.

Strumień z za zakrętu wybiegał wartko, i w płytkiem łożysku rwąc
osrebrzył się cały pianą. Po warstwach łupku, równych jak schody,
staczały się fale, jak kaskada srebra płynnego. A dale; rozszerzało się
nagle koryto i woda natrafiwszy na miękki grunt i piasek, wyżłobiła
sobie jamę głęboką. Zwalniał się tu pęd fali, a grzbiet jej nabierał
barwy i błysku szmaragdów. I raz jeszcze trąciwszy o rozrzucone głazy,
rozpryskały się szmaragdy, i fale tak jak wbiegły srebrne, srebrne
przepadały z oczu.

Zacisznie tu było i samotnie. Świat, który zginął dla oczu, wysuwał się
też mimowoli i z pamięci. Oboje odczuli odrazu tę wielką radość, że
zagubili się w gąszczu takim, gdzie nikt ich nie odnajdzie, że przepadli
dla wszystkich i wszystkiego, prócz dla siebie. Dopiero tu naprawdę
poczuli się razem, sobie blizcy.

W parowie, mimo cienia, upalnie było, nie upałem suchym, płomiennym, jak
na łące, ale wilgotnym, ciężkim żarem dusznym.

Zbliżyli się do brzegu i po kamieniach zaczęli przechodzić przez
potok--ale przejść nie mogli, gdyż droga przez głazy utworzona, urywała
się w połowie, zostawiając jako ostatni kres skalistą wśród fal wysepkę.
Na omszonym wilgotnym głazie, po którym jeszcze niedawno fala się
ślizgała, siedli, trzymając się w pół i cisnąc ku sobie, gdyż zewsząd
potok rwący im groził. Mniemane niebezpieczeństwo, które zewsząd niby
ich otaczało w potoku pół łokcia głębokim, czarowało ją i zachwycało.

--Jak tu dobrze, jak pięknie--najdroższy.

--Ubóstwiam ciebie.

Ale zgiełk monotonny jakąś zadumę smętną w niej rozkołysał, gdyż
umilkła, zamyśliła się i pochyliła główkę, patrząc na piany, tańczące po
fali. Na miękką linię jej ramion i szyję odsłoniętą upadł, wymknąwszy
się z liści, blask słoneczny, pełen zielonawych refleksów i śniadą nieco
jej płeć rozświecił tysiącem iskierek złotych. Przez migotanie tych
błysków złotawych, jasnoróżowa przelśniewała krew ciepła. Patrzył z
zachwytem na te plamy słoneczne, drżące barwami ognia i krwi. Ale ona
zamyśliwszy się nie czuła wzroku, który z uwielbieniem po niej
przebiegał. I nie odwróciła oczu. Więc przyklęknąwszy jak mógł, pochylił
się, aby zajrzeć jej w twarz i spytał:

--Co tobie?

--Smutno mi, smutno.

--Czemu, jedyna?

--Czemu? Tak wszystko płynie, przechodzi, ucieka... Już sierpień...

Łza zakręciła się w jej głosie; schwyciła go za szyję i zaczęła całować
po ustach, po czole, po oczach--bez pamięci. Przebiegł oboje dreszcz
chłodny, jesienny, trwożny.

Nagle zabrzmiał gdzieś w górze odgłos dzwonków miedzianych--powracały
stada.

Oderwała się od niego, wybuchła śmiechem i zanurzywszy dłoń w wodzie,
prysnęła mu na twarz. Wyrwali się tęsknocie.

Schwycił jej dłoń, z której ociekały krople, niby rozsypane klejnoty, i
całować ją począł i pić tę wilgoć, przesyconą rozkoszą jej ciała.

--Puść mnie, puść mnie.

Zerwała się i podniosła, ale pantofelek luźno zapięty przechylił się i o
wilgotny mech poślizgnął. Byłaby osunęła się w wodę, lecz zdążył ująć ją
wpół i podtrzymywać.

--Jakiś ty silny.

Chciał okazać swą siłę i zatrzymać w swym uścisku, lecz wysunęła mu się
z rąk.

--Drogi, muszę już iść, muszę wrócić koniecznie. Dzwoniły stada--już
szósta. Spostrzegą, żem wyszła.

Skoczyła na następny kamień, i znów na kamień--wreszcie wybiegła na
brzeg.

--Kochany, drogi, do jutra.

Pomknęła przez gąszcz zieloną; mignęła raz i drugi jasnoróżowa jej
suknia.

Ledwie zdążył rzucić w ślad za nią:

--Do jutra.



PIERWSZY WIERSZ.


Pierwszy wiersz.

Kiedy po zerwaniu z Maryą minęła pierwsza, nieutulona, nieokiełzana,
prawie głośna rozpacz, Jan Karski jeszcze więcej odsunął się od ludzi--i
wtedy zaczął tęsknić. W oczach pobladły mu wszystkie barwy i w szarą
mgłę smutku, jednostajną i miękką owinęły się dlań wszystkie kształty.
Wielkie ukojenie ztąd czerpał, bo ból jego stracił wtedy tę okrutną
jasność, która przedtem mieszała mu zmysły. Pożądanie zasnęło w nim
jakby na śmierć zmęczone, i gorzki żal zawodu uciszał się zwolna,
roztapiając się w senną tęsknotę, w wielki, odczuwany wszędzie brak.
Nieraz w ciszy samotnych wieczorów z długiego udręczenia rozdartej
miłości zostawało mu tylko to poczucie braku, świadomość mętna, że
czegoś niema, czegoś, co może życiem jest, marzeniem, szczęściem, snem,
lub może.. jej postacią. Wtedy wszystko, co posiąść można wydawało mu
się tak lichem i śmiechu wartem, że drwić mu się chciało z całego życia
swego, z zabiegów różnych, nadziei i dążeń. Nawet te zbiory wierszy
dźwięcznych, pieszczonych, w które wkładał cały swój kunszt wytworny i
subtelny, cały talent i miłość poety, tylko pogardliwą litość w nim
budziły. W tych dniach ponurych, beznadziejnych i nic już nie pragnących
było mu gorzką radością, gdy mógł w tęsknocie swojej zatopić się tak
niepodzielnie, że nie rozniecały się w nim nawet wyobraźnia i zdolność
poety, ta chęć twórcza, by o łzach swych mówić tak, jak nikt inny.
Rozmiłowywał się w unicestwieniu swojem, w ubóstwie ducha, skazanego na
jedno wrażenie, w tej dobrowolnej ofierze, którą bez przerwy składał dla
niej. Wdzięczność wielka i uwielbienie, które mimo przekleństw rozłąki
przepełniały mu serce, szukały sobie wyrazu w tem całopaleniu własnem, w
samobójstwie, którego jedyną trucizną był żal.

Odtąd samotność stała się jedyną towarzyszką długich godzin, które
spędzał błądząc po mieście bez celu, obojętny wszystkiemu, z
uśmiechniętą twarzą. Gwar życia, łoskot kół, szum tłumów, obijał się o
jego uszy i rodził w nim tylko--chwilami--wielkie zdziwienie. Im więcej
obcym wydawał mu się zgiełk i to życie, tym lepiej czuł, że bliższą mu
jest i żywszą--przeszłość. Niekiedy przesiadywał też do późnej nocy na
werandach kawiarń i znajomi rozmawiali z nim wtedy wesoło o wypadkach
dni ostatnich, nie wiedząc nawet, że człowiekowi temu życie ich jest
niczem. Dopiero gdy ich żegnał w najciekawszym nieraz zwrocie rozmowy,
niejeden uczuł, że nie wiążą ich już nawet słowa.

Najchętniej jednak Karski krył się w ciszę kościelną, w pół jasny brzask
pod sklepionymi łukami chłodnych, pustych świątyń. Siadał wtedy w ławce
i zasłuchiwał się w niezmierny spokój, niezmącony nawet szeptem
modlitwy; wzrok jego rozpraszał się na złotych aniołach ołtarzów, na
szafirowych smugach, rozwieszonych w powietrzu, na liniach wysmukłych,
lecących gdzieś ku górze, jakby w przepaście nieba. Jakaś głąb wielka i
jasna opływała mu wtedy duszę, i wyrwawszy ją prawie z zawiasów
cielesnych, niosła na przestwory dalekie, gdzie zostawał już całkiem sam
z tą jedną myślą swoją. I wtedy przeczucie tej wieczności, w którą nie
wierzył, lecz której nie zaprzeczał nigdy, ogarniało go--na
chwilę--lękiem tęsknoty zaziemskiej, samotności bezgranicznej. Więc z
zamyśleń takich dusza jego przebudzała się nietylko już tęskna, lecz i
trwożna, i z trwogi prawie o łaskę wołająca. Pod groźbą tego strachu,
jak w dziecku, rodziła się w nim pierwotna chęć, aby upaść na kolana i
szlochać i błagać Boga, żeby go tą wiecznością nie karał, lub ją
błagać, aby go na wieczność te nie odbiegała.

A gdy na ulicy potem blask słońca przywracał mu trzeźwą równowagę myśli,
z widzeń zaśmiertnych zostawała mu złowroga radość, że tęsknota
przerwała już tamy, któremi rozum graniczy z obłędem.

Ze wszystkich kościołów miasta najwięcej upodobał sobie ogromny na rynku
kościół gotycki.

Potężna wyobraźnia mistrza rzuciła tam na mury splątane pasma jaskrawych
barw; na purpurowych płomieniach kolumn oparła błękitne gwiaździste
sklepienie, za czarnym krzyżem z kroplami krwi rozpostarła wśród zieleni
chóry aniołów. Przepych barw potrącał w jego duszy tajemnicze struny,
ubierał w blaski każde ogniwo jego wspomnień i jej blednące widmo czynił
nietylko nad inne kochanem, lecz i nad inne pięknem. Wielka ekstaza
owładała tu nim często i słowa gorące, pełne czci nieskończonej, dławiły
go wtedy w gardle--ze łzami żalu marnego, że żywej tych słów nie
powiedział. Szczypta zdrowego sądu, która za hulacynacyami jego się
wlokła, bryzgała mu tym żalem w twarz, jak zniewagą, jak winą hańbiącą,
i w uczuciu rodzącej się skruchy wzmagała w nim jeszcze bolesną chęć,
aby przykuć się na zawsze do tej tęsknoty. W takich chwilach mógł
godziny całe trawić w tym kościele, ciężko oparty o poręcz ławki, z
oczami nawpół przymkniętemi, niebaczny już nawet na kaskady świateł,
które słońce kolumnom rzucało na czoła. Usta jego były wtedy ciche i do
westchnień nawet już niezdolne, lecz z dna jego istoty wyrywało się z
uporem szaleństwa jedno imię, jedno błaganie. W chwilach ocknienia czuł
wtedy w piersiach taki gniotący ból, jakgdyby gardło był zerwał na krzyk
i wołanie. Nie wychodził nieraz z kościoła, dopóki zachrystyan nie
trącił go w ramię, przypominając, że zamykać musi. Spostrzegał dopiero,
że zeszły mu w myślach godziny dnia, i zimny zmierzch otoczył już
pobladłe nawy. Uciekał wtedy czemprędzej z tych ołowianych sklepień,
martwych nagłe i ciszą przerażających. Lecz nazajutrz znów jedyną jego
chęcią było wrócić do tego kościoła, do tych barw i do tych myśli.

W godzinach południa, gdy gwar pobożnych i odgłosy ich kroków wyrywały
go z cichego upojenia, przechadzał się bezmyślnie z nawy do nawy i
niedbałym wzrokiem przerzucał po raz tysiączny skarby katedry. Wychudłe
ascetyczne twarze drewnianych świętych w gotyckich niszach nad stallami,
duże czarne krucyfiksy z krwawiącą raną w boku Zbawiciela, tłuste
anioły, uśmiechnięte nad cudacznymi gzemsami późniejszych ołtarzów,
obrazy wyblakłe, szare od kurzu i starości wpadały mu w oczy, nie
budząc żadnych wrażeń, i na chwilę nawet przykuć nie mogły jego uwagi.

A jednak wśród takiej wędrówki stanął kiedyś natychmiast, jakby w ziemię
wrósł, gdy wzrok jego po raz pierwszy przesunął się przelotnie po
»Zwiastowaniu«, które zapomniane wisiało w ukryciu wśród tablic
nadgrobnych. Na małem spękanem płótnie nieznanego włoskiego mistrza była
sama tylko twarz Madonny, promienna i słodka. Zdawało mu się przecież--i
nie było to złudzenie, bo im lepiej się wpatrywał, tym więcej ufać
musiał swoim oczom--że przez te rysy błogosławione i natchnione dojrzał
twarz inną, więcej mu blizką i więcej kochaną.

Więc patrzeć zaczął... Tak spragnionym był jej widoku, tak często w
bezsenności nocnej wyczekiwał w naprężeniu wszystkich zmysłów snu
dobrego, który mógł mu jej postać przywieść przed oczy i rzucić w
objęcia, że teraz, kiedy ją ujrzał tak blizką, tak świętą i tak
uśmiechnioną, jakaś rzewność miękka, jakaś tkliwość rozbudzonych
wspomnień oblała mu serce, i wargi mimowoli się rozchyliły i na usta
wybiegał już okrzyk ten, którymby ją powitał obecną. I skoro opanował
pierwsze wzruszenie, z tego chwilowego omdlenia przyniósł ze sobą jedno
szczęście wielkie, na całe życie łaskę jedną. Bo oto ona została z nim
i będzie mógł tak jak dawniej klęczeć przed nią i mówić jej na głos
zaklęcia, prośby pełne i poddania, i będzie mógł, tak jak dawniej,
złożyć usta na jej ciepłych, gładkich dłoniach... W kącikach oczu
zakręciły mu się drobne łzy lśniące i radość dziwna, nieoczekiwana
ścisnęła mu krtań, jakgdyby oto miał wybuchnąć szlochaniem. Odstąpił
krok jeden od obrazu, i oparłszy się o mur, patrzył, patrzył jeszcze.
Zapomniane wrażenia dzieciństwa ocknęły się nagle w tym człowieku bez
wiary, wróciła mu nagle pamięć godzin modlitwy i długich tych chwil,
kiedy dzieckiem jeszcze klękał i zwierzał się Bogu z pragnień swych i
żalów. Wspomnienia te jasne i czyste, jak lilje, plątały się bezładnie z
innemi świeższemi stokroć, gdy w niej jednej znajdował spokój swój i
szczęście. Powoli zacierały mu się jak we mgle, granice istot i czasów;
w oczach przyćmionych łzami postać Madonny olbrzymiała, coraz
podobniejszą się stając do straconej, obcej i dalekiej. I zarazem
odrywała się myśl jego zupełnie od wszystkiego, co go tu na dole
otaczało. Wpatrzony w ubóstwione rysy nie spostrzegał, że kościół
napełniał się ludźmi, że księża w ornatach wychodzili z zakrystyi...

Odezwały się organy. Jakby z oddala, z głębokiej otchłani polał się
potężny hymn żalu; pieśń rozpaczy i skruchy, zmiłowania i łaski
prosząca, wybuchnęła głośnymi akordami i biegła roztrącić się i
rozsypać w jęki o gwiaździsty, nieruchomy strop. Jęk za jękiem uderzał o
kamianne sklepienia, które zdawały się wtórować im i dźwięczeć. I wtedy
jakieś czarodziejstwo naszło na Karskiego; zmąciło mu się wszystko w
oczach i w myśli; kolumny kościelne zapaliły się jak pochodnie od
płomieni, które je obejmowały, sklepienie się rozwarło, dając jasnym
błękitom dostęp, i ona, kochana, święta zdawała się zrywać z tego
płótna, schodzić ku ziemi i wyciągnąwszy ku niemu ręce mówić to jedno
tylko: Oto jestem. Wtedy radość przesilna złamała go i rzuciła na
kolana; gwałtowne łkanie rozdarło mu pierś, a zaciśnięte usta powtarzać
zaczęły bezwiednym, bardzo cichym szeptem: Droga, droga, droga...

................................
................................

Kiedy Karski znalazł się potem na ulicy, czuł w sobie wielkie zmęczenie
ciała, ale w myślach miał teraz spokojność łagodną i cichą, jakgdyby
odblask tej wielkiej radości, którąby odzyskanie jej mu dało. Rozumiał
dokładnie, że to było chwilowe oczarowanie, które prysnęło jak tęcza, że
miał widzenie bardzo niejasne i nie wiedział właściwie, przed kim czy
przed czem modlił się i klęczał. Rozumiał też, że ten zachwyt nie
powtórzy się więcej, że nie uda mu się zapomnieć życia tak doszczętnie i
doczekać po raz drugi jej zwiastowania. Lecz po tem spazmatycznem prawie
wrażeniu ukojenie słodkie otuliło jego myśli, jakgdyby na skronie spadła
mu jeszcze jedna jej pieszczota długa, na życie całe zostająca. Chwilami
zdawało mu się bardzo wyraźnie, że jakaś drobna cząstka jej, jakiś cień
jej drżący jest tuż za nim obecny po to, aby nie opuścić go więcej i nie
rozstać się z nim nigdy. W ekstatycznem podnieceniu wyobraźni tęsknota
jego zbladła i odstępowała go zwolna; i ten ciężki przygnębiający
smutek, gdy czuł tylko to, że jej nie ma, osuwał mu się z piersi.

Dnia tego błądził długo po mieście, z ulicy na ulicę, niezmęczony, jakby
ciekawy każdego zakątka. Powietrze, już blizkością wiosny wonne,
swobodniej przenikało mu do piersi: po raz pierwszy od dni tylu zmysłowa
rozkosz życia, rozkosz wiatru i światła budziła się w nim z uśpienia.
Widoki, wpadające mu w oczy, chwytał skwapliwie i czuł nieraz, że myśl
jego, dotąd beznadziejnie zapatrzona w jedno wspomnienie, drgnęła raz i
drugi, i uniosła się nieco, i spostrzegła skrawek błękitu nad domami i
piosnkę usłyszała, którą nucił ktoś wysoko na poddaszu. Uczuwał w sobie,
jakby nowy przypływ i pełnię sił, chęci przebłyskujące i jeszcze ukryte,
pożądania nowe i możność nowych radości. Mimowoli dzwoniły mu oderwane
nuty melodyj, śpiewanych gdzieś dawno, i niespodziewanie stanęła mu
nawet w pamięci strofa ostatnia ostatniego wiersza, który pisał przy
niej.

    .....I duch mój wziąwszy skrzydła purpurowe
    Już się do lotu zrywa, tam gdzie nowe
    Światło.....

I nagle podrażniony w nieświadomej jakiejś próżności, nie zastanawiając
się, co czyni, w myślach dobierać zaczął po cichu innych słów,
dźwięczniejszych, głębszych, żywszych, któremi powiedzieć by można
wszystko, co się w duszy dzieje... W miarę jak te słowa bezgłośne
układały się w rytmy i jednoczyły w obrazy, rosła w nim chęć, aby je
wymówić i obrazy te zatrzymać. O niej przecież mówić miał i o tem co
przeżyli razem; zadowolenie artysty łączyło się zdradziecko z rozkoszą
głośnego wyznania... Zasłuchany teraz w muzykę własnych myśli, które
brzmiały mu jeszcze echem niezapomnianej kościelnej melodyi, Karski
zdążał ku odludnym stronom miasta, gdzie gwar nie przeszkadzał jego
twórczej pracy. Wydostał się na daleką, zrzadka zabudowaną aleję i tam
na pierwszej napotkanej ławce siadł...

Zmierzch zapadał i w suchem powietrzu zachód płonął jeszcze ognistą
czerwienią; lecz ku zenitom nieba nad głowami czerwień jaśniała, żółkła
aż nieuchwytnym szeregiem odcieni rozpływała się w głębokiem
zielono-błękitnem sklepieniu, gdzie kilka gwiazd lśniło, jakby srebrne
szpilki. Karski parę chwil przyglądał się blaskom gasnącym na zachodzie:
majestatyczny widok światła i barw rozbudził w nim znów żywiej wrażenia,
które rankiem po nim przebiegły. I wtedy na starym świstku gazety
ołówkiem zaczął pisać wiersze niedbałe, jakby spowiedź rzuconą w świat,
niewiadomo przed kim i dla kogo.

    Kiedyś przybiegła ty do mnie i białą
    Dłoń mi na usta położyła drżące
    I pokraśniała milcząc, mnie się zdało,
    Że nagle kwiatów zakwitło tysiące,
    Że ciebie nagle otoczyły całą
    Mgły przeźroczyste i złotem świecące,
    I w złotych blaskach tak byłaś mi piękną,
    Że czułem, jak mi słowa w ustach miękną,
          I że się oto modlić będę... tobie.
    I jużem ukląkł...

Karski wstrzymał się na chwilę i w zmroku pospiesznie przeczytał to, co
był napisał. Nagle zdało mu się, że ciemny pąsowy rumieniec wystąpił mu
na twarz. Więc doprawdy stała mu się już tak obojętną i obcą, że wiersze
teraz o niej pisać mógł spokojnie, gdy przedtem każde jej wspomnienie
wstrząsało go do głębi? Więc ze śmiesznym pośpiechem poety korzystać
chciał z okazyi, aby w szeregu pustych, bezsilnych słów roztopić pamięć
tej chwili jedynej nadziemskiego widzenia i radości? Więc spieszył się
przystroić ją w fałszywe blaski fantazyi i uczynić przedmiotem swoim i
natchnieniem, aby tem łatwiej wydrzeć ją ze swego życia, i o żywej i
kochanej zapomnieć?... Ogarnęło go gorzkie uczucie pogardy dla tej
małoduszności poety, który skarżyć się chce z gadatliwością dziecka i
jak dziecko pociesza się swym płaczem. Zdjął go żal wielki za tą szczerą
i potężną miłością, którą połamać miał na drzazgi i w pieśniach
rozproszyć, i żal jeszcze większy za tą tęsknotą, że przestała go dławić
tak, jak dawniej. Jakby przytłoczony świadomością winy, pochylił się w
ławce i bezwładnie ręce opuścił; ołówek wysunął mu się z palców i upadł
na ziemię.

Z mrokiem nocy, co od krańca w kraniec nad miastem się roztoczyła i
błysnęła tysiącem gwiazd zimnych, spadał mu na duszę smutek coraz
cięższy, jakgdyby po raz drugi ją stracił gorzej jeszcze i
nieodwołalniej...



TRZY DUSZE

dramat w jednym akcie.



OSOBY:


    ANDRZEJ TUROWICZ lat 34.
    ZOFIA, jego żona lat 25.
    JAN KARSKI lat 28.



Ubogie mieszkanie studenckie w Paryżu; drzwi w głębi; z prawej strony
dwa łóżka ustawione jedno za drugiem. Szafa, ubrania męskie i kobiece
zasłonięte płótnem. Na lewo na przedzie stół, dwa krzesła i kanapka. W
tylnej części ściany mała kuchenka. Ciepły letni zmierzch, pełen
różowych odblasków zachodu zapada zwolna.

Przy stole na kanapce siedzi Zofia, zamyślona lecz pogodna, zajęta
szyciem, które pozornie pochłania jej uwagę.

Drzwi w głębi otwierają się: wchodzi Karski--z wyrazem znużenia i
zdenerwowania na twarzy.

ZOFIA [obracając się ku wchodzącemu, z uśmiechem]. Tak późno wracasz,
jedyny?

KARSKI [wita się z nią pobieżnie i siada przy niej na kanapie]. Miałem
dużo roboty i niesporo mi idzie. Ciężko mi jeszcze pisać po francusku.

ZOFIA [troskliwie]. Zmęczony jesteś? Jak ty źle wyglądasz?

KARSKI [znużonym głosem]. Tak. Zmęczyłem się trochę, bom szedł najpierw
odwiedzić Henryka--wiesz Rzeckiego, ale później rozmyśliłem się i znów
odłożyłem na później. Czas jeszcze. Przysporzyło mi to jednak drogi.

ZOFIA. Nie ciekaw jesteś go widzieć? tylekroć mówiłeś mi o nim jeszcze w
Warszawie. Tyle lat nie widzieliście się...

KARSKI. I możemy się nie zobaczyć. Wszystko jedno! Mój Boże, cóż nas
dziś łączy? Od tych lat, kiedyśmy się znali, kilku ludzi przesunęło się
przezemnie, a ja sam nawet nie wiem, jak się zwali i dokąd poszli.
Mniejsza o nich zresztą. [weselszym tonem]. Coś tak posmutniała,
Zosieńko moja? czemu? No, spójrz na mnie.

ZOFIA [smutnie]. Jakiś ty dziwny; mówisz czasem tak smutnie, tak
beznadziejnie i gniewasz się, że mi nie do śmiechu. Niedobry jesteś,
nie, nie.

KARSKI [wesoło, pół żartem, pół seryo]. Uspokój-że się, dziecko.
Najpierw nie powiedziałem nic smutnego. Bo czyż jestem dziś taki, jak
byłem dawniej, nimem ciebie poznał? I ty, ty sama nie odmieniłaś się nic
a nic? Jest pani zawsze tą samą wesołą a tęskną trzpiotką, z którą przed
rokiem tańczyłem kadryla u Łempickich?

ZOFIA. O nie, nie.

KARSKI [już z pewnem zamyśleniem, jakby ulegając nadchodzącym
wspomnieniom]. Pamiętasz ten wieczór? W jakiej byłaś sukni?

ZOFIA [nieco zdziwiona]. Jaki wieczór, kochanie?

KARSKI [ciszej]. Ach, ten pierwszy.--Ty nic nie pamiętasz... Nie znałem
cię jeszcze wtedy. Przyszłaś sama z jakąś ciotką, jakgdybyś panną była.
Miałaś na sobie taką bladą, bladoróżową suknię jak najranniejszy świt i
fiołki we włosach. I tyle woni fiołków w koło ciebie. Ach, ty kwiecie!
[obejmuje ją wpół i przytula do siebie].

ZOFIA [bezdźwięcznie]. To było tak dawno, tak dawno.

KARSKI [odsuwa ją od siebie, porywczo]. Żal ci tego?

ZOFIA [pieszczotliwie]. Mnie żal, mnie? Czem ja byłam? Ot dzieckiem,
które chodziło z balu na bal, śmiało się, tańcowało, i prawie nie
wiedziało, że jest nikomu niepotrzebne, że nic nie kocha. Wiesz ja
dawniej naprawdę myślałam, że ja jego... Dopieroś ty przyszedł. Jakiś ty
był smutny; ciebie jednego mi tak żal było. [chwyta go za rękę].

KARSKI [jakgdyby nie do Zofii mówiąc]. Byłem smutny? Nie, to nie jest
smutek, co się w duszach naszych lęgnie. To coś gorszego, coś
czarniejszego. Takie znużenie straszne, które wygryza wreszcie i ból, i
tęsknotę i pożądanie, i nie pozostawia nic, na czem oprzeć by się można.
I ta pogarda, ta żrąca, uśmiechnięta pogarda dla ludzi, dla siebie, dla
każdej myśli mojej, dla każdego tchnienia mego. Takie obrzydzenie do
siebie, do ciała i duszy, że błogosławiłbym stopę, któraby mię
rozdeptać chciała... I te nagłe martwe cisze, gdzie wszystko zapada,
gubi się, ginie, jakgdyby fale śmierci zalały nas powyżej głowy. [pod
koniec mowa staje się coraz prędszą]. Nie wiem co czuję, każda myśl
moja, każde drgnienie jakimś wiatrem zagnane przychodzi, ucieka jedno za
drugiem w pędzie, splątane jak dym. I znów pustka, pogodna bezsłoneczna
pustka, która milczeniem swojem zdaje się pytać: po co, po co żyjesz? Po
co żyjesz?

ZOFIA [przysuwa się ku niemu sama, tkliwie]. Jakie to straszne! Ale to
było dawniej, dawniej, prawda, dawniej? Ty tego nie czujesz teraz,
nigdy? nigdy?

KARSKI [po chwili ciszy]. Nigdy.

ZOFIA [coraz tkliwiej]. Prawda? ty żyjesz dla mnie, dla swojej Zosi,
musisz żyć dla mnie. Twoja Zosia jest sierota, samiuteńka jedna, nikogo
nie ma na świecie, umarłaby z głodu bez ciebie.

KARSKI [ironicznie, zrywa się z kanapy i zaczyna chodzić po pokoju] I ze
mną ci niewiele do tego brakuje. Żyję dla ciebie, a ty w takiej nędzy.

ZOFIA. A wiesz co, że ty śmieszny jesteś. No i czego mi potrzeba. Gdybym
nie wiem wiele miała pieniędzy, nie wiedziałabym, co z niemi tu począć.
W Warszawie co innego, ale tu... A zresztą to zabawne tak liczyć te
susy. Nigdy nie umiałam tego dawniej, a już się wyuczyłam. Widzisz, jaka
Zońka twoja pojętna. I jeszcze bym ci coś powiedziała, ale ty się
będziesz śmiał ze mnie.

KARSKI [stając przed nią, miękkim, kochającym głosem]. Z ciebie, duszo
moja, z ciebie?

ZOFIA [nieśmiało]. Widzisz--mnie się czasem zdaje, że to dobrze, że my
jesteśmy w biedzie. Już za nic bym nie chciała, abyś ty był bogatszy od
Andrzeja. Nie, nie. Ja mogę być wesoła, lekkomyślna i bardzo niemoralna,
ale ja wiem, wiem bardzo dobrze, że to jest źle, źle to wszystko, co ja
z tobą zrobiłam. Nie śmiej się z tego, bo to jest wielki grzech. Mówił
mi to jeszcze ksiądz na spowiedzi, nimem ciebie znała. Może ta bieda
nasza będzie mi za pokutę policzona. [Z pewnym przymusem]. No, nie śmiej
się.

KARSKI [chodząc po pokoju]. Jaki ja jestem podły, podły! Ja wiem, tyś
wszystko poświęciła dla mnie: religię twoją, opinię, przyszłość,
bogactwa; narażasz się na zniewagi, na głód--dla mnie, wszystko dla
mnie; a ja co, co ja ci dałem? [szyderczo] Ja mam przygodę miłosną. Nic
dla ciebie zrobić nie mogę, nawet zapracować nie mogę tyle, żebyś ty
biedy nie cierpiała, [jakgdyby z trudem mówiąc]. Wiesz, obcięli mi
połowę godzin w redakcyi. Ośmdziesiąt franków na nas oboje! A przyjąłem
to zupełnie spokojnie, apatycznie, tak, jak gdybym ciebie nie znał, jak
gdybyś nie ty na tem cierpiała. Czyż ja ciebie nie kocham?

ZOFIA [powtarza bezdźwięcznie]. Ośmdziesiąt franków. Połowa tego, cośmy
dotąd mieli...

KARSKI [staje znów, mówi namiętnie]. Słuchaj! Uczucie moje dla ciebie to
ostatnia moja świętość: gardziłem wszystkiem, oplułem w sobie wszystko,
prócz tej jednej, jedynej miłości. Ty musisz być dla mnie wszystkiem, ty
jesteś moją wiarą, siłą, moją duszą. Jeśli mi się jednę chwilę zdaje, że
ja ciebie nie kocham--tak jak tam w redakcyi--zdaje mi się, że oszaleję.
Nie, nie oszaleję. [z rozpaczą]. Ale jeśli ja ciebie nawet nie kocham,
to chyba już dziś jestem trupem.

ZOFIA [wstaje i bierze jego głowę w ręce i przytula do siebie; łagodnym,
kojącym głosem]. Ty moje szalone, biedne dziecko! Ty mnie nie kochasz,
ty? Czy ja tego nie widzę, czy jabym mogła choć jedną chwilę o tem
wątpić? ty mnie nie kochasz, tyś mi nic nie poświęcił? Tyś chciał
poświęcić wszystko, siebie całego. [z pewną grozą w głosie]. Och! ja
pamiętam to dobrze!

KARSKI [zdziwiony]. Co ty pamiętasz Zosiu?

ZOFIA. To, coś mi mówił wtedy, dawno jeszcze. Ah! to nie był żart. Tyś
tak okropnie patrzył wtedy.

KARSKI [z rosnącem zdziwieniem]. Kiedy? co?

ZOFIA. Wtedy, pierwszym razem... u ciebie... na Żórawiej. O nie, nie
chciałam przyjść. Jeszcze nic nie było między nami, jeszcze mogło być
wszystko inaczej. I nie byłabym przyszła. Tak się długo modliłam do
Matki Boskiej, i tyle sił miałam i tak się chciałam poświęcić, i tak cię
kochałam! Chciałam się na zawsze zakopać na wsi--u nas w Golewicach,
ukryć i zdusić tę miłość, która mię dławiła. [smętnie]. Byłbyś
szczęśliwszy może.

KARSKI [silnie]. Bez ciebie? nie mów tak nigdy.

ZOFIA [mówi z trudem, pokonywując uczucie zawstydzenia i winy].
Przyszłam wtedy do ciebie, żeby cię pożegnać, powiedzieć ci to wszystko,
powiedzieć ci, że musimy się rozstać, że będziesz zawsze wybranym mojej
duszy, ale że ja twoją być nie mogę, że ja twoją być nie chcę--Boże,
Boże.... Myślałam, że się będziesz gniewał, przekonywał. A ty nic,
tylkoś mi powiedział to jedno, ale takim głosem strasznym, że mię
dreszcz zdjął, jakgdybym już grób przed sobą zobaczyła. Klęczałeś
przedemną i oczy twoje, twoje śliczne oczy, patrzyły gdzieś w dal
nieprzytomne i powtarzałeś, jakby już nie myśląc nawet: Zosiu, Zosiu,
rozstanie z tobą mnie zabije. [z wybuchem, chwytając go za ręce i
cisnąc ku sobie]. Janku mój, ty nie pogardzaj mną, ale ja nie mogłam
inaczej, ja nie mogłam cię zabić. Przysięgnij! ty nigdy nie będziesz mną
pogardzał? Nigdy? Widzisz--ja nie wiem, za co ty mnie tak kochasz, mnie
cudzą, wiarołomną żonę.

KARSKI [bezdźwięcznie, jakgdyby powtarzając dawniej powiedziane słowa].
Rozstanie z tobą mnie zabije; tak powiedziałem ci to--rozstanie mnie
zabije.

ZOFIA [trwożnie]. Jak ty dziwnie patrzysz! Nie rozstaniemy się przecież
nigdy, nie opuszczę cię nigdy. Słyszysz? Nie wierzysz mi?

KARSKI [chłodno, z zamyśleniem]. Nie, nie... Ale dziękuję ci, żeś mi to
przypomniała teraz. Jak błądzącego w górach otoczyły mię mgły, i zdawało
mi się, że na okół równina, zewsząd gładka i czysta. Rozdarłaś mi mgły,
i widzę, że tam jest otchłań, tam musi być... [pewnym głosem] i będzie.

ZOFIA [trwożniej]. Na Boga--co ci jest dzisiaj? Janek, tyś nie zdrów:
położysz się zaraz, dobrze? [podchodzi do łóżek, chcąc zdjąć i
przygotować pościel].

KARSKI [powstrzymując Zofię]. Nie jestem chory, nawet nie jestem
zdenerwowany. Nic mi nie jest. Ale ja siebie nie znam, ja siebie się
lękam. Ja byłem takiem dziwnem dzieckiem. Dorastającym chłopcem
krajałem sobie ramię nożem, aby jakiś jęk z siebie wydobyć, jakimś bólem
powiedzieć sobie, że żyję.--I dziś niewiem nawet, czy mię te rany
bolały. Czytałem kiedyś Irydjona: nie wzruszył mię szatan Massynissa,
nie wzruszył mię bohater, ani Grecya, tylko ten smutny, znudzony Cezar.
Czternastoletni sztubak płakał nad Heljogabalem! Czasem mi się zdaje, że
jak u niego, każde czucie moje jest fałszem, każda żądza moja jest
starczą, bezsilną, zapóźną ciekawością, bańką błota co nie błyśnie nawet
i pęka. Ja nie pamiętam dziś, jakem ja zaczął cię kochać. [ironicznie].
Możem był ciekawy twej miłości? [z pogardą]. Tylko trochę drogo cię ta
ciekawość moja kosztuje.

ZOFIA [głosem, w którym przebija już zdenerwowanie i cierpienie].
Powiedz, powiedz, poco ty dręczysz mnie i siebie? Doprawdy ty mnie chyba
mało znasz. Że jestem wesoła i nieraz rozbawiona, to nie wyobrażaj sobie
jeszcze, że jestem naiwnem dziewczątkiem, które panu podobało się zabrać
z sobą. Wiem, co zrobiłam--i to chciałam zrobić. Czy ty nie rozumiesz,
że obrażasz mnie, gdy mi wspominasz dawny dobrobyt, i sądzisz, że mogę
za tem tęsknić? Nie mów mi o tem nigdy, pamiętaj, bo mnie to boli.
[przekonywująco i weselej]. Ty się dręczysz, że będziemy teraz mieli
mniejsze dochody, a już przedtem nie zawsze wystarczało. Ale i to
przejdzie. Ty znajdziesz jeszcze inne zajęcie--za miesiąc, dwa--to się
już zupełnie wyuczysz po francuzku. Zobaczysz, jeszcze będziesz zamiast
Lemaitre'a feljetony do Debatów pisywał. A i pani twoja weźmie się do
roboty. Ty nie wiesz, jak ja kapelusze ubieram; doprawdy, nie widziałam
ładniejszych na bulwarach. [coraz weselej, ze śmiechem]. Założę jeszcze
wielki magazyn mód; będzie taki wielki szyld: „_Madame Sophie, Maison
des confections_” na Rivoli, albo na rue de la Paix, obok Wortha dla
konkurencyi. Wszystkie elegantki się do nas przeniosą. [z głośnym
śmiechem]. Pokażę ci księżnę Chimay z jej cyganem, chcesz?

KARSKI [nieprzezwyciężony wesołością, poważnym głosem]. Ty się modlisz,
Zosiu?

ZOFIA [zdziwiona]. Ty wiesz przecie...

KARSKI [poważniej jeszcze]. I spowiadasz się?

ZOFIA [niechętnie odpowiadając, smutnie]. Teraz, teraz...

KARSKI. Ty wiesz, co jest kłamstwo?

[Długa chwila ciszy].

Czy ty wierzysz, że ja nigdy przed tobą nie kłamałem, nigdy, ani wtedy,
gdyś po raz pierwszy przyszła do mnie? Czy ty mi wierzysz?

ZOFIA [uczuciowo]. Wierzę, wierzę.

KARSKI [dobitniej, prawie natarczywie]. Tak jak sobie wierzysz?

ZOFIA. Tak jak sobie.

KARSKI. Czy ty wierzysz, że cię kocham nad wszystko, że nigdy cię nikt
nie kochał więcej odemnie?

ZOFIA [zmęczona]. Wierzę, jak duszy swojej, wierzę.

KARSKI [z silnym wybuchem]. Bogdajbym zginął, gdybyś ty się zawieść
miała.

ZOFIA [ze zmęczeniem, ogarniającem ją nad siły]. Ja tego nie chcę, tak
być nie może. Te ciągłe wyrzuty cię zamęczą. No i o co, o co? Jedno
jedyne miałam pragnienie, abyś ty, mój najdroższy był szczęśliwy. I
patrz co się z tem dzieje! Przecież ja widzę, że ty nie jesteś
szczęśliwy. Czemu--czemu? Chciałeś mię mieć--jestem twoją, na zawsze
twoją. Chciałeś mię mieć tylko dla siebie, zdala od wszystkich, od
niego--przyjechaliśmy tutaj. Cóż ja jeszcze zrobić mam dla ciebie? Bo
widzisz, gdybyś ty nigdy nie był szczęśliwy ze mną, to byłaby dla mnie
taka kara, taka kara. [ze łzami]. Oh, nie...

KARSKI [spokojniej znacznie]. Ale ja jestem szczęśliwy,--jeśli ty mi
wierzysz. Nie uwierzyłbym Bogu, gdyby mi stanął tu w płomiennym krzaku,
ale tobie wierzę.

ZOFIA. Ach, nie mów tego. Tak chciałabym, abyś ty choć trochę wierzył.
Ale to niemożliwe.

KARSKI [pół-prosząco, pół-żartobliwie] Nawróć mnie.

ZOFIA [przejmując się słowami swemi, miękko]. Ach, gdybyś ty naprawdę
chciał. To tak dobrze zapomnieć wszystkich zgryzot, bólów, tęsknot; taki
spokój, taka jasność nachodzi wtedy na mnie. I to, że całą wieczność
będzie się miało przy sobie tych, których się kocha. Wiesz, wtedy co to
nas już mieli wyrzucać z mieszkania, bo nie było pieniędzy na
komorne,--tyś wybiegł, jak szalony, poszukać gdzie u kogo chociaż kilku
franków; zostawiłeś mnie samą. Mnie tak było straszno, ciągle mi się
zdawało, że ktoś przyjdzie i zacznie mnie stąd wypędzać. Jeszcze byłam
taka naiwna i nic nie wiedziałam, że tak prędko wyszły nasze
pieniądze... Lękałam się zostać w domu i wyszłam na ulicę. Poszłam przez
Boul'Mich. Długo, długo stałam na moście: szara, mętna woda płynęła bez
końca i jakgdyby podnosiła się i podchodziła ku mnie. I pomyślałam
sobie, że sama nie potrafię tu przyjść więcej; ale z tobą--jeśli ty nic
nie znajdziesz--dobrze. Ty nawet nie wiedziałeś, jak mi wtedy było
straszno i ciemno dokoła! Wracając przechodziłam koło Notre Dame; drzwi
były otwarte, grały organy, poszłam. Było tak pełno, a nad nami leciały
tony głębokie, wielkie, jakby wicher z organów zrywał się i rozpędzał
nam dusze, gdzieś daleko, po nieskończonościach, już u samych stóp Boga.
Nie, ja się nie modliłam, ale byłam tak wysoko, tak daleko i od Sekwany,
i od tego pokoju na Glacierze...

KARSKI [zazdrośnie]. I odemnie?

ZOFIA [jakby w zachwyceniu]. Tak,--i od ciebie. Ty się gniewasz o to?
Ale jak wróciłam, to byłam taka silna, taka pewna, taka spokojna.
Gdybyśmy na ulicy nocować mieli, to wiedziałam, że się nam nic nie
stanie i że ja nic złego do ciebie i do mnie nie dopuszczę.

KARSKI [po krótkiej ciszy]. Daj mi swą duszę.

ZOFIA [pieszczotliwie]. A któż to ją ma?

KARSKI. Nie, nie tak, nie tak. Ja mam być poetą, artystą, ale ja nic nie
stworzę, ja nic nie kocham. Ja się niczego, niczego nie lękam, ale i nic
nie kocham. Słucham, śledzę twe czucia, ja wiem, że tam nic nie ma, ale
wierzyć w Boga jest pięknie, bardzo pięknie. [z smutną ironią]. Co jest
pięknego we mnie?

ZOFIA. Ty nic nie stworzysz? A kto napisał: »Widziałem krew na duszy
mojej«? Kto napisał: »Złote gromy«?

KARSKI [smutniej]. Dzisiaj już nic nie ma we mnie.

ZOFIA. Bo się męczysz, bo się trujesz głupstwami, o których mówić nie
warto nawet. [z dziecinnym zapałem]. Słuchaj, ty musisz być wielki!
zrobisz to dla mnie, prawda? [jakby chwytając z radością myśl, która się
jej nawinęła]. Jak to dobrze, że masz teraz mniej roboty w redakcyi! No
bo wprost nie miałeś czasu, ale teraz codzień popołudniu zasiądziesz do
pisania. [żartobliwie]. Tak, mój drogi, skończyło się próżniactwo! Już
Zośka cię dopilnuje. Dokończy pan tę komedyę którąś mi czytał
kiedyś--pamiętasz u mnie jeszcze. To takie śliczne było. Poślemy to do
Warszawy. [opamiętuje się]. Nie do Warszawy, nie--gdzieindziej, do
Krakowa lub Lwowa. A później pojedziemy na przedstawienie. [smutnie].
Tak dawno już nie słyszałam, jak dokoła mówią po polsku... [znów
żywiej]. Ty pójdziesz sobie do loży, a ja schowam się gdzieś cichutko,
skromniutko, na galeryi, w takim kąciku, aby mię nikt nie widział. Potem
oklaski, krzyczą: autor, autor! Ty się kłaniasz. [dziecinnie, klaszcze w
dłonie]. Ja się chyba spalę z radości, że to ty, ty mnie kochasz. A może
ty wtedy przestaniesz twoją Zońkę kochać?

KARSKI [słucha, nieco zamyślony, zdjęty rozkoszą]. Mów, mów dalej...
Jaki ty masz głos!

ZOFIA [bardzo wesoło]. No widzisz, znów to samo, a ja tego tak nie
lubię. Napewno nawet nie wiesz co ja mówiłam. Tak mnie słuchasz?
Myślisz, że to przyjemnie... Ty mnie chyba masz za bardzo głupią. Może
masz racyę nawet. Ja jestem taka roztrzepana.

KARSKI [powoli]. Chciałbym nic w życiu nie słyszeć oprócz głosu twego.
Tak, głos twój pokochałem najpierw.

ZOFIA [z wybuchem śmiechu]. Najgorzej w świecie! No już teraz nic, nic
nie słucham. Ot do czego to prowadzi! Zapomnieliśmy na śmierć o
obiedzie. A jestem taka głodna. A jak Zońka jest głodna to jest taka
zła, zła...

KARSKI. Dziecko, dziecko moje.

ZOFIA [podbiega do szafy, otwiera ją i przegląda półki]. Ale nic nie ma
w domu. Tylko kawałek masła od wczoraj został. Trzeba jeszcze zejść do
miasta. [wracając znów do Karskiego, który stoi przy stole]. Czekaj,
pomyślimy co będzie na obiad. Najpierw... najpierw sardynki--ty lubisz
sardynki--prawda? Potem kupimy dwa duże befsztyki, takie po sześć susów,
a na deser... [wesoło] no zgadnij, co ci kupię na deser, zgadnij!

KARSKI [pieszczotliwie, wesoło]. Nie wiem, ty szalona główko.

ZOFIA. Bo nie zgadniesz. Róże, róże. Widziałam wczoraj takie śliczne
róże, białe, ledwie ledwie różowe. I tak tanio, duży bukiet za cztery
susy. W Warszawie toby ze trzy ruble kosztowało. [z pewnem wahaniem]. A
może to źle, że ja chcę róże kupić?...

KARSKI [wesoło]. Dlaczego znów źle?

ZOFIA [poważniej nieco]. Najpierw, to jest zbytek, a my teraz musimy
oszczędzać bardzo. A powtóre to jest deser dla mnie, bo ty kwiaty nie
zbyt lubisz, i może będziesz głodny.

KARSKI [z rozrzewnieniem]. Nie, nie, nie chce mi się jeść; nie będę
głodny.

ZOFIA [całuje go, uradowana]. Ach! jakiś ty dobry! Widzisz mnie się tak
strasznie chciało mieć te kwiaty... Przepadam za różami, już wczoraj
chciałam zaraz je kupić, ale nie miałam ani susa. W Warszawie w każdym
pokoju były u mnie kwiaty. A teraz daj mi pieniądze, polecę prędziutko
[liczy prędko]. Sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, dwadzieścia... Daj mi
półtora franka [odwracając się od Karskiego podchodzi do wieszadła z
ubraniami, wkłada zarzutkę i lekki słomkowym kapelusz. Chwila ciszy].
Janek, ja już idę...

KARSKI [chodzi po pokoju, nie patrząc na Zofię, mówi zimno, a jednak ze
wstydem]. Zosiu, ja nie mam tyle.

ZOFIA [zdziwiona]. Przecież dostałeś trzy franki w Journalu.

KARSKI. Tak, dostałem. Ale przechodziłem koło Odeonu, zacząłem czytać i
kupiłem książkę.

ZOFIA [z uczuciem zawodu]. Kupiłeś książkę...

KARSKI [usprawiedliwiając się, prędko]. Verlaine, poezye Verlaine'a. Ale
ja to będę tłomaczył. To takie modne dziś u nas. [rzuca książkę wydobytą
z płaszcza na stół].

ZOFIA [opanowując się, znów wesoło, by oszczędzić Karskiemu wyrzutu].
Jak to dobrze, żeś kupił Verlaine'a. Tak mało go znam. Będziemy to
czytali razem. Ty tak ładnie umiesz czytać. Pamiętasz w Zurichu, jakeś
mi czytał »w Szwajcaryi« na jeziorze... Byłam jeziora błękitnego panią.
Ach! poezya...

KARSKI [chodzi po pokoju, zaciskając dłonie]. Podłość, podłość, podłość!

ZOFIA [swobodnie, początkowo z nieco sztuczną, później zupełnie szczerą
wesołością]. O, już pan znowu znowu zaczyna? Nie ma czasu na to. Ile
masz pieniędzy? [Karski podaje jej pieniądze]. Siedemdziesiąt pięć
centimów; trzeba zmienić _menu_. Ja i to umiem. Niedarmo czytywałam w
Warszawie Kurjerek Poranny. Przepisy gospodarskie: najpierw wspaniały
obiad, a potem u dołu skromny; i zupełnie to samo. Więc teraz będzie
tak: sardynki są nieświeże w lecie--zawsze mię tak uczono--a róże od
wczoraj napewno powiędły. Befsztyk sześćdziesiąt centimów, chleb
dziesięć, jeszcze nam zostanie cały sus na zapas. Zaraz wrócę. Zapal
tymczasem lampę [zwraca się ku drzwiom].

KARSKI [szybko zastępuje jej drogę]. Czekaj, wolę sam iść. Nie chcę
żebyś teraz tyle chodziła po świecie, zmęczysz się...

ZOFlA [zmieszana, nieco trwożna, jakby starając się Karskiego wybadać i
zrozumieć]. Dlaczego teraz nie chcesz? Przecież zawsze ja chodziłam po
sprawunki. Czy ty?...

KARSKI [wybuchając]. Na Boga, przecież to chyba mogę zrobić dla ciebie,
aby iść na dół po obiad!

ZOFIA [na pół już zawiedziona]. Więc tylko dlatego chcesz sam iść, żebym
ja się nie zmęczyła? Nic więcej?

KARSKI. Ja nie mogę patrzeć, jak ty się tu niszczysz, bez tchu
przebiegasz te sześć pięter. Przecież to ciebie z nóg zupełnie zbija.

ZOFIA [z rezygnacyą w głosie]. Idź, idź najdroższy. [Karski wychodzi.
Zofia spostrzega, że zostały jej w ręku pieniądze, których Karski
zapomniał. Wybiega więc za nim ku drzwiom].

Weźże pieniądze [podaje mu przez drzwi, podchodzi do kuchenki, zaczyna
rozpalać ogień, wraca następnie ku stolikowi i zapala lampę]. On się
niczego nie domyśla! Może to ja się łudzę? Nie, nie, to się czuje. I nie
mogę mu powiedzieć: on taki zdenerwowany i w Journal'u mu wymówiono
popołudnie... [siada, i z wyrazem smutku i zniechęcenia opiera się
rękami na stole]. Tak marzyłam o tem niegdyś, tak pragnęłam, a dziś,
dziś... wstydzę się nawet to wymówić. Może on tego nie chce... Boże,
Boże! tylko Ty tego dziecka za mnie nie karz... Ach co tam! już jestem
tak zmęczona... [Machinalnie bierze książkę leżącą na stole, i przerzuca
kartki, czyta bardzo wolno i cicho].

    Les sanglots longs
    Des violons
    De l'automne,
    Blessent mon coeur
    D'une langueur
    Monotonne.

[ciszej jeszcze].

    Et je m'en vais
    Au vent mauvais,
    Qui m'emporte
    De ça, de là
    Pareil à la
    Feuille morte.

Ach! jakie strasznie smutne! śliczne! Ale on pisze ładniej »Widziałem
krew na duszy mojej [rozlega się stukanie przez drzwi].« To ty Janek?
[stukanie ponowne]. Qui est là? [stukanie]. Entrez [wchodzi Andrzej].

ZOFIA [z przerażeniem, zrywając się z miejsca]. Andrzej!

ANDRZEJ [spokojnie]. Dobry wieczór Zofio!

ZOFIA [z trwogą obłędną]. Gdzie Janek?

ANDRZEJ [poważnie]. Czego się lękasz? Uspokój się. Przyszedłem teraz, bo
tylko ciebie chciałem widzieć. Szukałem cię wszędzie. Byłem w Berlinie,
w Wiedniu, Szwajcaryi, tu jestem już od miesiąca i dopiero wczoraj
wieczorem cię spotkałem. Co się z tobą stało, co się z tobą stało? Jak
ty wyglądasz tutaj?

ZOFIA [bezdźwięcznie, z przygnębieniem]. Co się ze mną stało, czy ja
wiem.

ANDRZEJ. Nie, to być nie może, nie może. Za coś ty mnie opuściła? Bez
słowa jednego rzuciłaś mnie jak łachman. Wracam, jak zawsze, z biura,
przychodzę do domu, szukam cię po wszystkich pokojach. Służący powiada
mi, że pani wyszła i podaje mi kartkę twoją. Nie, to być nie może, ja
temu nie wierzę--to nieprawda, to sen. Nikt o tem w Warszawie nie wie,
moja matka codzień pyta się ciebie--ona kochała cię jak własną córkę. A
ty taka święta, taka czysta, ty tutaj, ty...

ZOFIA [szybko]. Nie mów! nie myśl tak o mnie Andrzeju! Ty mnie znasz,
tyś był moim mężem, ty wiesz, jaka ja jestem. To nie rozpusta, nie, nie
rozpusta, co mnie tu przywiodła, [prawie tkliwie]. Przysięgam tobie...

ANDRZEJ [z uczuciem głębokiego bólu]. Nie?... Wiec tyś mnie nie
kochała--to był fałsz, twoja miłość, twoje szczęście, uśmiechy,
wesołość, pustota. To była komedya, twoja radość, te podróże nasze...
Jak dziecko nosiłem cię na rękach. Przytulałaś się do mnie, zarzucałaś
mi ręce na szyję. To była komedya.

ZOFIA [jednocześnie, przyciszonym głosem]. Tyś był bardzo silny,
Andrzeju.

ANDRZEJ. To wszystko komedya. Więc ty nie byłaś szczęśliwą ze mną?
Powiedz, powiedz!

ZOFIA [bardzo smutnie]. Szczęśliwą? tak mi się może zdawało niegdyś;
nie, nie było we mnie fałszu, choć dziś wiem, że nie byłam szczęśliwą.
Ale ja i tu nią nie jestem.

ANDRZEJ. Nie byłaś szczęśliwą... Czemu? czemu? Co ja ci zawiniłem Zofio?

ZOFIA [głośniej, szczerze]. Andrzeju, ty nie gardź mną. Ty nawet nie
wiesz, jak ja cię szanuję. Mnie dużo, dużo mówiono o tobie, jeszcze nim
byłam twoją żoną. Mnie taki wstyd ogarnia, kiedy ja o tobie pomyślę. Ale
ja nie mogłam; ja wiem, tyś był taki dobry dla mnie, otoczyłeś mnie
bogactwem, przepychem...

ANDRZEJ [pół szyderczo]. Ty myślisz, że chciałem cię kupić...

ZOFIA ...ja tobie zawdzięczam wszystko. Byłam biedną głupią panienką. Ty
z twojem nazwiskiem, twojem znaczeniem, tyś mógł się ożenić nie wiem z
kim, tyś wybrał mnie, dałeś mi wszystko, a ja co zrobiłam! [przybliża
się ku niemu nieśmiało] Andrzeju, ja ciebie przepraszam, ja ciebie
przepraszam bardzo [chce całować jego rękę].

ANDRZEJ [powstrzymuje ją]. Zofio!

ZOFIA [stojąc blisko Andrzeja, oparta z tyłu rękami o stół]. Byłam
głupiem, lekkomyślnem dzieckiem: tyś mię psuł, myślałeś tylko o
życzeniach moich, tyś mi nigdy nie dał cierpieć, nie pokazałeś mi, co to
jest ból. [naiwnie i uczuciowo]. A widzisz, cierpieć trzeba, trzeba się
poświęcać. Ja tak chciałam dawniej być szarytką. Mnie przy tobie było za
dobrze. O! nie łatwo mi było wyjeżdżać. Mnie i ciebie było bardzo żal, i
twojej matki, i małej Anki, która codzień przychodziła do cioci
Zosi--wyście wszyscy byli tacy dobrzy dla mnie. Ale mi was było żal dla
siebie samej. A on jest taki biedny, taki sam. Ty masz matkę, Ankę,
ciebie tylu ludzi kocha, ja tobie nie byłam potrzebna. Ciebie tak życie,
praca twoja pochłaniała.--A w nim się dusza tak męczy, rwie, miota--ja
się o niego tak bałam. Ty wiesz, jego brat się zastrzelił, on zawsze
nosi rewolwer przy sobie. Ja się i dziś o niego lękam, ja go muszę
ocalić. On zginie bezemnie. [z rozpaczliwą trwogą]. Przebacz mi, ja nie
mogę już teraz kłamać! Czy ty mnie rozumiesz?

ANDRZEJ [spokojnie, nieco ironicznie]. Tak; masz racyę. Mnie kochają
moi robotnicy, urzędnicy, wszyscy chłopi u nas w Golewicach. I ja ich
kocham. Los dał mi majątek, dał mi obowiązki. Tyś nie była przy śmierci
mego ojca; to, co on zostawił, ja dokończyć muszę. Ale i ja chciałem
mieć coś wyłącznie dla siebie, jeden promień złoty w życiu, jeden
pogodny blask dla mnie tylko. Tyś była tym blaskiem moim. Chciałem cię
mieć tak radosną, chciałem, żeby cię nic nie dotknęło, żeby nic nie
płoszyło twojego uśmiechu. Nie mówiłem ci nigdy o zgryzotach swych, o
zawodach. Nie znałaś mnie. Mnie jest bez ciebie bardzo ciężko--ale nie
mylisz się--mnie się nic nie stanie, mnie się nie może nic stać...

ZOFIA [boleśnie]. Nie mów, nie mów...

ANDRZEJ. Ale jest mi ciężko. I trzeba to kryć. Oni nie wiedzą o niczem.
Ty dla nich jesteś na wsi. Ja nigdy nic nie kryłem przed matką, ale
matka moja nawet sobie nie wyobraża, że coś podobnego być może; jej się
w głowie pomiesza, jeśli się dowie...

ZOFIA. Andrzeju, miej litość nademną.

ANDRZEJ [prosząco, namiętnie]. Zofio, Zosiu, ty wrócisz do mnie, ty
musisz wrócić. Zapomnimy o wszystkiem. Zaczniemy nowe życie. Tak, ja
byłem szczęśliwy, silny, dumny, ale i ja tak chciałem być kochany.
Jeśli nadzieję stracę, że ty wrócisz do mnie, to będę wiedział już, żeś
mnie oszukiwała zawsze. Nie byłem kochany nigdy--powiedz jest-żem
podlejszy od innych?

ZOFIA [jakby z wahaniem i niedowierzając sobie]. Wrócić, wrócić? Tybyś
chciał mnie dzisiaj mieć taką, po tem wszystkiem? I czy ty naprawdę
sądzisz, że jabym się mogła zbliżyć do twej matki?

ANDRZEJ [namiętniej]. Dla matki chociaż mnie nie poświęcaj, Zofio; a ja,
ja zapomnę. Ty wiesz że ja umiem rozkazywać sobie... ja zapomnę. Nie
odtrącaj mnie od siebie!

ZOFIA [zupełnie bezdźwięcznym głosem]. Nie można, nie można.

ANDRZEJ. Zofio, ty się tu zgubisz. Ja go znam, on spali ciebie i siebie.
On ciebie nie kocha.

ZOFIA [żywiej znacznie]. Nie mów tego do mnie.

...Drzwi się uchylają zlekka i w drzwiach półotwartych ukazuje się
Karski; nieruchomo przygląda się Zofii i Andrzejowi, którzy go nie
dostrzegają. Na twarzy Karskiego zupełna nieruchomość zwolna ustępuje
wyrazowi bólu, wargi się ściskają, zmarszczki nadbiegają nad oczy. W
ręku Karski trzyma małą paczkę i białą różę.

ANDRZEJ [silniej, nieco pogardliwie i wyniośle]. Ja nie kłamię. Tyle
wiesz o mnie, żem nie kłamał nigdy. Na grób ojca ci przysięgam, że on
cię nie kocha. Ja znam te dusze, bezsilne, rozbite, które nic nie
stworzą i nic nie oszczędzą. On się nawet poświęcić nie umiał, on cię
zabrał na nędzę, srom i hańbę--i on ciebie kocha!

ZOFIA [wybuchowo, rozpaczliwie]. Tak, on mnie kocha nad życie. Ty jego
nie potępiaj, ja sama wszystkiego chciałam. On temu nie jest winien.

ANDRZEJ [prosząco, szczerze]. Zosiu, zlituj się nad sobą. Ufaj mi.
Gdybym wiedział, że znajdziesz tu szczęście, któregoś zemną nie miała,
że on ciebie jest godzien, dałbym ci swobodę, niezależność, nie
widziałabyś mnie więcej, nie stanąłbym już nigdy na twej drodze. Nie
zasłużyłem u ciebie twej miłości, nie dałem ci szczęścia, mniejsza więc
o mnie. Przysięgałem ci jednak wiarę, że cię nie opuszczę; jesteś moją
żoną, ja nie mogę pozwolić, abyś ty się zgubiła--a tu czeka cię tylko
zguba. Możesz nie żyć ze mną, możesz nie znać mnie, ale ztąd uciekaj!

ZOFIA [ze łzami w głosie wciąż rosnącym]. Ty mnie zabijasz twą dobrocią.
Ty jesteś święty--a ja taka podła byłam z tobą. [prawie owładnięta już
płaczem]. Ale ty mi wierzysz, że ja ciebie kochałam, ja może i dziś
ciebie jeszcze kocham...

ANDRZEJ. Zosiu, więc ty wrócisz do mnie, wrócisz?

ZOFIA [spokojniej, z wielkim wysiłkiem]. Nigdy, nigdy. Ty się nie łudź,
Andrzeju... Ja się będę u nóg twoich tarzać, ja mogę głowę położyć pod
twą stopę, abyś mię zadeptał, jak ladacznicę, ale ja nie wrócę, nie!
Słuchaj, gdybym go nawet kochać przestała, gdyby on nie żył, nie wrócę
do ciebie, nie wrócę...

ANDRZEJ. Tak bardzo go kochasz?

ZOFIA [nie mogąc przenieść wzruszenia]. Tak, tak kocham jego, jego--i
już nie tylko jego!! [spazmatyczny płacz. Odwraca się od Andrzeja, pada
na kanapę, kryjąc twarz w ręce].

ANDRZEJ. Jezus Marya!! [ciszej znacznie, prawie bezmyślnie] Jezus
Marya... [spokojnie] O dziecku twojem nie zapomnę, Zofio! [zwraca się ku
wyjściu, spostrzega Karskiego. Karski podchodzi zwolna na przód pokoju].

KARSKI [do Andrzeja]. Pamiętaj pan i o niej [do Zofii, która patrzy nań
prawie osłupiała]. Tyś krzywoprzysięgła dzisiaj Zosiu; on ciebie więcej
kochał.

[wychodzi z pokoju, długa chwila ciszy, słychać strzał i odgłos ciała,
spadającego po schodach].

ZOFIA [krzyk straszny, przeraźliwy]. Aah!



Koniec sztuki.



TREŚĆ.

                                      Str.

JEDEN MIESIĄC ŻYCIA                      1

HAMLET                                  65

PRZYSIĘGŁY                              85

SPOTKANIE                              115

W PEŁNEM SŁOŃCU, sielanka              133

PIERWSZY WIERSZ                        145

TRZY DUSZE, dramat w jednym akcie      159



    Uwagi do wydania elektronicznego.

Dokonano następujących poprawek:

str. tekst pierwotny    tekst poprawiony  uwagi

  9  podobało sie       podobało się      'e' zamieniono na 'ę'.
 10  doskonanym         doskonałym        'n' zamieniono na 'ł'.
 10  powiedzizć         powiedzieć        'z' zamieniono na 'e'.
 15  gruduia            grudnia           'u' zamieniono na 'n'.
 38  modgło,            mogło.            Przecinek zamieniono na kropkę.
 40  yną                jedyną            'yną' zamieniono na 'jedyną'
 41  swiata             świata            's' zamieniono na 'ś'
 47  zwierze            zwierzę           'e' zamieniono na 'ę'
 57  do                 po                'do' zamieniono na 'po'
 62  Włbściwie          Właściwie         'b' zamieniono na 'a'
 62  planu,             planu.            Przecinek zamieniono na kropkę
 63  jakdybym           jakgdybym         'jakdybym' zamieniono na 'jakgdybym'
 78  Naprożno           Napróżno          'o' zamieniono na 'ó'
 87  wszyskie           wszystkie         Dodano 't'.
 95  znanym             znanym.           Dodano kropkę
120  »»                 »                 Usunięto cudzysłów.
122  dostrzedz          dostrzec          'dz' zamieniono na 'c'.
124  kolana,            kolana.           Przecinek zamieniono na kropkę.
143  niobezpieczeństwo  niebezpieczeństwo 'o' zamieniono na 'e'.
143  Czemu              Czemu,            Dodano przecinek.
148  wyobrażnia         wyobraźnia        'ż' zamieniono na 'ź'.
149  tęskoty            tęsknoty          Dodano 'n'.
153  jakydyby           jakgdyby          'y' zamieniono na 'g'.
162  Uspokój - że       Uspokój-że        Usunięto przerwy.
167  chciałem           chciałam          Poprawiono rodzaj.
170  widziałem          widziałam         Poprawiono rodzaj.
170  KARSKI             KARSKI.           Dodano kropkę.
176  w Journalu         w Journalu.       Dodano kropkę.
177  czytywałem         czytywałam        Poprawiono rodzaj.
178  łudzą              łudzę             Poprawiono osobę.





*** End of this Doctrine Publishing Corporation Digital Book "Jeden miesiąc życia - utwory prozą" ***

Doctrine Publishing Corporation provides digitized public domain materials.
Public domain books belong to the public and we are merely their custodians.
This effort is time consuming and expensive, so in order to keep providing
this resource, we have taken steps to prevent abuse by commercial parties,
including placing technical restrictions on automated querying.

We also ask that you:

+ Make non-commercial use of the files We designed Doctrine Publishing
Corporation's ISYS search for use by individuals, and we request that you
use these files for personal, non-commercial purposes.

+ Refrain from automated querying Do not send automated queries of any sort
to Doctrine Publishing's system: If you are conducting research on machine
translation, optical character recognition or other areas where access to a
large amount of text is helpful, please contact us. We encourage the use of
public domain materials for these purposes and may be able to help.

+ Keep it legal -  Whatever your use, remember that you are responsible for
ensuring that what you are doing is legal. Do not assume that just because
we believe a book is in the public domain for users in the United States,
that the work is also in the public domain for users in other countries.
Whether a book is still in copyright varies from country to country, and we
can't offer guidance on whether any specific use of any specific book is
allowed. Please do not assume that a book's appearance in Doctrine Publishing
ISYS search  means it can be used in any manner anywhere in the world.
Copyright infringement liability can be quite severe.

About ISYS® Search Software
Established in 1988, ISYS Search Software is a global supplier of enterprise
search solutions for business and government.  The company's award-winning
software suite offers a broad range of search, navigation and discovery
solutions for desktop search, intranet search, SharePoint search and embedded
search applications.  ISYS has been deployed by thousands of organizations
operating in a variety of industries, including government, legal, law
enforcement, financial services, healthcare and recruitment.



Home